Ministerstwo dziwnych punktów, czyli latający cyrk ministra Drzewieckiego

Radosław Leniarski, Rafał Stec
2008-08-25 , aktualizacja: 25.08.2008 21:03
A A A Drukuj
Piotr Nurowski i Mirosław Drzewiecki podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie Fot. Kuba Atys / AG Piotr Nurowski i Mirosław Drzewiecki podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie
Dyrektor departamentu sportu kwalifikowanego i młodzieżowego Ministerstwa Sportu ujawnia "Gazecie", co robił na igrzyskach w Pekinie
Wylenzek: W Polsce kajakarze trenują dla pieniędzy, nie dla pasji

Radosław Leniarski, Rafał Stec: W jakim celu przyleciał pan do Pekinu i czym się pan tutaj zajmował?

Tomasz Marcinkowski: Jestem tutaj zastępcą szefa misji do spraw sportowych. W Ministerstwie Sportu jestem dyrektorem departamentu sportu kwalifikowanego i młodzieżowego.

Tutaj przede wszystkim prowadzimy wszystkie analizy, przeprowadzamy je w tej chwili. One jeszcze nie są kompletne, no, bo musimy prowadzić wszystkie sprawy punktowe. Potem jest jeszcze kwestia nadzoru, kwestia dopilnowania spraw zgłoszeń sportowych, kwestia zmian, które zaistniały albo które mogły zaistnieć. Na przykład zmiana Rafała Kuptela [rezerwowy piłkarz ręczny mieszkający w ambasadzie]. Choć ona nie zaistniała. Kwestia obserwacji zawodów sportowych. Wszystkie kwestie sportowe były po naszej stronie. Na 263 sportowców są Wojciech Wasiak, Jan Pośnik, Urszula Jankowska i ja. Każdy zawodnik może mieć zapytanie, może mieć problem, kłopot. My jesteśmy tu po to, aby im pomagać.

Jakie mieli kłopoty?

- Przychodzi zawodnik z pytaniami. To są różne pytania. Na przykład stroje sportowe trzeba było przedłożyć do 13 sierpnia do sportdesku. Trzeba sprawdzać wiadomości dla trenerów. Są pytania o ustawienie treningu, o zabezpieczenie dojazdu na trening. To bardzo ważna kwestia. Zabezpieczenie pobytu w Pekinie. Czynności są dziesiątki.

Kierownik ekipy, który jest w każdym związku, tym się nie zajmuje?

- W grach zespołowych są menedżerowie, w lekkoatletyce na zmianę są Henio Olszewski z panią Jankowską.

Jak wygląda obserwacja zawodów sportowych?

- No, jeździmy na zawody. Normalnie, z trenerami. Trudno, żeby nie być na zawodach. Wszyscy jeżdżą. Pan Pośnik, pan Wasiak. Ale gros czasu spędzamy w wiosce. Wieczorem te punkty spisujemy. Sprawdzamy kwestie medalowe. Jeżeli jest układ medalowy następnego dnia, to planujemy wyjazd. Czynności jest bardzo dużo do wykonania. Ale panowie, mówmy o medalach, punkty to jest rzecz poboczna. Gdyby medali było 300... Ale jest 10.

Gdyby było 300, to chyba osiem osób z ministerstwa musiałoby przyjechać do Pekinu. Czy punkty się zlicza na bieżąco?

- No, zlicza się, ale teraz wiadomo - jest tyle konkurencji! Jest 302 kompletów medali. Kompletów! Więc spokojnie przyjedziemy i policzymy jeszcze raz te medale. I punkty również. Na miejscu w Warszawie też zbierane są te dane. To ważne dla publiczności.

Jak to? W Warszawie też liczą?

- Po prostu musimy zweryfikować wszystko, żeby nie popełnić błędu. Oczywiście nie chcemy podawać złych danych naszym wspaniałym kibicom. Lepiej sprawdzić pięć razy. W Warszawie [po powrocie] będą to sprawdzać te same osoby, które to robiły tutaj i tam, plus zespół metodyczny. Wiadomo, medale już mamy policzone i tutaj sprawa jest prosta.

Ministerstwo głupich kroków - skecz Monty (wideo) Pythona



Czy nie można tego policzyć w Warszawie, sprawdzając wyniki w internecie?

- Nie, no punkty mogą być liczone i tam, ale oczywiście wiadomo, są różnice. I musimy zaczekać na wyniki ostateczne. Te wyniki muszą być zweryfikowane. Wiadomo, są badania antydopingowe. Jakiś czas musi upłynąć, aby te punkty były punktami ostatecznymi.

Ą, Ę, czyli chiński alfabet olimpijski

To znaczy, że bez sensu je liczyć teraz...

- Nie. Zbieramy dane, zbieramy wszystkie materiały na miejscu. Wiadomo, można je liczyć w Warszawie, oczywiście. Ale to jest jeden z elementów niezbędnych do analizy późniejszej i przedstawienia tej analizy naszym władzom i związkom sportowym.

My zrobilibyśmy to w dwa dni... A tu potrzeba czterech osób, w Warszawie jeszcze ktoś weryfikuje, potem zespół metodyczny się tym zajmie.

- Panowie zrobią swoje, a my swoje.

Tylko Polskę liczycie, czy jeszcze inne państwa?

- A, właśnie! Wszystkie państwa, proszę panów! 9 pkt za miejsce pierwsze, 7 za drugie i tak dalej. Wiadomo, jak ja bym wam powiedział, że zajmuję się liczeniem tylko Polaków, byłbym śmieszny. To się od razu nie zrobi. Musimy to wklepać. W przypadku gier zespołowych mamy klasyfikacje federacji i wiemy, kto jakie miejsce zajął. Nawet jak odpadł w ćwierćfinale.

A wie pan, który kraj nie zdobył na pewno żadnego punktu w Pekinie? Bo my wiemy!

- Siedziałem dziś z ludźmi z Santa Lucii i widziałem, że się cieszyli, to chyba zdobyli jakieś.

Brunei. Zabrakło im sportowców.

- Aaa, no właśnie.

Wstępna analiza już jest?

- Tak, jest.

Mamy taką samą liczbę medali co w Atenach, ale oczywiście są one wartościowsze. Ta sama liczba medali złotych, ale medali srebrnych jest sześć, a tam były dwa. Czyli start jest lepszy niż w Atenach. Ale oczekiwaliśmy więcej. Część związków zadanie postawione przez siebie wypełniła, część, niestety, nie zrealizowała zadań.

Kraje zwykle specjalizują się w różnych dyscyplinach, bo żaden nie jest w stanie być dobry we wszystkich. Czy z analizy wynika, że stawiamy na jakieś sporty?

- Na sporty wodne, jak panowie wiecie. Lekkoatletykę. Gry zespołowe.

Lekkoatletyka to królowa sportu. Ma 47 konkurencji. To ma swój wymiar.

Sporty zespołowe zostały wzmocnione kilka lat temu, i to dało efekt. W siatkówce męskiej byliśmy prawie przekonani, że wejdziemy do czwórki, niestety, dwie piłki spowodowały, że Włosi zabrali nam miejsce w tej czwórce.

Piłkarze ręczni też grali o miejsca 5-8. Ale wygrali z Rosjanami i ta wygrana cieszy.

Ą, Ę, czyli chiński alfabet olimpijski

Czy wyszło w analizie, jak wypadły tutaj sporty wodne?

- Wypadły niektóre lepiej, niektóre gorzej. Wioślarze zrobili wszystko, co w ich mocy. Liczyliśmy na więcej wśród kajakarzy. Ten ostatni medal w ostatnim biegu finałów...

Pływacy w Atenach popłynęli lepiej, w Pekinie popłynęli gorzej. Poniżej oczekiwań. Miejsca mówią, że z formą nie trafili. Żeglarze? Start nieudany.

Jesteśmy zdumieni. Mówi pan, że stawiamy na sporty wodne, że to jest to, czym mamy podbić świat. To w takim razie mieliśmy w Pekinie do czynienia z klęską.

- To panów opinia. Nie mówmy o klęsce. Nie każdy może być w ósemce. Trzeba powiedzieć, że to duże osiągnięcie dla każdego zawodnika [na 17 pływaków tylko troje awansowało do ósemki]. Panowie się czepiacie szczegółów. Trzeba by usiąść przy kartce i zanalizować punkt po punkcie, jak było. Dziś, aby nikogo nie urazić, mogę powiedzieć, że start pływaków i żeglarzy był poniżej oczekiwań.

Kajakarze - osiem finałów na 12. Jeśli chodzi o czterolecie, to zawodnicy osiągają wyniki gorsze na olimpiadzie niż na mistrzostwach świata, i to mnie martwi.

Co pan powie... I jakie wnioski z analizy?

- Na przyszłość - trzeba zmienić formę pracy. Ze związkami, trenerami trzeba porozmawiać nad doborem, selekcją zawodników na igrzyska.

Czyli pana zdaniem trenerzy potrafią przygotować do mistrzostw świata, a do igrzysk już nie?

- Musimy zapytać o szczegółową analizę trenerów, dlaczego start był nieudany. Myślę, że każdy trener taką analizę przeprowadzi.

Ale pan przecież przeprowadził dokładnie tak samo dogłębną analizę po igrzyskach w Atenach.

- I scenariusz się nie powtórzył.

Jak to się nie powtórzył... W kajakach dokładnie się powtórzył. Najpierw wielkie sukcesy na MŚ, potem porażki i jeden sukcesik na igrzyskach.

- Po tej analizie pan minister podejmie stanowcze decyzje. No, rzeczywiście, drugi start z jednym medalem. Jest zdecydowanie poniżej naszych oczekiwań i poniżej wkładu wszystkich ludzi: zawodnik, trener, lekarz, masażysta.

Wróćmy do wstępnej analizy. Czy jest jakiś najbardziej ogólny wniosek, jakaś cecha polskiego sportu, który można wysnuć lub który można opisać już teraz?

- Zawodzimy w końcówkach. Nie wiem, czy nie jest to sprawa mentalna. Tak jak Amerykanie. Amerykanie przyjeżdżają typowo po złoto. Ich - mówią - inny medal nie interesuje. Oni są nauczeni, żeby wygrywać. Praktycznie z mlekiem matki. U nas zawodzimy w końcówkach. Jak z Włochami w siatkówkę. W piłce ręcznej, wiadomo, na dwoje babka wróżyła, ale mecz [z Islandią o półfinał] przegrany.

Czyli głowa?

- Głowa. Mentalność polska. Nie jesteśmy właściwie zmotywowani. Na to musimy postawić bardzo mocno.

Zna pan powiedzenie Huberta Wagnera, że nie ma słabych psychicznie, są tylko źle wytrenowani?

- Znam. Ale jedno idzie z drugim. Jak są zawodnicy równi, wtedy ma przewagę mocniejszy psychicznie i wygra.

Najpierw trzeba być co najmniej równym. W amerykańskiej drużynie jeden medal przypada na pięciu zawodników, w polskiej jeden na 25. Jak by pan zinterpretował te dane?

- Że Amerykanie są lepiej przygotowani do igrzysk. Zwłaszcza w lekkoatletyce. Są to ludzie odporni i zdeterminowani na sukces. My przysyłamy tylu sportowców, ilu zdobyło minimum. Chyba że trenerzy stwierdzą, że nie mają szans, to trzeba uwzględnić ich uwagę. Trzeba przysyłać osoby, które mają szansę na finał. Tylko że z góry nie wiadomo, które ten finał osiągną. A igrzyska olimpijskie są - sami piłkarze ręczni to przyznają - całkiem innym turniejem.

Czy z analiz pan wie, jaki procent olimpijczyków nie zbliżył się lub nie wyrównał rekordu życiowego?

- 30 procent...

Pan żartuje. Naszym zdaniem około 70-75 procent nie wyrównało lub nie pobiło rekordu życiowego.

- Oooo, przepraszam. Panowie mówili o zbliżeniu się. Ja uważnie słucham, co panowie mówią. O rekordach teraz nie powiem. Spokojnie to policzymy.

W grach zespołowych zajęte miejsce jest miejscem ustawiającym. Przyjechali wicemistrzowie świata i w tym momencie brak miejsca w finale powoduje, że ich start można uznać za nieudany. Gry zespołowe podniosły swój poziom i jest to między innymi efekt decyzji ministerstwa, że inwestujemy w gry zespołowe. I tu jest tego wymiar - trzy drużyny.

Jakie jest według pana najbardziej intrygujące odkrycie tych igrzysk, najbardziej interesująca obserwacja?

- Myślę, że Maja Włoszczowska to rewelacja i potwierdzenie profesjonalizmu, bezwzględnie. I to trzeba powiedzieć. A zawód? Biegacze średni, którzy nie zbliżyli się do swoich limitów. Lidzia Chojecka, która pobiegła 4.19 [na 1500 m]. O! Chodziarze - ósme i dziewiąte miejsce to jest coś, co można uznać za dobry start. Na 50 km na przykład, nie wiem, czy panowie byli w Osace, jak nie, to szkoda, bo to trzeba było zobaczyć - wszyscy tam zeszli z trasy.

A po Atenach? Wyszedł jakiś ogólny wniosek z tamtych analiz? Bo nas to fascynuje...

- Tylko bez złośliwości. Otylia Jędrzejczak była największym odkryciem w Atenach.

Wiadomo o tym bez analiz. Można było obejrzeć w telewizji. Że Maja Włoszczowska pięknie jeździ na rowerze, też wiemy bez liczenia punktów. Pytamy, co z analiz wynika.

- Maja potwierdziła to, co robiła dotychczas. Jesteśmy tu także po to, aby to zweryfikować.

Od razu mówię: zwiększenie środków finansowych, bo one zostały zwiększone, spowodowało, że mimo dziesięciu medali, mamy więcej miejsc w finałach, i to daje do myślenia, że poszliśmy w dobrym kierunku. A sprawa czwartych miejsc - no, tutaj to są sprawy mentalnościowe. Psychiczne. Widocznie w mentalności polskiej jest to, że Polacy nie muszą wygrywać. Trzeba to zmienić w wychowaniu dzieci i później dobór do sportu będzie taki, że dzieci widzą cel - mistrzostwo sportowe.

rozmawiali w Pekinie

PS Wczoraj - jak wszyscy dziennikarze - otrzymaliśmy CD z kompletem oficjalnych wyników igrzysk w Pekinie. Gdyby miały się przydać, możemy podesłać do ministerstwa.

"Świat nam ucieka" - czyli największe grzechy polskiego sportu

Podziel się