Potrzebny szef szkolenia w PZPN - z zagranicy!
23.06.2008
, aktualizacja: 23.06.2008 14:03
Ani wyproszenie, ani pozostawienie na stanowisku selekcjonera reprezentacji Leo Beenhakkera nie wydźwignie z dna polskiego futbolu. Musimy wreszcie importować z zagranicy specjalistę, który zbuduje nam, od podstaw, system szkolenia. Skądkolwiek, nie musi to być - choć mogłaby - znienawidzona przez środowisko Holandia - pisze komentator Sport.pl i "Gazety Wyborczej" Rafał Stec.
Nie zgadzasz się? Lepiej znasz się na sporcie? Załóż sportowego bloga, bloguj na Sportblogu!»
Cały kontynent opiewa rozbijających się po boiskach Euro 2008 Rosjan, którzy po rozpadzie ZSRR nie przetrwali dotychczas rundy grupowej imprezy rangi mistrzowskiej, tymczasem trener Guus Hiddink czyni cuda niejako przy okazji i na marginesie. On dostał misję znacznie poważniejszą - odnowienia całego systemu funkcjonowania piłki nożnej w Rosji. Obmyśla, jak rozwijać talenty, ma założyć akademię dla najzdolniejszych, dogląda budowy ośrodków treningowych (Roman Abramowicz rzucił już rublem na 55 równiusieńkich boisk) etc. Wyniku reprezentacji będzie się od niego wymagać dopiero na mundialu w 2010 roku, teraz nawet po inauguracyjnej porażce z Hiszpanią - bolesnej, poniesionej w kiepskim stylu - nikomu nie strzeliło do głowy, by nawoływać do przepędzenia Holendra.
Wcześniej Hiddink pracował z reprezentacją Australii, którą najpierw po 30 latach wprowadził na mundial, by potem dociągnąć jeszcze do 1/8 finału turnieju w Niemczech. Kiedy odszedł, na antypody polecieli - sięgając do słownika Wojciecha Łazarka - jego holenderscy funfle. Prowadzą reprezentację seniorską i juniorską, jeden został szefem wydziału szkolenia tamtejszej federacji.
Prezydent Rosji proponuje Hiddinkowi obywatelstwo
Niedouczenie widać już o 17-latków
Oba wymienione kraje, podobnie jak wszystkie inne pragnące wznieść piłkę nożną na wyższy poziom, dochodzą do wniosku, że ratowanie się zatrudnianiem przyzwoitego selekcjonera przypomina leczenie spróchniałych zębów silnymi środkami przeciwbólowymi. Czujesz ulgę, pojedyncze zwycięstwa dają nawet frajdę, ale procesu gnicia nie zahamowujesz.
Gnicie w futbolu polega na neutralizowaniu talentu w młodych ludziach, którzy zostają ukatrupieni, zanim zaczną seniorską karierę.
U nas proceder zabijania piłkarza w piłkarzu rusza w okresie wręcz niemowlęcym. Niedouczenie widać już u 17-latków, a w tym wieku robi się za późno, by nadrabiać techniczne braki. Juniorski żywy trup już zawsze będzie źle przyjmował, źle podawał, źle strzelał. Czasem zdoła zagrać poprawnie, czasem nawet świetnie, ale kompromitujące wpadki będą mu się przytrafiać zbyt często, by został klasowym zawodnikiem.
Wszystkie elementy techniczne trzeba wpoić chłopcu, zanim ukończy 13. rok życia. Musi perfekcyjnie operować piłką, aby wejść w następny etap nauki - wykorzystywania nabytych już umiejętności, będąc pod presją przeciwnika i mając ułamek sekundy na reakcję oraz podjęcie właściwej decyzji. Wówczas rozpoczyna się też - czy raczej: powinna się rozpocząć - edukacja taktyczna, bowiem trampkarze przenoszą się na pełnowymiarowe boiska. Polski kandydat na piłkarza na tym etapie rozwoju wciąż jednak walczy z samym sobą, z coraz bardziej uderzającą w oczy ułomnością. Prawonożny nie umie przyzwoicie kopnąć piłki lewą stopą, a lewonożny - prawą. I obaj pozostają zazwyczaj analfabetami do końca kariery.
Tajemnica Euro - co się stało z Ebim Smolarkiem?
Młody ćwiczy dwa razy w tygodniu, choć powinien dwa razy dziennie. Kiedyś mógł trenować rzadziej, a mimo wszystko osiągnąć najwyższą techniczną sprawność. Po szkole rzucał tornister w kąt i biegł na podwórko, bo nie miał gier komputerowych, internetu, setek kanałów telewizji i miliona innych rozrywek. Więcej się uczył, ganiając za piłką z kolegami, niż w klubie. Niezależnie od intensywności profesjonalnych zajęć prowadzonych przez trenera bilans zawsze wyglądał podobnie: ćwiczył kilkanaście godzin tygodniowo. Deyna czy Boniek z podwórkowych gierek wynieśli nie mniej niż z klubów.
Odkąd niektóre podwórka zamarły, a niektóre zniknęły, odkąd naturalnie nabywaną zdolnością każdego chłopca stała się nie żonglerka, lecz wywijanie padem podłączonym do Playstation, już siedmiolatek musi dwa razy dziennie odbywać regularny trening. Trzeba precyzyjnie zaplanować mu naukę, a później obsesyjnie doglądać każdego detalu. Inaczej nie wzbije się na pułap Ligi Mistrzów.
By się wzbił, potrzeba systemu. Po pierwsze, boisk. Po drugie, przemyślanej selekcji, by wyławiać chłopców uzdolnionych atletycznie. Po trzecie, trenerów. W cywilizowanych świecie inny fachowiec prowadzi 10-latków, inny 13-latków, inny 17-latków. Nie ma znawców wszystkiego.
Systemu nie stworzymy bez know-how, tymczasem w naszym kraju brakuje nie tylko osobnych, specjalistycznych kursów wychowywania młodzieży, lecz w ogóle jakiejkolwiek prawdziwej szkoły trenerów, a tzw. polska myśl szkoleniowa istnieje tylko jako drwina ze zdrowego rozsądku.
Lato prawie prezesem PZPN. To katstrofa!
Nasi piłkarze jak niepełnosprawni
Pisaliśmy o tym tysiąc razy, piszemy tysiąc pierwszy: polscy piłkarze wyglądają po wyjeździe do mocnych lig jak niepełnosprawni, wrzuceni między istoty wyższego gatunku i do rzeczywistości, w której czas płynie szybciej. Szczęściarzom zdarzają się małe karierki, ale biorąc pod uwagę potencjał 38-milionowego, bogacącego się kraju Unii Europejskiej, w którym futbol wciąż pozostaje najpopularniejszym sportem, najlepsi nie osiągają nic.
Wiosną na blogu zlustrowałem polskich napastników. Kryterium dobrałem stronniczo, ale nie złośliwie. Sprawdziłem, ile w tym stuleciu Polacy strzelili goli w najmocniejszych rozgrywkach klubowych - Lidze Mistrzów, angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej.
Doliczyłem się pięciu. Ostatnia padła na początku zeszłego roku, kiedy Radosław Matusiak - wówczas jeszcze zawodnik Palermo - wepchnął piłkę do siatki Ascoli, bezdyskusyjnie najsłabszej obok Messiny drużyny minionego sezonie Serie A. Pozostałe podarowali nam - w Lidze Mistrzów - Krzynówek i Hajto. (Tylko Matusiak to napastnik!)
Pominąłem dorobek Emmanuela Olisadebe (trafił trzykrotnie w Champions League) i Euzebiusza Smolarka (trafił dwa razy w Primera Division). Nie interesuje mnie bowiem ani kryterium paszportowe, ani genetyczno-narodowościowe. Interesują mnie wyłącznie piłkarze wychowani przez nas i u nas, nawet gdyby pochodzili z Trapezfiku, krainy borostworów albo planety Melmac.
Cały kontynent opiewa rozbijających się po boiskach Euro 2008 Rosjan, którzy po rozpadzie ZSRR nie przetrwali dotychczas rundy grupowej imprezy rangi mistrzowskiej, tymczasem trener Guus Hiddink czyni cuda niejako przy okazji i na marginesie. On dostał misję znacznie poważniejszą - odnowienia całego systemu funkcjonowania piłki nożnej w Rosji. Obmyśla, jak rozwijać talenty, ma założyć akademię dla najzdolniejszych, dogląda budowy ośrodków treningowych (Roman Abramowicz rzucił już rublem na 55 równiusieńkich boisk) etc. Wyniku reprezentacji będzie się od niego wymagać dopiero na mundialu w 2010 roku, teraz nawet po inauguracyjnej porażce z Hiszpanią - bolesnej, poniesionej w kiepskim stylu - nikomu nie strzeliło do głowy, by nawoływać do przepędzenia Holendra.
Wcześniej Hiddink pracował z reprezentacją Australii, którą najpierw po 30 latach wprowadził na mundial, by potem dociągnąć jeszcze do 1/8 finału turnieju w Niemczech. Kiedy odszedł, na antypody polecieli - sięgając do słownika Wojciecha Łazarka - jego holenderscy funfle. Prowadzą reprezentację seniorską i juniorską, jeden został szefem wydziału szkolenia tamtejszej federacji.
Prezydent Rosji proponuje Hiddinkowi obywatelstwo
Niedouczenie widać już o 17-latków
Oba wymienione kraje, podobnie jak wszystkie inne pragnące wznieść piłkę nożną na wyższy poziom, dochodzą do wniosku, że ratowanie się zatrudnianiem przyzwoitego selekcjonera przypomina leczenie spróchniałych zębów silnymi środkami przeciwbólowymi. Czujesz ulgę, pojedyncze zwycięstwa dają nawet frajdę, ale procesu gnicia nie zahamowujesz.
Gnicie w futbolu polega na neutralizowaniu talentu w młodych ludziach, którzy zostają ukatrupieni, zanim zaczną seniorską karierę.
U nas proceder zabijania piłkarza w piłkarzu rusza w okresie wręcz niemowlęcym. Niedouczenie widać już u 17-latków, a w tym wieku robi się za późno, by nadrabiać techniczne braki. Juniorski żywy trup już zawsze będzie źle przyjmował, źle podawał, źle strzelał. Czasem zdoła zagrać poprawnie, czasem nawet świetnie, ale kompromitujące wpadki będą mu się przytrafiać zbyt często, by został klasowym zawodnikiem.
Wszystkie elementy techniczne trzeba wpoić chłopcu, zanim ukończy 13. rok życia. Musi perfekcyjnie operować piłką, aby wejść w następny etap nauki - wykorzystywania nabytych już umiejętności, będąc pod presją przeciwnika i mając ułamek sekundy na reakcję oraz podjęcie właściwej decyzji. Wówczas rozpoczyna się też - czy raczej: powinna się rozpocząć - edukacja taktyczna, bowiem trampkarze przenoszą się na pełnowymiarowe boiska. Polski kandydat na piłkarza na tym etapie rozwoju wciąż jednak walczy z samym sobą, z coraz bardziej uderzającą w oczy ułomnością. Prawonożny nie umie przyzwoicie kopnąć piłki lewą stopą, a lewonożny - prawą. I obaj pozostają zazwyczaj analfabetami do końca kariery.
Tajemnica Euro - co się stało z Ebim Smolarkiem?
Młody ćwiczy dwa razy w tygodniu, choć powinien dwa razy dziennie. Kiedyś mógł trenować rzadziej, a mimo wszystko osiągnąć najwyższą techniczną sprawność. Po szkole rzucał tornister w kąt i biegł na podwórko, bo nie miał gier komputerowych, internetu, setek kanałów telewizji i miliona innych rozrywek. Więcej się uczył, ganiając za piłką z kolegami, niż w klubie. Niezależnie od intensywności profesjonalnych zajęć prowadzonych przez trenera bilans zawsze wyglądał podobnie: ćwiczył kilkanaście godzin tygodniowo. Deyna czy Boniek z podwórkowych gierek wynieśli nie mniej niż z klubów.
Odkąd niektóre podwórka zamarły, a niektóre zniknęły, odkąd naturalnie nabywaną zdolnością każdego chłopca stała się nie żonglerka, lecz wywijanie padem podłączonym do Playstation, już siedmiolatek musi dwa razy dziennie odbywać regularny trening. Trzeba precyzyjnie zaplanować mu naukę, a później obsesyjnie doglądać każdego detalu. Inaczej nie wzbije się na pułap Ligi Mistrzów.
By się wzbił, potrzeba systemu. Po pierwsze, boisk. Po drugie, przemyślanej selekcji, by wyławiać chłopców uzdolnionych atletycznie. Po trzecie, trenerów. W cywilizowanych świecie inny fachowiec prowadzi 10-latków, inny 13-latków, inny 17-latków. Nie ma znawców wszystkiego.
Systemu nie stworzymy bez know-how, tymczasem w naszym kraju brakuje nie tylko osobnych, specjalistycznych kursów wychowywania młodzieży, lecz w ogóle jakiejkolwiek prawdziwej szkoły trenerów, a tzw. polska myśl szkoleniowa istnieje tylko jako drwina ze zdrowego rozsądku.
Lato prawie prezesem PZPN. To katstrofa!
Nasi piłkarze jak niepełnosprawni
Pisaliśmy o tym tysiąc razy, piszemy tysiąc pierwszy: polscy piłkarze wyglądają po wyjeździe do mocnych lig jak niepełnosprawni, wrzuceni między istoty wyższego gatunku i do rzeczywistości, w której czas płynie szybciej. Szczęściarzom zdarzają się małe karierki, ale biorąc pod uwagę potencjał 38-milionowego, bogacącego się kraju Unii Europejskiej, w którym futbol wciąż pozostaje najpopularniejszym sportem, najlepsi nie osiągają nic.
Wiosną na blogu zlustrowałem polskich napastników. Kryterium dobrałem stronniczo, ale nie złośliwie. Sprawdziłem, ile w tym stuleciu Polacy strzelili goli w najmocniejszych rozgrywkach klubowych - Lidze Mistrzów, angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej.
Doliczyłem się pięciu. Ostatnia padła na początku zeszłego roku, kiedy Radosław Matusiak - wówczas jeszcze zawodnik Palermo - wepchnął piłkę do siatki Ascoli, bezdyskusyjnie najsłabszej obok Messiny drużyny minionego sezonie Serie A. Pozostałe podarowali nam - w Lidze Mistrzów - Krzynówek i Hajto. (Tylko Matusiak to napastnik!)
Pominąłem dorobek Emmanuela Olisadebe (trafił trzykrotnie w Champions League) i Euzebiusza Smolarka (trafił dwa razy w Primera Division). Nie interesuje mnie bowiem ani kryterium paszportowe, ani genetyczno-narodowościowe. Interesują mnie wyłącznie piłkarze wychowani przez nas i u nas, nawet gdyby pochodzili z Trapezfiku, krainy borostworów albo planety Melmac.
1
2
następne »
-
Jak nie zabijać piłkarza w piłkarzu
gandalph
23.06.08, 12:47
Ma Pan całkowitą rację! Bez gruntownych zmian, bardzo głębokich, ani rusz. Zresztą, czy tylko w piłce nożnej?»
-
Potrzebny szef szkolenia w PZPN - z zagranicy!
markgore
23.06.08, 16:29
Holandia ma najlepsze wyniki w szkoleniu mlodziezy w Europie. Jest to warte podkreslenie, biorac pod uwage stosunkowa mala liczbe ludnosci. Nie odrzucalbym kandydatury szkoleniowca z »
-
nie tylko PZPN jest winny - także społeczeństwo
sobekx
24.06.08, 13:58
Młodzież jest wypychana z przestrzeni osiedlowej, na większości placów stoją tablice "zakaz gry w piłkę", w miejscu jednego boiska na moim osiedlu jest teraz parking samochodów, na drugim »

Czechy
Portugalia
Szwajcaria
Turcja
Austria
Chorwacja
Niemcy
Francja
Holandia
Rumunia
Włochy
Grecja
Hiszpania
Rosja
Szwecja




