Małysz do piłkarzy: "Nic się nie stało, wygrajcie z Austrią"

Rozmawiał Robert Błoński
10.06.2008 , aktualizacja: 10.06.2008 15:05
A A A Drukuj
Adam Małysz gra w piłkę Fot. Mateusz Skwarczek / AG Adam Małysz gra w piłkę
Piłkarze są w takiej sytuacji, jak ja na MŚ w Sapporo po konkursie na dużej skoczni, kiedy zająłem czwarte miejsce. Czułem się mocny, wiedziałem, że formę mam. Parę dni później zdobyłem złoto. Niech więc teraz nasi wygrają z Austrią - mówi Sport.pl najlepszy polski skoczek.
Robert Błoński: Niedzielny wieczór spędził pan przed telewizorem?

Adam Małysz: Dokładnie. Najpierw oglądałem mecz Chorwatów z Austrią, a później przełączyłem na wyścig Roberta Kubicy. Nie za bardzo wiedziałem, co wybrać: piłkę nożną czy Formułę 1. Kiedy wyszedł na prowadzenie, kibicowałem mu do ostatnich metrów.

Pan jest fanem samochodów i Kubicy.

- Robertowi należała się ta wygrana. Od początku sezonu jest w formie. Zawsze w czołówce, raz tylko nie ukończył wyścigu z powodu defektu. W Montrealu postawił kropkę nad i. BMW robi się mocnym teamem, a Robert to świetny kierowca. W końcu musiał wygrać. Za styl należy mu się szacunek. Jego wielkość polega na tym, że wygrał tam, gdzie rok temu miał okropny wypadek. Po takich wyczynach poznaje się klasę sportowca. Zapomniał i przezwyciężył strach. No i w końcu nie miał problemów z bolidem. BMW Sauber wreszcie dogania Ferrari i Mercedesa.

F1 jest jak skoki narciarskie. W piątek trening, w sobotę kwalifikacje, w niedzielę zawody. I miliony Polaków przed telewizorem.

- Nasi kibice lubią utożsamiać się z sukcesem rodaków. Czujemy wtedy dumę narodową.

Kubica jeździ z prędkością ponad 250 km/godz. A pan ile jechał najszybciej?

- Na autostradzie w Niemczech rozpędziłem auto do 250 km/godz., ale tylko na chwilkę. Przez głowę przeleciało tysiąc myśli: co będzie, jak opona pęknie albo na coś najadę, albo ktoś nagle zmieni pas? Adrenalina mi skoczyła. Na torze jest chyba bezpieczniej. Zresztą tam, w bolidzie, nie ma czasu na myślenie, z jaką prędkością się jedzie. Trzeba jak najszybciej mknąć do mety.

Po wygranej Kubicy miał pan nadzieję na zwycięstwo piłkarzy nad Niemcami?

- Miałem. Tak jak cała Polska. Kraj utożsamia się z drużyną Leo. Nadzieje były wielkie, ludzie wywieszali flagi, mieli chorągiewki za szybami samochodów. Atmosfera była podniosła. Chęć obejrzenia zwycięstwa była w narodzie ogromna. Mnie rozczarowało, że Kuba Błaszczykowski wyjechał ze zgrupowania. Dzięki niemu kadra nabierała szybkości i rozpędu w eliminacjach. W Polsce są plotki, że pokłócił się z trenerem. Nie wiem, czy to prawda, ale żałowałem, że nie może zagrać z Niemcami.

Pan miał zatkniętą flagę za oknem, dał się ponieść emocjom?

- Nie. Z jednego prostego powodu - nie mam flagi w domu. Wspieram piłkarzy duchowo, tym, że oglądam mecze i kibicuję. Wywieszenie flagi to symbol solidarności, ale oni i tak tego nie widzą.

Kiedy pan skakał na igrzyskach w Salt Lake City, flagi też wisiały na balkonach.

- Nie wiedziałem tego, ale czułem, że ludzie są ze mną. Domyślałem się, że siedzą przed telewizorami i dmuchają w ekran. Dla sportowca ważniejsza jest świadomość wiary kibiców. Psychicznie to na mnie dobrze działało. Podobnie było z piłkarzami. Mimo porażki fani są z nimi, nie wstydzili się za grę i mówią: "Nic się nie stało, wygrajcie z Austrią".

Polscy kibice jeżdżą wszędzie za swoimi sportowcami. Pan spełniał ich nadzieje medalami i Pucharami Świata, piłkarze ręczni czy siatkarze albo siatkarki wicemistrzostwem świata czy mistrzostwem Europy. A piłkarze jakoś nie mogą.

- Wsparcie podbudowuje psychicznie, ale kibice nie spowodują, że od ich dopingu wzrośnie forma czy umiejętności. Bądźmy szczerzy - naszym wczoraj brakowało, i to dużo, do Niemców. Ustępowali im, byli słabsi. Z transmisji dowiedziałem się, że Podolski chciał kiedyś grać dla Polski, ale nikt nie był tym zainteresowany. Po pierwszym golu nie wiedział, co zrobić. Ukłuło go na pewno, że to od Niemców dostał szansę. Szkoda...

Jakie miał pan wrażenia podczas oglądania meczu?

- Było widać różnicę w poziomach obu drużyn. Niemcy byli o klasę wyżej w podaniach, strzałach, rozgrywaniu piłki. Nie było widać w ogóle Ebiego Smolarka, który zdobywał gole w eliminacjach. To nie był zespół, który mógłby wygrać. Próbowali, próbowali, ale różnica była za duża.

Wiele osób mówi, że to 0:2 boli mniej niż 0:1 na MŚ w Dortmundzie dwa lata temu.

- Piłkarze bardzo przeżywają porażkę. Nadzieje mieli wielkie. Media nakręciły atmosferę. Czasem za mocno, niesmaczne były ilustracje Leo trzymającego głowy Niemców. Boli, że znowu nie udało się pokonać Niemców. Zawsze mieliśmy z nimi zatargi, ale nigdy nie wygraliśmy. Do tego w niedzielę dwa gole strzelił nam Polak. Czułem się, jakbyśmy tracili samobóje. Czasem mnie dziwi, że Polacy decydują się na wyjazd za granicę. Tu grają dobrze, wyróżniają się, a na Zachodzie tracą miejsce. Może więc niech nie wyjeżdżają tak masowo, bo później mamy problem. Przykładem jest Irek Jeleń, chłopak z naszego regionu, z Cieszyna. Brakowało jego rajdów z poprzednich lat. Wyjechał do Francji i zatracił atuty, ma problemy ze zdrowiem. A w niedzielę Niemcy właśnie byli od nas szybsi.

Podziel się