Czy leci z nimi pilot?
25.06.2008
, aktualizacja: 25.06.2008 14:16
Czech Karel Bruckner, najstarszy trener na Euro 2008 i pilny taktyk, przyznał niemal wprost, że jego umysł nie obejmuje tureckiej koncepcji gry - znajduje w niej głównie rozgardiasz, przypadek, niekontrolowany żywioł.
ZOBACZ TAKŻE
- Problemy zdrowotne kapitana reprezentacji Turcji (24-06-08, 22:01)
- Niemcy w półfinale przegrali tylko raz (24-06-08, 15:30)
- Superrezerwowy Senturk. Jak poradzi sobie grając od pierwszej minuty? (23-06-08, 22:12)
- Gole w końcówkach meczów to nie przypadek (23-06-08, 19:20)
- Turkom w meczu z Niemcami zabraknie piłkarzy? (23-06-08, 18:58)
- Koniec Euro dla Nihata (22-06-08, 18:46)
Turcja ma nową taktykę na Niemcy: Grać w piłkę
Chorwat Slaven Bilić, najmłodszy trener turnieju, znalazł w sobie chyba więcej samozaparcia, by rozszyfrowywać przeciwnika. I jeszcze przed przegranym ćwierćfinałem podzielił się odkryciami: "Kto wam powiedział, że oni stawiają na futbol dziki, pozbawiony taktyki, oparty wyłącznie na agresji i nerwach? Długo analizowałem ich mecze i odkryłem, że stosują dwa systemy: ofensywny oraz bardzo ofensywny, właściwie samobójczy. Ten ostatni pozwala wygrać z Czechami, nawet jeśli przegrywa się na kwadrans przed końcem 0:2".
Ja nie zarywałem nocy, by ślęczeć nad turecką twórczością i wyśledzić między wierszami - znaczy podaniami - niuanse jej wyrafinowanej strategii. Dlatego beztrosko pozwolę sobie z Biliciem się nie zgodzić. Zaryzykuję, że moją ignorancję obnaży perfekcyjny turecki popis w półfinale, i wyduszę to z siebie: Turcy nie uciekali się do żadnego wymyślnego systemu, by ratować przegrane mecze, ich pragnienie przetrwania zamieniała na gole wybuchowa mikstura desperacji, chaosu, wątrobianej zaciekłości i potwornej siły w nogach oraz mięśniach brzucha, która pozwala mocno strzelać. Całość najlepiej opisałby nasz naczelny piłkarski słowotwórca Jan Tomaszewski, który drużynie w sytuacji beznadziejnej proponuje zazwyczaj tzw. granie na aferę. Kopiesz piłkę daleko do przodu, broń boże nie spoglądając w obieranym kierunku, i czekasz, co będzie. Jak się napatoczy w pobliżu bramki, grzmocisz, ile sił, i znów czekasz, co będzie.
Bez końca przewijałem w głowie przebieg fascynujących spotkań, które wygrywali Turcy, bo nie chciałem nawet zobaczyć czy zrozumieć, lecz choćby przeczuć, na czym polega ich niezawodna metoda. Nie zobaczyłem, nie zrozumiałem, nie przeczułem. W mojej pamięci zachowały się strzępki trzech meczów, w których rywale byli bezwzględnie lepsi.
I w których wszystko stało na głowie. Mecz ze Szwajcarią oblewała istna klęska żywiołowa - wszyscy broczyli po łydki w kałużach, przeważający gospodarze walczyli sami ze sobą. Arda Turan strzelił zwycięskiego gola w 92. minucie, piłka odbiła się rykoszetem od Patricka Müllera. W spotkaniu z Czechami zrobiło się jeszcze niezwyklej - w 87. minucie perfekcyjnemu zazwyczaj Petrowi Czechowi futbolówka wypadła z rąk (remis), a w 89. minucie strzelił na bramkę Nihat Kahveci (Turcy wygrywają 3:2). Wreszcie ćwierćfinał z Chorwacją przynosi kulminację dziwnych zdarzeń - rezerwowy bramkarz Recber Rüstü popełnia w 119. minucie kardynalny błąd, dzięki czemu rywale obejmują prowadzenie, a potem w nagrodę nie musi nawet bronić rzutów karnych, bo Modrić i Rakitić pudłują. Wcześniej nasi bohaterowie wyrównują - w 121. minucie.
W ten sposób najuważniej wysłuchiwanym - obok prowadzącego Rosjan Guusa Hiddinka - mędrcem turnieju został trener Fatih Terim objaśniający tu i ówdzie, jak podbijać Europę mottem "Nigdy, przenigdy nie wolno wam pomyśleć o porażce i zacząć się jej bać", ponoć uporczywie wtłaczanym do jaźni tureckich piłkarzy. I rzeczywiście, imponują oni niezłomnością oraz wiarą, że Allah podwaja wysiłki w doliczonym czasie gry, by im pomóc. Pozostaje pytanie, na ile koncepcja Terima jest uniwersalna i czy mamy prawo przypuszczać, że kiedykolwiek i gdziekolwiek się jeszcze sprawdzi. Czy wszystko, co się dzieje wokół Turków, można w ogóle nazwać koncepcją. Czy wolno uznać, że drużyna, która przegrałaby na Euro 2008 wszystkie mecze, gdyby odciąć jej końcówki liczone w sekundach, cokolwiek przeprowadza zgodnie z planem.
Karel Bruckner opuszczał mistrzostwa przegrany, choć Czesi Turków zdominowali, długo panując na boisku i wprowadzając nań organizacyjny ład. Chorwaci też przegrali, choć ich słabość - ewidentny zanik psychicznej odporności - trwała zaledwie kilka minut, podczas rzutów karnych. Piłkarze Fatiha Terima odnieśli wielki triumf, choć grali przeciętnie. Wodę z mózgów robią nam wszystkim dopiero, gdy mecz się praktycznie kończy - niby są na kolanach, w rzeczywistości uruchamiają wibracje zamieniające rywali w bezwolne, statystujące manekiny.
Otumaniona Europa wpadła w stupor i powtarza: czy Turcy mogą jak Grecy, czy Turcy mogą jak Grecy, czy Turcy mogą jak Grecy. Odpowiedź jest banalna - Turcy nie mogą jak Grecy, bo nie umieją, geograficzna bliskość nie zakryje dzielącej ich taktycznej przepaści.
Sensacyjni mistrzowie Europy sprzed czterech lat przesuwali się po murawie w z góry ustalonym porządku, z pedantyczną dbałością o każdy krok i skręt tułowia, jakby podprogowo odbierali impulsy z mózgu sterującego nimi trenera Otto Rehhagela. W ćwierćfinale, półfinale i finale pierwsi obejmowali prowadzenie i już go nie oddawali. Uczynili swoją bramkę, ba, swoje pole karne, nietykalnym. Wszystko było u nich zaplanowane, wyjaśnialne, do rozebrania rozumem. Jan Koller wyszedł po półfinale z szatni z taką miną, jakby półtorej godziny biegał po boisku ze skutymi kajdankami nogami i związanymi na plecach rękami. - Oni byli wszędzie. Gdzie się nie odwróciłem, gdzie nie kopnęliśmy piłki, było ich dwóch, trzech... Zawsze więcej niż nas... - wzdychał czeski gigant.
Turcy padają, by natychmiast się zerwać i pognać po cud. Suną do następnego meczu wariacką galopadą, sieją zamęt, wystarczy im - jak zwierza się Kazim Kazim - "jedno spojrzenie trenera, by poczuć się jak dźgnięci ostrogą". Podczas mistrzostw właściwie nigdy nie wspominają o innych wpływających na wynik czynnikach niż motywacja, wiara, nadzieja, niechęć do kapitulacji w żadnych okolicznościach. - Zobaczyłem swoich graczy leżących na trawie i natychmiast kazałem im wstać - opowiada o horrorze z dogrywki przeciw Chorwatom selekcjoner zwany w ojczyźnie Imperatorem.
I przywołuje ów niesamowity finał Ligi Mistrzów w Stambule, w którym Liverpool w sześć minut odrobił straty do Milanu prowadzącego 0:3. To na nim się wzoruje. Jak? Nie zdradził.
Zamęt wzmagają jeszcze wypadki losowe i pech. Jeśli kadrę zdziesiątkowały kontuzje, jeśli żywi są dyskwalifikowani za kartki, jeśli nie ma kim obsadzić ławki rezerwowych, to Terim musi improwizować bez przerwy. Ewentualne wystawienie w środku napadu trzeciego bramkarza, które trener półgębkiem i niby półserio zapowiada, wspaniale zamknęłoby turniej. Można powiedzieć - Terim zachowałby ciągłość i wreszcie ktoś zaskoczyłby nawet przewidujących Niemców. Planu na ten wariant nie opracowali na pewno.
Grecką rewelację sprzed lat wszyscy z łatwością rozebrali na czynniki pierwsze, wskazując na człapiące, wycieńczone sezonem klubowym gwiazdy faworytów, oraz nieskazitelną organizację gry złotych medalistów, która wpisuje się w ogólny trend przedkładający pracę zespołową nad indywidualne popisy. Tureccy królowie chaosu dają więcej frajdy, nie zanudzając publiki przerabianiem futbolu na naukę ścisłą i bazując na eksplodujących w finale solistów, którzy nade wszystko świetnie grają w piłkę.
Niech sobie jednak nie myślą, że jajogłowi nie przejrzą na wylot ich rzekomych cudów. Badacze uniwersytetów w Durham i Plymouth dowodzili już przed Euro, że najgroźniejsi będą piłkarze w najczerwieńszych strojach, bo czerwień działa na podświadomość przeciwnika, powoduje u niego obfitsze wydzielanie się testosteronu i utrudnia zachowanie kontroli nad sobą w chwilach stresu. I doradzali, by u bukmacherów stawiać na Turków.
Trener Turków: W piłce nie ma cudów
Chorwat Slaven Bilić, najmłodszy trener turnieju, znalazł w sobie chyba więcej samozaparcia, by rozszyfrowywać przeciwnika. I jeszcze przed przegranym ćwierćfinałem podzielił się odkryciami: "Kto wam powiedział, że oni stawiają na futbol dziki, pozbawiony taktyki, oparty wyłącznie na agresji i nerwach? Długo analizowałem ich mecze i odkryłem, że stosują dwa systemy: ofensywny oraz bardzo ofensywny, właściwie samobójczy. Ten ostatni pozwala wygrać z Czechami, nawet jeśli przegrywa się na kwadrans przed końcem 0:2".
Ja nie zarywałem nocy, by ślęczeć nad turecką twórczością i wyśledzić między wierszami - znaczy podaniami - niuanse jej wyrafinowanej strategii. Dlatego beztrosko pozwolę sobie z Biliciem się nie zgodzić. Zaryzykuję, że moją ignorancję obnaży perfekcyjny turecki popis w półfinale, i wyduszę to z siebie: Turcy nie uciekali się do żadnego wymyślnego systemu, by ratować przegrane mecze, ich pragnienie przetrwania zamieniała na gole wybuchowa mikstura desperacji, chaosu, wątrobianej zaciekłości i potwornej siły w nogach oraz mięśniach brzucha, która pozwala mocno strzelać. Całość najlepiej opisałby nasz naczelny piłkarski słowotwórca Jan Tomaszewski, który drużynie w sytuacji beznadziejnej proponuje zazwyczaj tzw. granie na aferę. Kopiesz piłkę daleko do przodu, broń boże nie spoglądając w obieranym kierunku, i czekasz, co będzie. Jak się napatoczy w pobliżu bramki, grzmocisz, ile sił, i znów czekasz, co będzie.
Bez końca przewijałem w głowie przebieg fascynujących spotkań, które wygrywali Turcy, bo nie chciałem nawet zobaczyć czy zrozumieć, lecz choćby przeczuć, na czym polega ich niezawodna metoda. Nie zobaczyłem, nie zrozumiałem, nie przeczułem. W mojej pamięci zachowały się strzępki trzech meczów, w których rywale byli bezwzględnie lepsi.
I w których wszystko stało na głowie. Mecz ze Szwajcarią oblewała istna klęska żywiołowa - wszyscy broczyli po łydki w kałużach, przeważający gospodarze walczyli sami ze sobą. Arda Turan strzelił zwycięskiego gola w 92. minucie, piłka odbiła się rykoszetem od Patricka Müllera. W spotkaniu z Czechami zrobiło się jeszcze niezwyklej - w 87. minucie perfekcyjnemu zazwyczaj Petrowi Czechowi futbolówka wypadła z rąk (remis), a w 89. minucie strzelił na bramkę Nihat Kahveci (Turcy wygrywają 3:2). Wreszcie ćwierćfinał z Chorwacją przynosi kulminację dziwnych zdarzeń - rezerwowy bramkarz Recber Rüstü popełnia w 119. minucie kardynalny błąd, dzięki czemu rywale obejmują prowadzenie, a potem w nagrodę nie musi nawet bronić rzutów karnych, bo Modrić i Rakitić pudłują. Wcześniej nasi bohaterowie wyrównują - w 121. minucie.
W ten sposób najuważniej wysłuchiwanym - obok prowadzącego Rosjan Guusa Hiddinka - mędrcem turnieju został trener Fatih Terim objaśniający tu i ówdzie, jak podbijać Europę mottem "Nigdy, przenigdy nie wolno wam pomyśleć o porażce i zacząć się jej bać", ponoć uporczywie wtłaczanym do jaźni tureckich piłkarzy. I rzeczywiście, imponują oni niezłomnością oraz wiarą, że Allah podwaja wysiłki w doliczonym czasie gry, by im pomóc. Pozostaje pytanie, na ile koncepcja Terima jest uniwersalna i czy mamy prawo przypuszczać, że kiedykolwiek i gdziekolwiek się jeszcze sprawdzi. Czy wszystko, co się dzieje wokół Turków, można w ogóle nazwać koncepcją. Czy wolno uznać, że drużyna, która przegrałaby na Euro 2008 wszystkie mecze, gdyby odciąć jej końcówki liczone w sekundach, cokolwiek przeprowadza zgodnie z planem.
Karel Bruckner opuszczał mistrzostwa przegrany, choć Czesi Turków zdominowali, długo panując na boisku i wprowadzając nań organizacyjny ład. Chorwaci też przegrali, choć ich słabość - ewidentny zanik psychicznej odporności - trwała zaledwie kilka minut, podczas rzutów karnych. Piłkarze Fatiha Terima odnieśli wielki triumf, choć grali przeciętnie. Wodę z mózgów robią nam wszystkim dopiero, gdy mecz się praktycznie kończy - niby są na kolanach, w rzeczywistości uruchamiają wibracje zamieniające rywali w bezwolne, statystujące manekiny.
Otumaniona Europa wpadła w stupor i powtarza: czy Turcy mogą jak Grecy, czy Turcy mogą jak Grecy, czy Turcy mogą jak Grecy. Odpowiedź jest banalna - Turcy nie mogą jak Grecy, bo nie umieją, geograficzna bliskość nie zakryje dzielącej ich taktycznej przepaści.
Sensacyjni mistrzowie Europy sprzed czterech lat przesuwali się po murawie w z góry ustalonym porządku, z pedantyczną dbałością o każdy krok i skręt tułowia, jakby podprogowo odbierali impulsy z mózgu sterującego nimi trenera Otto Rehhagela. W ćwierćfinale, półfinale i finale pierwsi obejmowali prowadzenie i już go nie oddawali. Uczynili swoją bramkę, ba, swoje pole karne, nietykalnym. Wszystko było u nich zaplanowane, wyjaśnialne, do rozebrania rozumem. Jan Koller wyszedł po półfinale z szatni z taką miną, jakby półtorej godziny biegał po boisku ze skutymi kajdankami nogami i związanymi na plecach rękami. - Oni byli wszędzie. Gdzie się nie odwróciłem, gdzie nie kopnęliśmy piłki, było ich dwóch, trzech... Zawsze więcej niż nas... - wzdychał czeski gigant.
Turcy padają, by natychmiast się zerwać i pognać po cud. Suną do następnego meczu wariacką galopadą, sieją zamęt, wystarczy im - jak zwierza się Kazim Kazim - "jedno spojrzenie trenera, by poczuć się jak dźgnięci ostrogą". Podczas mistrzostw właściwie nigdy nie wspominają o innych wpływających na wynik czynnikach niż motywacja, wiara, nadzieja, niechęć do kapitulacji w żadnych okolicznościach. - Zobaczyłem swoich graczy leżących na trawie i natychmiast kazałem im wstać - opowiada o horrorze z dogrywki przeciw Chorwatom selekcjoner zwany w ojczyźnie Imperatorem.
I przywołuje ów niesamowity finał Ligi Mistrzów w Stambule, w którym Liverpool w sześć minut odrobił straty do Milanu prowadzącego 0:3. To na nim się wzoruje. Jak? Nie zdradził.
Zamęt wzmagają jeszcze wypadki losowe i pech. Jeśli kadrę zdziesiątkowały kontuzje, jeśli żywi są dyskwalifikowani za kartki, jeśli nie ma kim obsadzić ławki rezerwowych, to Terim musi improwizować bez przerwy. Ewentualne wystawienie w środku napadu trzeciego bramkarza, które trener półgębkiem i niby półserio zapowiada, wspaniale zamknęłoby turniej. Można powiedzieć - Terim zachowałby ciągłość i wreszcie ktoś zaskoczyłby nawet przewidujących Niemców. Planu na ten wariant nie opracowali na pewno.
Grecką rewelację sprzed lat wszyscy z łatwością rozebrali na czynniki pierwsze, wskazując na człapiące, wycieńczone sezonem klubowym gwiazdy faworytów, oraz nieskazitelną organizację gry złotych medalistów, która wpisuje się w ogólny trend przedkładający pracę zespołową nad indywidualne popisy. Tureccy królowie chaosu dają więcej frajdy, nie zanudzając publiki przerabianiem futbolu na naukę ścisłą i bazując na eksplodujących w finale solistów, którzy nade wszystko świetnie grają w piłkę.
Niech sobie jednak nie myślą, że jajogłowi nie przejrzą na wylot ich rzekomych cudów. Badacze uniwersytetów w Durham i Plymouth dowodzili już przed Euro, że najgroźniejsi będą piłkarze w najczerwieńszych strojach, bo czerwień działa na podświadomość przeciwnika, powoduje u niego obfitsze wydzielanie się testosteronu i utrudnia zachowanie kontroli nad sobą w chwilach stresu. I doradzali, by u bukmacherów stawiać na Turków.
Trener Turków: W piłce nie ma cudów
-
szkoda ze Jacek Gmoch sie nie wypowiada w GW
bushevik
25.06.08, 15:15
na temat taktyki druzyn pilk.»
-
Czy leci z nimi pilot?
stasieczek5
25.06.08, 16:51
Ludzie, przestańmy cudować...Teoretyczne rozważania na temat taktyki, strategii i innych pseudonaukowych nazw a dotyczących jakiejś tam drużyny są żenujące.Nie wiadomo jak graja Turcy ? A »

Czechy
Portugalia
Szwajcaria
Turcja
Austria
Chorwacja
Niemcy
Francja
Holandia
Rumunia
Włochy
Grecja
Hiszpania
Rosja
Szwecja




