Górą Człowiek Zwany Koniem. Niestety

Kinga Graczyk
10.06.2008 , aktualizacja: 10.06.2008 12:02
A A A Drukuj
Wieczór mogłam spędzić w Stodole delektując się widokiem braci Cavalera. Wybrałam mecze. Niech to jasny szlag trafi!
Ruud van Nistelrooy
Fot. Armando Franca AP
Ruud van Nistelrooy
O meczu Francja - Rumunia można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był na mistrzowskim poziomie. Spoceni Bytom vs. Uśmiechnięci Lubliniec. To był właśnie taki poziom. Bezładna kopanina bez wdzięku, emocji i, trudno się dziwić, bez bramek. Nie chcę więcej takich widowisk, bo szkoda na to mojego czasu, którego nie mam za wiele. Jak to ma być grupa śmierci, to ja jestem Ebi Smolarek.

Z tą większą niecierpliwością czekałam więc na starcie Holandii z Włochami, święcie przekonana, że wynik meczu mnie nie zaskoczy, ale popatrzeć będzie na co. No i było na co. Szkoda tylko, że Włosi przegrali! Casus Francji, jak nic. I marna pociecha w tym, że ciężki łomot dostali od Holendrów, a nie od Senegalu. Życie jest ciężkie, kiedy jest się mistrzem świata. Holendrzy mieli przegrać ten mecz z kretesem. Nic nie zapowiadało, że wygrają, sami liczyli najwyżej na remis, a Włoscy kibice - na festiwal Luki Toniego. I chociaż Holendrów nie cierpię jak zarazy (ze szczególnym uwzględnieniem Człowieka Zwanego Koniem, którego nazwiska nie wymienię), ale trzeba smykom przyznać, że grali jak marzenie. Toni biegał jak dziecko we mgle i patrząc na niego bez przerwy miałam wrażenie, że chłopak coś przyjął i to w nadmiarze. Ni to zrezygnowany, ni zdezorientowany, taki nieobecny jakiś. Bo jeżeli supersnajper Bundesligi nie trafia do bramki w sytuacji stuprocentowej będąc sam na sam z bramkarzem, to znaczy, że z kolesiem jest coś nie halo. Jakoś tak zupełnie przypadkiem przypomniał mi się wówczas taki oto dowcip: trzech panów po spożyciu rozmaitych środków odurzających otoczono murem i kazano wymyślić sposób na wydostanie się. Pan po amfetaminie krzyczał ochoczo: rozwalimy go chłopaki! Rozwalimy! Ten, któremu podano LSD powtarzał: Przeniknijmy go, przeniknijmy. A koleś, który beztrosko najarał się trawy rzekł flegmatycznie: Chłopaki, chodźmy coś zjeść.

I tym trzecim w mojej wizji (wywołanej samym widokiem meczu) był właśnie Luca Toni. I co z tego, że przystojny (ponoć) skoro w meczu, w którym przegrywa z kretesem wygląda jakby myślał tylko o sporej porcji spaghetti.

Dosyć wyżywania się na Luce Tonim, choć jego mi akurat najmniej szkoda. Żal mi przede wszystkim Gattuso (jakim cudem zarobił żółtą kartkę??? Przecież on zawsze gra fair!) oraz Camoranesiego. Oni powinni wygrywać zawsze, za to tylko, że są (chyba, że spotkają się z Naszymi Najlepszymi - wtedy zasada ta nie obowiązuje).

Zatem, jak widać, poniedziałkowego wieczoru do udanych zaliczyć nie można - koncert przepadł, Włosi przegrali, a na dobitkę nerwy psuła mi siostra, która entuzjastycznie przyjmowała każdą holenderską bramkę. Niech sczeźnie!

Na dobicie. Rano, jak co rano, przyszła niania. Dla niani z roboty przywlokłam parasol ogrodowy, który leżał w redakcji nie wiadomo jak długo i nie wiadomo po co - wiadomo za to, że był niczyj i do wzięcia. Zatem przywlokłam ten parasol do chałupy. Niania była zachwycona.

- Pani Kingo! Pomarańczowy! W kolorze mojej ulubionej drużyny!

- Pani Krysiu, kibicowałam Włochom.

- Och, jak mi przykro.

A dzisiaj Freddie! Mniam.

Podziel się