Austriacy i Szwajcarzy lamentują nad Euro: Niech się skończy
19.06.2008
, aktualizacja: 19.06.2008 22:16
Piłkarze przegrali. Turyści nie przyjechali albo przyjechało ich niewielu. Nadzwyczajnych zysków nie ma. Dla wielu Austriaków i Szwajcarów Euro 2008 poniosło klęskę
"Narciarstwo alpejskie" - tak kilka miesięcy temu na pytanie o ulubiony sport odpowiedziało najwięcej Austriaków. Ich stosunek do mistrzostw Europy też wywołuje wrażenie, że zamiast na stadiony woleliby nawet w środku lata pobiec na stok i dopingować Hermana Maiera.
O tym, że trwa właśnie najważniejszy turniej Starego Kontynentu, w austriackich miastach informują tylko wszechobecne drogowskazy z symbolami Euro 2008 i kibice obcych reprezentacji. Współgospodarzy ME nie porwała ani wizja pierwszego występu ich drużyny na wielkim turnieju od dziesięciu lat, ani możliwość goszczenia najlepszych piłkarzy na świecie. Szczytem ich marzeń dotyczących własnej reprezentacji było uniknięcie kompromitacji. Inne drużyny obchodzą ich mało. Sklepów, restauracji i prywatnych mieszkań w miastach goszczących ME nie ozdabiają flagi, a sami Austriacy sprawiają wrażenie kompletnie ignorujących turniej. Piłkarze im to ułatwili, bo błyskawicznie odpadli, potwierdzając opinię, że tworzą najgorszą reprezentację gospodarzy w dziejach turnieju.
Mistrzostwa za małe i za blisko
A raczej: tworzyliby najgorszą, gdyby nie Szwajcarzy. Ci przegrali jeszcze wcześniej, już po drugim meczu nie mieli szans, w dodatku spadało na nich nieszczęście za nieszczęściem, już na inaugurację stracili największą - chyba nawet jedyną - gwiazdę, bo więzadła zerwał Alexandre Frei.
Szwajcarzy, choć i u nich piłka nożna nie jest sportem narodowym, zachowują się jednak zupełnie inaczej. U nich zakątka obojętnego na ME znaleźć nie sposób. Futbolówki leżą nawet w oknach aptek, z okien zwisają flagi uczestników, na samochodach powiewają białe krzyże na czerwonym tle, a mieszkańcy chętnie rozmawiają o futbolu.
Gospodarzy łączy jedno - problemy. Małe stadiony (tylko dwa - w Wiedniu i Bazylei mieszczące więcej niż 30 tys. osób) i położenie obu krajów spowodowały, że na Euro przybyło mniej kibiców, niż się spodziewano. Ci z Niemiec, Włoszech czy Francji natychmiast po meczach wracają do domu, nie dając zarobić motelom, domom gościnnym czy restauracjom. Wpadają dosłownie na moment, zdążą kupić co najwyżej hot doga, colę i koszulkę.
Organizująca poprzednie mistrzostwa Portugalia miała to szczęście, że chowa się na samym końcu Europy, więc trzeba było wyprawy, by do niej dotrzeć, i opłacało się przedłużyć pobyt. Do Austrii i Szwajcarii wszyscy mają blisko, wielu finalistów - Francuzi, Włosi, Chorwaci, Czesi, Niemcy, Holendrzy - graniczy z nimi lub dzieli ich od granicy trzy godziny jazdy. Nawet Turcy nie frunęli tysięcy kilometrów, bo reprezentację dopingowali głównie emigranci z Niemiec. A ponieważ eliminacje przegrali Anglicy, odpadła potężna masa najaktywniejszych piłkarskich fanów - nie zawsze kulturalnych, lecz wydających sporo pieniędzy. Na całym kontynencie narodził się też nowy zwyczaj, który wypiera jeżdżenie za reprezentacją nawet fanów bez biletów - tutejsze telewizje transmitują gromadne przeżywanie meczów na placach zagranicznych miast i wściekają się, że nie są to obrazy z Bazylei lub Salzburga.
A idźcie sobie stąd czym prędzej
Specjalnie stworzone wioski kibiców przypominają szkoły w środku lata. - Czujemy się oszukani. Mamili nas wielkimi zyskami, które okazały się iluzją - mówi piekarz z Genewy, który za 20 tys. euro wykupił prawo do postawienia w wiosce stoiska. Zawiedzionych jest więcej, ci najbardziej wściekli zamierzają pozwać UEFA do sądu. - Spodziewałem się zysków, jakich nigdy nie miałem i nigdy już nie będę miał - usłyszeliśmy od właściciela restauracji w Zurychu. - Wszędzie czytałem entuzjastyczne prognozy, nastawiałem się na mistrzostwa, które będą czasem szczególnej harówki, a nie zabawy. Bzdura. Zagraniczni kibice prawie nie przychodzą, zresztą i wokół lokalu nie widzę nienaturalnego ruchu, tylko w dniu meczu są jakieś śpiewy. A wielu stałych bywalców wyjechało, bo się obawiało tłoku i chciało szaleństwo przeczekać gdzieś na uboczu. I wiecie co teraz? Moje obroty są rekordowe, ale w drugą stronę. Niższe niż normalnie o tej porze roku. Euro 2008 to dla mnie jedna wielka klęska.
Rozczarowania finansowe widać na każdym kroku. Sieć sklepów Oschner Sport, która wykupiła prawo do sprzedaży oficjalnych gadżetów z insygniami reprezentacji Szwajcarii, cały towar przeceniła już po kilku dniach turnieju. Koszulki potaniały o 10 proc., wszystko inne - o 50 proc.
W Austrii organizatorzy walczą, aby ktokolwiek chciał oglądać turniej w specjalnie do tego przystosowanych Strefach Fanów. Kilkanaście dni temu władze Klagenfurtu musiały rozdawać warte pięć euro bilety. Bywały dni, gdy w mogącym pomieścić 23 tys. fanów strefie spotkania oglądała niespełna setka. - Mamy nadzieję, że to się jeszcze zmieni - mówili załamani przedstawiciele władz najmniejszego miasta, w którym odbywają się mecze ME. Kibice tłumaczą, że oglądanie meczów na świeżym powietrzu w czasie deszczu sprawdza się średnio. A nie dość, że w Austrii pada dość regularnie - w ogóle pogoda nie dopisuje, jak na czerwiec jest bardzo zimno - to jeszcze ze względów bezpieczeństwa nie można oglądać spotkań z parasolem.
Kibice opowiadają o podróżach kuszetkami, podczas których w przedziale nachodzi ich konduktor, robi pobudkę i zabiera im - w nocy, na długo przed ostatnią stacją - całą pościel. Takie wrażenie sprawia wielu Austriaków. Popędzają gości, nie mogą się doczekać, aż cały ten cyrk się wreszcie skończy.
O tym, że trwa właśnie najważniejszy turniej Starego Kontynentu, w austriackich miastach informują tylko wszechobecne drogowskazy z symbolami Euro 2008 i kibice obcych reprezentacji. Współgospodarzy ME nie porwała ani wizja pierwszego występu ich drużyny na wielkim turnieju od dziesięciu lat, ani możliwość goszczenia najlepszych piłkarzy na świecie. Szczytem ich marzeń dotyczących własnej reprezentacji było uniknięcie kompromitacji. Inne drużyny obchodzą ich mało. Sklepów, restauracji i prywatnych mieszkań w miastach goszczących ME nie ozdabiają flagi, a sami Austriacy sprawiają wrażenie kompletnie ignorujących turniej. Piłkarze im to ułatwili, bo błyskawicznie odpadli, potwierdzając opinię, że tworzą najgorszą reprezentację gospodarzy w dziejach turnieju.
Mistrzostwa za małe i za blisko
A raczej: tworzyliby najgorszą, gdyby nie Szwajcarzy. Ci przegrali jeszcze wcześniej, już po drugim meczu nie mieli szans, w dodatku spadało na nich nieszczęście za nieszczęściem, już na inaugurację stracili największą - chyba nawet jedyną - gwiazdę, bo więzadła zerwał Alexandre Frei.
Szwajcarzy, choć i u nich piłka nożna nie jest sportem narodowym, zachowują się jednak zupełnie inaczej. U nich zakątka obojętnego na ME znaleźć nie sposób. Futbolówki leżą nawet w oknach aptek, z okien zwisają flagi uczestników, na samochodach powiewają białe krzyże na czerwonym tle, a mieszkańcy chętnie rozmawiają o futbolu.
Gospodarzy łączy jedno - problemy. Małe stadiony (tylko dwa - w Wiedniu i Bazylei mieszczące więcej niż 30 tys. osób) i położenie obu krajów spowodowały, że na Euro przybyło mniej kibiców, niż się spodziewano. Ci z Niemiec, Włoszech czy Francji natychmiast po meczach wracają do domu, nie dając zarobić motelom, domom gościnnym czy restauracjom. Wpadają dosłownie na moment, zdążą kupić co najwyżej hot doga, colę i koszulkę.
Organizująca poprzednie mistrzostwa Portugalia miała to szczęście, że chowa się na samym końcu Europy, więc trzeba było wyprawy, by do niej dotrzeć, i opłacało się przedłużyć pobyt. Do Austrii i Szwajcarii wszyscy mają blisko, wielu finalistów - Francuzi, Włosi, Chorwaci, Czesi, Niemcy, Holendrzy - graniczy z nimi lub dzieli ich od granicy trzy godziny jazdy. Nawet Turcy nie frunęli tysięcy kilometrów, bo reprezentację dopingowali głównie emigranci z Niemiec. A ponieważ eliminacje przegrali Anglicy, odpadła potężna masa najaktywniejszych piłkarskich fanów - nie zawsze kulturalnych, lecz wydających sporo pieniędzy. Na całym kontynencie narodził się też nowy zwyczaj, który wypiera jeżdżenie za reprezentacją nawet fanów bez biletów - tutejsze telewizje transmitują gromadne przeżywanie meczów na placach zagranicznych miast i wściekają się, że nie są to obrazy z Bazylei lub Salzburga.
A idźcie sobie stąd czym prędzej
Specjalnie stworzone wioski kibiców przypominają szkoły w środku lata. - Czujemy się oszukani. Mamili nas wielkimi zyskami, które okazały się iluzją - mówi piekarz z Genewy, który za 20 tys. euro wykupił prawo do postawienia w wiosce stoiska. Zawiedzionych jest więcej, ci najbardziej wściekli zamierzają pozwać UEFA do sądu. - Spodziewałem się zysków, jakich nigdy nie miałem i nigdy już nie będę miał - usłyszeliśmy od właściciela restauracji w Zurychu. - Wszędzie czytałem entuzjastyczne prognozy, nastawiałem się na mistrzostwa, które będą czasem szczególnej harówki, a nie zabawy. Bzdura. Zagraniczni kibice prawie nie przychodzą, zresztą i wokół lokalu nie widzę nienaturalnego ruchu, tylko w dniu meczu są jakieś śpiewy. A wielu stałych bywalców wyjechało, bo się obawiało tłoku i chciało szaleństwo przeczekać gdzieś na uboczu. I wiecie co teraz? Moje obroty są rekordowe, ale w drugą stronę. Niższe niż normalnie o tej porze roku. Euro 2008 to dla mnie jedna wielka klęska.
Rozczarowania finansowe widać na każdym kroku. Sieć sklepów Oschner Sport, która wykupiła prawo do sprzedaży oficjalnych gadżetów z insygniami reprezentacji Szwajcarii, cały towar przeceniła już po kilku dniach turnieju. Koszulki potaniały o 10 proc., wszystko inne - o 50 proc.
W Austrii organizatorzy walczą, aby ktokolwiek chciał oglądać turniej w specjalnie do tego przystosowanych Strefach Fanów. Kilkanaście dni temu władze Klagenfurtu musiały rozdawać warte pięć euro bilety. Bywały dni, gdy w mogącym pomieścić 23 tys. fanów strefie spotkania oglądała niespełna setka. - Mamy nadzieję, że to się jeszcze zmieni - mówili załamani przedstawiciele władz najmniejszego miasta, w którym odbywają się mecze ME. Kibice tłumaczą, że oglądanie meczów na świeżym powietrzu w czasie deszczu sprawdza się średnio. A nie dość, że w Austrii pada dość regularnie - w ogóle pogoda nie dopisuje, jak na czerwiec jest bardzo zimno - to jeszcze ze względów bezpieczeństwa nie można oglądać spotkań z parasolem.
Kibice opowiadają o podróżach kuszetkami, podczas których w przedziale nachodzi ich konduktor, robi pobudkę i zabiera im - w nocy, na długo przed ostatnią stacją - całą pościel. Takie wrażenie sprawia wielu Austriaków. Popędzają gości, nie mogą się doczekać, aż cały ten cyrk się wreszcie skończy.
-
No ale my pokażemy jak się zarabia na Euro.
metall
20.06.08, 00:13
za 4 lata.»
-
To przez kombinacje z biletami
jacek-78
20.06.08, 11:36
Sprzedaz biletow na Euro to byl skandal.Do Niemiec jeszce mozna bylo cos znalezc (siedzac po nocach przy internecie) a do Austrii : "niby losowanie" UEFA (ciekaw jestem kto cos wylosowal) i »
-
Austriacy i Szwajcarzy lamentują nad Euro: Niec...
zlosliwy.janek
21.06.08, 10:37
ze mnie to nie dziwi... Austriacy generalnie sa pazerni, opryskliwi i aroganccy. Zupelnie tak samo traktuja ludzi jak sie jedzie do nich na narty, tez potrafia wygonic z lokalu albo z »

Czechy
Portugalia
Szwajcaria
Turcja
Austria
Chorwacja
Niemcy
Francja
Holandia
Rumunia
Włochy
Grecja
Hiszpania
Rosja
Szwecja




