Doba się kurczy kiedy wcisnąć w nią dwa mecze

Kinga Graczyk
12.06.2008 , aktualizacja: 12.06.2008 13:03
A A A Drukuj
Obiecałam zdjęcie kolegi Macieja z uszami. Proszę. Może niezbyt dobrej jakości, ale za to autentyczne. Obiecałam zdjęcie kolegi Macieja z uszami. Proszę. Może niezbyt dobrej jakości, ale za to autentyczne.
Od kiedy w moim świecie pojawiła się Helka, mój wolny czas skurczył się co najmniej o połowę, od kiedy wróciłam do pracy z tej połowy została mniej niż połowa. Od kiedy mam dziecko, pracuję i są mistrzostwa działam wedle ścisłego harmonogramu i cieszę się bardzo jeśli uda mi się pospać godzinę dłużej.
Pobudka. Helka się wyspała. Szkoda, że zazwyczaj jest dopiero 6 rano, a niejednokrotnie w pół do. Szczęśliwie mała daje się oszukać. Wystarczy wrzucić jej do łóżeczka karton zabawek. Przy dobrym wietrze mogę pospać jeszcze pół godziny. A później nie ma zmiłuj. Trzeba wstać, ubrać dziecko, nakarmić i wyrywające się wypuścić na podłogę. Biegiem do odkurzacza i rajd po podłodze. Helka z pedantyczną dokładnością wkłada bowiem do buzi wszystko, co znajdzie na podłodze, bez względu na to, co to takiego. Po odkurzaniu zmywanie - ładuję zmywarkę tym, czego nie chciało mi się ładować poprzedniego wieczora. Jeszcze tylko kostka i siupa. Kolejny punkt programu za mną. Koniecznie trzeba sprawdzic, czy pranie nie wymaga nastawienia, jeśli tak - w harmonogram wciska się sortowanie ciuchów, ładowanie pralki itd. Teraz ja muszę się trochę ogarnąć, bo wciąż łażę w piżamie. Kąpiel. Helka w tym czasie zwisa przez wannę i miesza wodę z pianą. Kot chodzi po krawędzi i łapie kropelki - odrobina intymności w moim życiu. Mieszanie wody zdążyło zmęczyć Helkę i teraz żąda kategorycznie, by położyć ją na pierwszą przedpołudniową drzemkę. Jest 9 rano. Rajd po mieszkaniu w poszukiwaniu czegoś do ubrania, makijaż, suszenie włosów. Słyszę pikanie domofonu. Niania już jest. Pośpieszne ogarnianie dziecka, które wstało, pakowanie manatków na cały dzień, biegiem do skody. Jeśli jest później niż 10.10 to już jestem spóźniona do pracy. 20 minut później wpadam do redakcji, odsiaduję swoje na zebraniu a kolejne kila godzin pracuję. Najczęściej pierwszy mecz oglądam w redakcji. Nie ma zmiłuj, nigdy nie udało mi się wyjść na tyle wcześnie, by zdążyć na niego do domu. Wychodzę, jest ok. 20. Jeśli dobrze poskładają mi się autobusy to równo z gwizdkiem sędziego rozpoczynającym drugi mecz jestem w domu. Najczęściej jednak się spóźniam. Mecz. Przerwa. Zaglądam do Helki, która na szczęście już śpi. Sprawdzam, przykrywam, głaszczę. Druga połowa. Jeśli spotkanie jest interesujące udaje mi się obejrzeć je do końca z otwartymi oczami. Niestety, często, tak jak wczoraj, po prostu przysypiam. Końcowy gwizdek. Podnoszę się z kanapy, mycie, piżamka, spać. I tak do 6 dnia następnego. Nie mam siły już nic pisać chociaż powinnam. Odłożę to do jutra, może tak szczęśliwie się poskłada, że Helka pójdzie spać jakoś tak z sensem i wtedy rano między kąpielą a zmywaniem czy czymśtam a czymśtam dam rade coś wyklepać. Najczęściej się jednak nie składa. Muszę się sprężać w pracy. W domu rośnie góra prasowania, którego nijakim sposobem już do rozkładu jazdy nie wcisnę. W pracy siedzę coraz dłużej, bo muszę zrobić to, czego nie dałam rady w domu. Byle do finału.

Dzisiaj będzie lżej, bo grają Nasi Najlepsi. Mecz pewnie obejrzę w pracy. Nie ma tego złego, przynajmniej będzie wesoło. Popisy elokwencji kolegów z działu sport zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój.

Podziel się