Koniec piłki, nastał czas karaluchów
01.07.2008
, aktualizacja: 01.07.2008 08:14
Święta, święta i po świętach. Euro 2008 przeszło do historii i chyba czas podsumować parę rzeczy, choćby po to, by wiedzieć, czy to dobra historia
Mistrzostwa pełne były zaskoczeń, w każdym razie dla mnie. Być może wytrawni znawcy piłki nożnej byli w stanie przewidzieć je wszystkie wcześniej, ale wątpię, by także im się to udało. A zaskoczenie oznacza atrakcje, a skoro są atrakcje, to znaczy, że turniej ciekawy.
Z grupy A zaskakująco wyszli więc Turcy i Portugalczycy. O ile awans tych drugich był pewny niemal od początku, o tyle awans pierwszych był zdumiewający. Przede wszystkim dla Czechów, którzy meczu z Turkami nie zapomną długo. Być może nawet nigdy. W ich przypadku sprawdziła się stara siatkarska zasada - kto nie wygrywa 3:0 ten przegrywa 3:2. No i przegrali.
Grupa B aż się prosi o dyplomatyczne przemilczenie, gdyby nie fakt, że zagrali w niej Niemcy - wicemistrzowie Europy. Ale i oni nie wyszli z fazy grupowej bez skazy, bo dali się ograć Chorwacji, która z kolei odpadła w ćwierćfinale po niesamowitym starciu z Turkami. Na bramki trzeba było wprawdzie czekać wieki, ale kiedy już padły, to chyba każdy podskoczył. Kolega mój redakcyjny Andrzejek gorąco kibicował drużynie Slavena Bilica. Ledwie odebrał sms-y z gratulacjami. Odpisać już nie zdążył. Mecz rozegrał się w ciągu 3 minut, szkoda, że między minutą 119 a 122. Dwie bramki, konkurs karnych i ładnie grająca Chorwacja odeszła z kwitkiem.
Grupa C miała być grupą śmierci, a gdyby nie Holendrzy byłaby grupą nudy i porażki. Mistrzowie i wicemistrzowie świata zagrali w tym turnieju poniżej jakiejkolwiek krytyki. Luca Toni w rankingu najlepiej pudłujących piłkarzy zajął zaszczytne drugie miejsce z wynikiem 12 chybionych strzałów. Nic dziwnego, że nie doszli dalej niż do ćwierćfinału, gdzie całkiem zasłużenie, a piszę to z bólem serca, odpadli po meczu z Hiszpanią. Nie trzeba było statystyk, wystarczyło oko nieuzbrojone, by dostrzec potężną różnicę między obiema drużynami. O Francuzach szkoda nawet pisać. Dramat to w ich przypadku za małe słowo.
Hiszpania nie przegrała w fazie grupowej ani jednego meczu. Hiszpania nie przegrała meczu w całym turnieju, to i nie dziwi, że jej piłkarze mogą dziś mówić o sobie "We are the champions". W grupie D Rosjanie przegrali tylko z Hiszpanią i dali później okrutną lekcję Holendrom, którym wydawało się, że są niepokonani. Jest jednakowoż pewna różnica między "wydawać się" a "mieć pewność" o czym piłkarze Marco van Bastena przekonali się na własnej skórze. Wynik 3:1 nie był z pewnością tym, jakiego by sobie życzyli. I tu muszę oddać sprawiedliwość koledze Maciejowi, który karnie i z pokorą paradował w słoniowych uszach za to, że wierzył w rosyjską potęgę. Rosyjski bramkarz wpuścił wprawdzie najwięcej goli w całym turnieju (szt. 8), ale tuż za nim znalazł się Jens Lehmann (szt. 7). I to powinno choć odrobinę pocieszyć Igora Akinfiejewa.
Turcy byliby pewnie doszli do finału, gdyby konsekwentnie grali do końca. Nie grali. Pozwolili, by zrobili to za nich Niemcy. I pozwolili na to, by gola strzelił im obrońca. Przykre i musiało boleć.
Warto więc było czekać na finał. Niemcy, którzy grali nierówno choć skutecznie, spotkali się z Hiszpanami. I mecz jaki był, każdy widział. Po prostu ładny, ciekawy, trzymający w napięciu, czyli taki, jaki powinien być mecz finałowy. Hiszpanie - drużyna, która w całym turnieju strzeliła najwięcej bramek, która ma w swoich szeregach króla strzelców, najlepszego bramkarza, najmłodszego strzelca bramki, piłkarza najczęściej łapanego na spalonym, która najczęściej faulowała, ale i sama najczęściej była faulowana, zdobyła mistrzostwo, które jej się słusznie należało. Absolutnie i niekwestionowanie. Za taką grę jestem w stanie wybaczyć im nawet narodowe więzi z Enrique Iglessiasem i jego wątpliwej urody przebojem odśpiewanym na żywo z playbacku.
Szkoda, że to koniec, ale wszystko, co dobre się kończy. A to były dobre mistrzostwa. Miały, jak wszystkie takie imprezy, swoje małe defekty, ale na tym polega urok piłki.
Nieco większym defektem była załoga Polsatu, ale szczęśliwie ona nie jest na stałe związana z piłką nożną i należy mieć nadzieję, że związek ten jest płytki, powierzchowny i szybko się rozpadnie. Tym panom już dziękujemy i bez replay'a proszę. Siostra moja zdjęła dzisiaj flagi z balkonu. Jakoś się tak smutno zrobiło. W czasie, kiedy przez ostatnie tygodnie Polsat pokazywał mecze, jacyś obłąkani ludzie toczą bój o pieniądze przenosząc ustami wielkie jak działa karaluchy z pudełka do pudełka. Każdy z nich dostanie tysiąc dolarów więcej jeśli zdecyduje się zjeść takiego karalucha. Zjedli. To chyba dowód na to, że Euro 2008 to już tylko wspomnienie.
Z grupy A zaskakująco wyszli więc Turcy i Portugalczycy. O ile awans tych drugich był pewny niemal od początku, o tyle awans pierwszych był zdumiewający. Przede wszystkim dla Czechów, którzy meczu z Turkami nie zapomną długo. Być może nawet nigdy. W ich przypadku sprawdziła się stara siatkarska zasada - kto nie wygrywa 3:0 ten przegrywa 3:2. No i przegrali.
Grupa B aż się prosi o dyplomatyczne przemilczenie, gdyby nie fakt, że zagrali w niej Niemcy - wicemistrzowie Europy. Ale i oni nie wyszli z fazy grupowej bez skazy, bo dali się ograć Chorwacji, która z kolei odpadła w ćwierćfinale po niesamowitym starciu z Turkami. Na bramki trzeba było wprawdzie czekać wieki, ale kiedy już padły, to chyba każdy podskoczył. Kolega mój redakcyjny Andrzejek gorąco kibicował drużynie Slavena Bilica. Ledwie odebrał sms-y z gratulacjami. Odpisać już nie zdążył. Mecz rozegrał się w ciągu 3 minut, szkoda, że między minutą 119 a 122. Dwie bramki, konkurs karnych i ładnie grająca Chorwacja odeszła z kwitkiem.
Grupa C miała być grupą śmierci, a gdyby nie Holendrzy byłaby grupą nudy i porażki. Mistrzowie i wicemistrzowie świata zagrali w tym turnieju poniżej jakiejkolwiek krytyki. Luca Toni w rankingu najlepiej pudłujących piłkarzy zajął zaszczytne drugie miejsce z wynikiem 12 chybionych strzałów. Nic dziwnego, że nie doszli dalej niż do ćwierćfinału, gdzie całkiem zasłużenie, a piszę to z bólem serca, odpadli po meczu z Hiszpanią. Nie trzeba było statystyk, wystarczyło oko nieuzbrojone, by dostrzec potężną różnicę między obiema drużynami. O Francuzach szkoda nawet pisać. Dramat to w ich przypadku za małe słowo.
Hiszpania nie przegrała w fazie grupowej ani jednego meczu. Hiszpania nie przegrała meczu w całym turnieju, to i nie dziwi, że jej piłkarze mogą dziś mówić o sobie "We are the champions". W grupie D Rosjanie przegrali tylko z Hiszpanią i dali później okrutną lekcję Holendrom, którym wydawało się, że są niepokonani. Jest jednakowoż pewna różnica między "wydawać się" a "mieć pewność" o czym piłkarze Marco van Bastena przekonali się na własnej skórze. Wynik 3:1 nie był z pewnością tym, jakiego by sobie życzyli. I tu muszę oddać sprawiedliwość koledze Maciejowi, który karnie i z pokorą paradował w słoniowych uszach za to, że wierzył w rosyjską potęgę. Rosyjski bramkarz wpuścił wprawdzie najwięcej goli w całym turnieju (szt. 8), ale tuż za nim znalazł się Jens Lehmann (szt. 7). I to powinno choć odrobinę pocieszyć Igora Akinfiejewa.
Turcy byliby pewnie doszli do finału, gdyby konsekwentnie grali do końca. Nie grali. Pozwolili, by zrobili to za nich Niemcy. I pozwolili na to, by gola strzelił im obrońca. Przykre i musiało boleć.
Warto więc było czekać na finał. Niemcy, którzy grali nierówno choć skutecznie, spotkali się z Hiszpanami. I mecz jaki był, każdy widział. Po prostu ładny, ciekawy, trzymający w napięciu, czyli taki, jaki powinien być mecz finałowy. Hiszpanie - drużyna, która w całym turnieju strzeliła najwięcej bramek, która ma w swoich szeregach króla strzelców, najlepszego bramkarza, najmłodszego strzelca bramki, piłkarza najczęściej łapanego na spalonym, która najczęściej faulowała, ale i sama najczęściej była faulowana, zdobyła mistrzostwo, które jej się słusznie należało. Absolutnie i niekwestionowanie. Za taką grę jestem w stanie wybaczyć im nawet narodowe więzi z Enrique Iglessiasem i jego wątpliwej urody przebojem odśpiewanym na żywo z playbacku.
Szkoda, że to koniec, ale wszystko, co dobre się kończy. A to były dobre mistrzostwa. Miały, jak wszystkie takie imprezy, swoje małe defekty, ale na tym polega urok piłki.
Nieco większym defektem była załoga Polsatu, ale szczęśliwie ona nie jest na stałe związana z piłką nożną i należy mieć nadzieję, że związek ten jest płytki, powierzchowny i szybko się rozpadnie. Tym panom już dziękujemy i bez replay'a proszę. Siostra moja zdjęła dzisiaj flagi z balkonu. Jakoś się tak smutno zrobiło. W czasie, kiedy przez ostatnie tygodnie Polsat pokazywał mecze, jacyś obłąkani ludzie toczą bój o pieniądze przenosząc ustami wielkie jak działa karaluchy z pudełka do pudełka. Każdy z nich dostanie tysiąc dolarów więcej jeśli zdecyduje się zjeść takiego karalucha. Zjedli. To chyba dowód na to, że Euro 2008 to już tylko wspomnienie.

Czechy
Portugalia
Szwajcaria
Turcja
Austria
Chorwacja
Niemcy
Francja
Holandia
Rumunia
Włochy
Grecja
Hiszpania
Rosja
Szwecja


