Przegrani chodzą z uszami

Kinga Graczyk
11.06.2008 , aktualizacja: 11.06.2008 14:38
A A A Drukuj
Fot. Martin Meissner AP
Nadmiar pracy pozbawił mnie szansy na podziwianie najlepszego ciacha tych mistrzostw. Ale co się odwlecze...
W robocie to tylko chłopcy ze sportu mają zielone światło na oglądania meczów. A ja nie jestem chłopcem ze sportu, zajmowałam się więc wszystkim innym i koniec końców mecze obejrzałam jednym okiem z ukosa.

Uprzednio zdążyłam jednak poczynić zakłady o wynik. Kolega Maciej twierdził, że Hiszpanie przegrają, bo ich trener nie zabrał na mistrzostwa najlepszego z najlepszych Raula oraz nie wystawił Fabregasa w pierwszym składzie. I dlatego po prostu wygrać nie mogą. Ja mimo tego stawiałam na Hiszpanów jednak (choć bez Raula, to już nie to samo - fakt).

A tu drużyna Aragonesa, która ponoć specjalizuje się w sprawianiu zawodu swoim fanom, tym razem dała Rosjanom lekcję anatomii i pokazała naszym wschodnim sąsiadom skąd im nogi wyrastają. Nawet rosyjska prasa nie minęła się tym razem z prawdą i tytuły relacji z tego meczu mieściły się w przedziale między "klęską" a "porażającą klęską". Co się dziwić. Choćby nie wiem jakim być poetą, trudno wynik 4:1 nazwać inaczej. Za to Hiszpanie mają nowego idola, a na imię mu David.

Finał wewnątrzredakcyjnych zakładów jest więc taki, że kolega Maciej ma dziś chodzić po redakcji w słoniowych uszach - bardzo sympatycznym gadżeciku z filmu "Horton słyszy Ktosia". Jeśli uda mi się przyłapać go z aparatem nie omieszkam podzielić się wrażeniami natury estetycznej.

Na bardzo silne doznania estetyczne liczyłam w starciu Szwedów z Grekami, ale nie dość, że nie mogłam meczu tego obejrzeć, to jeszcze ponoć nie było co oglądać. Obrońcy tytułu turniej zaczęli mizernie, bo ze Szwedami przegrali, co im wszyscy wróżyli. Bramki strzelali też ci, co je strzelać powinni, szkoda tylko, że dopiero w połowie drugiej połowy i w odstępie pięciominutowym. A i ciasteczka mego Freddiego niemal nie było na boisku widać więc, podsumowując - nic straconego. Choć, naturalnie, nie omieszkałam odnotować, że Ljungberg nadal wygląda ujmująco i wdzięcznie, palce lizać.

Szkoda, że i o wynik tego meczu się nie założyłam. Ciekawam, co tym razem włożyłby na siebie kolega Maciej, gdyby - podobnie jak ja, nie obstawił zwycięstwa Trzech Koron.

Podziel się