Po odpadnięciu Francji: Zakneblowani mistrzowie
19.06.2008
, aktualizacja: 19.06.2008 18:23
Nie dajcie się nabrać, Lilian Thuram i Claude Makelele już kiedyś przysięgali, że kończą z reprezentacją Francji. W 2004 roku, po smętnym występie na mistrzostwach Europy. Trener Raymond Domenech namawiał, szantażował, błagał. Aż dopiął swego. Z rozpędu niedoszli dezerterzy dotrwali na warcie do teraz. Niestety, zwłaszcza Thuram przysypiał, pola karnego pilnując niezbyt skrzętnie.
Samir Nasri w Arsenalu »
Ribery nie zagra przez osiem tygodni »
Jak Domenech zdołał wyperswadować starej gwardii emeryturę, pojąłem podczas jego spotkania z prasą po porażce z Włochami. Po porażce, w której porażkę dostrzegli tylko co mniej uważni świadkowie. Im selekcjoner - były aktor, kłamie z profesjonalnym znawstwem - jasno wyłożył, że dostąpili zaszczytu oglądania wieczoru fascynującego i w istocie zwycięskiego, pełnego bohaterstwa Francuzów, których niezbywalne zasługi polegały na tym, że chcieli wygrać. - Naprawdę chcieli, nie wolno sądzić, że nie chcieli - powtarzał Domenech. Pogawędkę z rodakami toczył w miarowym rytmie. Pytanie: Dlaczego się nie udało? Odpowiedź: Ci gracze mają przed sobą wielką przyszłość. Pytanie: Czy turniej zakończył się klęską? Odpowiedź: Jestem przekonany, że ci gracze mają przed sobą wielką przyszłość. Pytanie: Możemy porozmawiać o przeszłości, o niepowodzeniu na Euro? Odpowiedź: Ci gracze mają przed sobą wielką przyszłość, jeszcze się przekonacie.
Nie wiem, jak długo twardy gracz Domenech dawał wycisk rodakom, wyszedłem po jego deklaracji, że życie jest piękne, i radzi, by w takie dni jak tamten mówić ludziom, że się ich kocha (Po meczu oświadczył się przed kamerami TV. Jeszcze nie wiadomo, czy narzeczona powie "tak", jak Thuram i Makelele). Cytuję go, bo również potrzebuję postawić brawurową tezę: otóż Francuzi zawiedli już dwa lata temu na mundialu. I nie wypominajcie mi, że zdobyli srebro, że w finale ulegli dopiero po rzutach karnych, że wyeliminowali Brazylię. Przyszykowałem sobie, wzorem francuskiego oratora, argument nie do zbicia: Francuzi zawiedli już dwa lata temu.
Grali wówczas tchórzliwie, brali rywala na przeczekanie, atakowali w tempie powłóczysto-ślimaczym, właściwie tylko do bronienia się przykładali, co przy ich potencjale było nawet nie minimalizmem, lecz robieniem w balona kibiców, którzy wlekli się za nimi z kraju. Zwłaszcza że cztery lata temu Francuzi na Euro też zawiedli. I sześć lat temu na mundialu. Zawodzą konsekwentnie od początku stulecia, choć złoto na mistrzostwach kontynentu w 2000 roku - zdobyte tuż po złocie MŚ - miało zwiastować ich trwałe miejsce w ścisłej czołówce. Stawiany za wzór ponad granicami system szkolenia wypuszcza przecież generację za generacją fantastycznych piłkarzy.
Francuzi grali nie do zniesienia na czterech turniejach z rzędu, ale nie na każdym spadali na dno. W całości zależeli od jednego człowieka, Zinedine'a Zidane'a i/lub stałych fragmentów gry.
Mundial 2002: genialny rozgrywający się leczy, wraca dopiero na trzeci mecz - Francja ląduje na ostatnim miejscu w grupie, nie strzela gola. Euro 2004: Francję kneblują Grecy, wcześniej jedyne superstarcie - z Anglią - prawie przegrywa, zwycięstwo dają jej w doliczonym czasie gry rzut wolny i karny Zidane'a. Mundial 2006: Francja znów torturuje kibiców, w grupie wymęcza remisy ze Szwajcarią i Koreą, wychodzi z niej po wygranej z Togo, w ćwierćfinale i półfinale rozstrzygające gole strzela dzięki kolejnym kopnięciom nieruchomej piłki Zidane'a (rzut wolny na stopę Henry'ego, potem osobiście wykonana jedenastka); w meczu o złoto jedyną bramkę zdobywa oczywiście Zidane, oczywiście z karnego. Euro 2008: piłka wepchnięta do siatki jeden raz, turniej poprzedzony serią sparingów, w których wszystkie gole padały po rzutach karnych, rożnych i wolnych, Zidane ogląda gnioty w telewizji.
Czy przejście jednego piłkarza, choćby najwybitniejszego, w stan spoczynku wyjaśnia wszystko? Czy za każde boskie kopnięcie Zidane'a Francja zapłaci osobną turniejową apokalipsą? Jakie wnioski wolno nam wyciągać z konstatacji, że Brazylia po odejściu Pelego czekała na złoto mundialu 24 lata, a Argentyna po Maradonie nie doczłapała nawet do półfinału?
Analogii zbyt odległych się boję, upraszczającego problem wymawiania się brakiem Zidane'a boję się jeszcze bardziej. Owszem, stracić lidera jego formatu, znaczy stracić duszę, a wypychany na spadkobiercę Ribery, choć umie bardzo wiele, nie odziedziczył po poprzedniku cechy być może najważniejszej - nie czyni lepszymi piłkarzami kolegów z drużyny. Schorzenie obejmuje jednak nie pojedynczą - wiem, newralgiczną - pozycję, lecz całą grupę, która grupę tylko udaje, i to nieudolnie.
Przyznaję, nie znałem ciągu statystyk oddających skalę francuskiego paskudztwa, bezwarunkowym wstrętem reagowałem tylko na migawkowe wspomnienia meczów, na których wytrzymywałem co najwyżej z racji nałogu zmuszającego alkoholika do strzelenia sobie następnej lufy, nawet jeśli poprzednia się nie przyjęła. Kiedy patrzyłem na Francję AD 2008, chwilami wirowały mi w głowie ryzykowne skojarzenia z Polakami (też wtórny analfabetyzm), nie rozumiałem, dlaczego Benzema i Henry nie podają sobie piłki nigdy, w ostateczności oddając nawet strzał zza tłumu rywali. Dopiero wówczas zajrzałem do archiwów i przeczucia znalazły potwierdzenie - na 17 meczów rozegranych podczas czterech ostatnich turniejów mistrzowskich trójkolorowi bez pomocy stałych fragmentów gry zdołali pokonać ledwie trzy drużyny - Togo, Hiszpanię i Szwajcarię.
Z detalami tamtych meczów już nie pamiętam, ale z Euro 2008 jednego nie zapomnę nigdy - Francuzi przywieźli najbardziej rozbitą drużynę turnieju, piłkarze zachowywali się, jakby nie tyle się nie lubili - to nie jest warunek konieczny do odniesienia sukcesu - ile szczerze się nie znosili. Każdy biegł w swoją stronę, każdy realizował własny pseudopomysł, każdemu uwierała obecność na murawie ludzi w identycznych koszulkach.
Całego bałaganu doglądał Domenech, największy oryginał na ME, miłośnik astrologii i pieniędzy, na mundialu w 1994 roku aresztowany za handel biletami na czarnym rynku. Nie wiem, skąd wzięło się przypuszczenie, że akurat on zaprowadzi pokój w szatni dusznej od ścierających się ambicji i wojny pokoleń. Przypominam sobie za to, jak podczas Euro 2004 u obierającego błędną taktykę trenera Jacques'a Santiniego interweniował Zidane, o którym rodacy mówili: "Na boisku generał, w szatni nie zauważyłbyś tego łysego faceta siedzącego gdzieś w kącie". Przypominam sobie, jak Francuzi opowiadali, że Santini to najbardziej nielojalny i antypatyczny selekcjoner w historii reprezentacji (z Tottenhamu odszedł po 13 meczach - pokłócił się z działaczami), więc po nim musi przyjść trener pogodny, łagodny i niekontrowersyjny. - Potrzebujemy trochę pozytywnej energii - mówili.
Dostali energię z gwiazd. Faceta, który nie ufa piłkarzom spod znaku Skorpiona i nie sądzi, by ci spod Lwa sprawdzali się na obronie. Trafiło mu się srebro mundialu, bo wystarczy spojrzeć na nazwiska przez Domenecha pominięte - Trezeguet, Flamini, Sagna, Mexes etc - by uświadomić sobie, że Francuzi dysponują kilkudziesięcioma graczami, którzy powinni co turniej bić się o złoto. Raz się bili, ale generalnie są najsmutniejszym zjawiskiem w europejskiej piłce reprezentacyjnej od początku stulecia. Włosi zdobyli mistrzostwo świata, Niemcy wygrywają więcej, niż mogą, Hiszpanie i Holendrzy zostawiają dobre wrażenie, niepowodzenia Anglików nie zadziwiają, bo oni są mocni głównie w gębach.
Francuzi konsekwentnie oferują szkaradny styl, udrękę, zespołową grę zamienioną w plątaninę indywidualnych wybryków. Ale zanosi się, że będzie lepiej. Domenech przeżył iluminację. Dzień po prognozowaniu "wielkiej przyszłości francuskich piłkarzy" odkrył, że w reprezentacji - i u niego - wystąpił problem z komunikacją.
Chciałbym spotkać tych, którzy od antypatycznych wymyślali Santiniemu.
Horoskop nie pomógł Domenechowi »
Ribery nie zagra przez osiem tygodni »
Jak Domenech zdołał wyperswadować starej gwardii emeryturę, pojąłem podczas jego spotkania z prasą po porażce z Włochami. Po porażce, w której porażkę dostrzegli tylko co mniej uważni świadkowie. Im selekcjoner - były aktor, kłamie z profesjonalnym znawstwem - jasno wyłożył, że dostąpili zaszczytu oglądania wieczoru fascynującego i w istocie zwycięskiego, pełnego bohaterstwa Francuzów, których niezbywalne zasługi polegały na tym, że chcieli wygrać. - Naprawdę chcieli, nie wolno sądzić, że nie chcieli - powtarzał Domenech. Pogawędkę z rodakami toczył w miarowym rytmie. Pytanie: Dlaczego się nie udało? Odpowiedź: Ci gracze mają przed sobą wielką przyszłość. Pytanie: Czy turniej zakończył się klęską? Odpowiedź: Jestem przekonany, że ci gracze mają przed sobą wielką przyszłość. Pytanie: Możemy porozmawiać o przeszłości, o niepowodzeniu na Euro? Odpowiedź: Ci gracze mają przed sobą wielką przyszłość, jeszcze się przekonacie.
Nie wiem, jak długo twardy gracz Domenech dawał wycisk rodakom, wyszedłem po jego deklaracji, że życie jest piękne, i radzi, by w takie dni jak tamten mówić ludziom, że się ich kocha (Po meczu oświadczył się przed kamerami TV. Jeszcze nie wiadomo, czy narzeczona powie "tak", jak Thuram i Makelele). Cytuję go, bo również potrzebuję postawić brawurową tezę: otóż Francuzi zawiedli już dwa lata temu na mundialu. I nie wypominajcie mi, że zdobyli srebro, że w finale ulegli dopiero po rzutach karnych, że wyeliminowali Brazylię. Przyszykowałem sobie, wzorem francuskiego oratora, argument nie do zbicia: Francuzi zawiedli już dwa lata temu.
Grali wówczas tchórzliwie, brali rywala na przeczekanie, atakowali w tempie powłóczysto-ślimaczym, właściwie tylko do bronienia się przykładali, co przy ich potencjale było nawet nie minimalizmem, lecz robieniem w balona kibiców, którzy wlekli się za nimi z kraju. Zwłaszcza że cztery lata temu Francuzi na Euro też zawiedli. I sześć lat temu na mundialu. Zawodzą konsekwentnie od początku stulecia, choć złoto na mistrzostwach kontynentu w 2000 roku - zdobyte tuż po złocie MŚ - miało zwiastować ich trwałe miejsce w ścisłej czołówce. Stawiany za wzór ponad granicami system szkolenia wypuszcza przecież generację za generacją fantastycznych piłkarzy.
Francuzi grali nie do zniesienia na czterech turniejach z rzędu, ale nie na każdym spadali na dno. W całości zależeli od jednego człowieka, Zinedine'a Zidane'a i/lub stałych fragmentów gry.
Mundial 2002: genialny rozgrywający się leczy, wraca dopiero na trzeci mecz - Francja ląduje na ostatnim miejscu w grupie, nie strzela gola. Euro 2004: Francję kneblują Grecy, wcześniej jedyne superstarcie - z Anglią - prawie przegrywa, zwycięstwo dają jej w doliczonym czasie gry rzut wolny i karny Zidane'a. Mundial 2006: Francja znów torturuje kibiców, w grupie wymęcza remisy ze Szwajcarią i Koreą, wychodzi z niej po wygranej z Togo, w ćwierćfinale i półfinale rozstrzygające gole strzela dzięki kolejnym kopnięciom nieruchomej piłki Zidane'a (rzut wolny na stopę Henry'ego, potem osobiście wykonana jedenastka); w meczu o złoto jedyną bramkę zdobywa oczywiście Zidane, oczywiście z karnego. Euro 2008: piłka wepchnięta do siatki jeden raz, turniej poprzedzony serią sparingów, w których wszystkie gole padały po rzutach karnych, rożnych i wolnych, Zidane ogląda gnioty w telewizji.
Czy przejście jednego piłkarza, choćby najwybitniejszego, w stan spoczynku wyjaśnia wszystko? Czy za każde boskie kopnięcie Zidane'a Francja zapłaci osobną turniejową apokalipsą? Jakie wnioski wolno nam wyciągać z konstatacji, że Brazylia po odejściu Pelego czekała na złoto mundialu 24 lata, a Argentyna po Maradonie nie doczłapała nawet do półfinału?
Analogii zbyt odległych się boję, upraszczającego problem wymawiania się brakiem Zidane'a boję się jeszcze bardziej. Owszem, stracić lidera jego formatu, znaczy stracić duszę, a wypychany na spadkobiercę Ribery, choć umie bardzo wiele, nie odziedziczył po poprzedniku cechy być może najważniejszej - nie czyni lepszymi piłkarzami kolegów z drużyny. Schorzenie obejmuje jednak nie pojedynczą - wiem, newralgiczną - pozycję, lecz całą grupę, która grupę tylko udaje, i to nieudolnie.
Przyznaję, nie znałem ciągu statystyk oddających skalę francuskiego paskudztwa, bezwarunkowym wstrętem reagowałem tylko na migawkowe wspomnienia meczów, na których wytrzymywałem co najwyżej z racji nałogu zmuszającego alkoholika do strzelenia sobie następnej lufy, nawet jeśli poprzednia się nie przyjęła. Kiedy patrzyłem na Francję AD 2008, chwilami wirowały mi w głowie ryzykowne skojarzenia z Polakami (też wtórny analfabetyzm), nie rozumiałem, dlaczego Benzema i Henry nie podają sobie piłki nigdy, w ostateczności oddając nawet strzał zza tłumu rywali. Dopiero wówczas zajrzałem do archiwów i przeczucia znalazły potwierdzenie - na 17 meczów rozegranych podczas czterech ostatnich turniejów mistrzowskich trójkolorowi bez pomocy stałych fragmentów gry zdołali pokonać ledwie trzy drużyny - Togo, Hiszpanię i Szwajcarię.
Z detalami tamtych meczów już nie pamiętam, ale z Euro 2008 jednego nie zapomnę nigdy - Francuzi przywieźli najbardziej rozbitą drużynę turnieju, piłkarze zachowywali się, jakby nie tyle się nie lubili - to nie jest warunek konieczny do odniesienia sukcesu - ile szczerze się nie znosili. Każdy biegł w swoją stronę, każdy realizował własny pseudopomysł, każdemu uwierała obecność na murawie ludzi w identycznych koszulkach.
Całego bałaganu doglądał Domenech, największy oryginał na ME, miłośnik astrologii i pieniędzy, na mundialu w 1994 roku aresztowany za handel biletami na czarnym rynku. Nie wiem, skąd wzięło się przypuszczenie, że akurat on zaprowadzi pokój w szatni dusznej od ścierających się ambicji i wojny pokoleń. Przypominam sobie za to, jak podczas Euro 2004 u obierającego błędną taktykę trenera Jacques'a Santiniego interweniował Zidane, o którym rodacy mówili: "Na boisku generał, w szatni nie zauważyłbyś tego łysego faceta siedzącego gdzieś w kącie". Przypominam sobie, jak Francuzi opowiadali, że Santini to najbardziej nielojalny i antypatyczny selekcjoner w historii reprezentacji (z Tottenhamu odszedł po 13 meczach - pokłócił się z działaczami), więc po nim musi przyjść trener pogodny, łagodny i niekontrowersyjny. - Potrzebujemy trochę pozytywnej energii - mówili.
Dostali energię z gwiazd. Faceta, który nie ufa piłkarzom spod znaku Skorpiona i nie sądzi, by ci spod Lwa sprawdzali się na obronie. Trafiło mu się srebro mundialu, bo wystarczy spojrzeć na nazwiska przez Domenecha pominięte - Trezeguet, Flamini, Sagna, Mexes etc - by uświadomić sobie, że Francuzi dysponują kilkudziesięcioma graczami, którzy powinni co turniej bić się o złoto. Raz się bili, ale generalnie są najsmutniejszym zjawiskiem w europejskiej piłce reprezentacyjnej od początku stulecia. Włosi zdobyli mistrzostwo świata, Niemcy wygrywają więcej, niż mogą, Hiszpanie i Holendrzy zostawiają dobre wrażenie, niepowodzenia Anglików nie zadziwiają, bo oni są mocni głównie w gębach.
Francuzi konsekwentnie oferują szkaradny styl, udrękę, zespołową grę zamienioną w plątaninę indywidualnych wybryków. Ale zanosi się, że będzie lepiej. Domenech przeżył iluminację. Dzień po prognozowaniu "wielkiej przyszłości francuskich piłkarzy" odkrył, że w reprezentacji - i u niego - wystąpił problem z komunikacją.
Chciałbym spotkać tych, którzy od antypatycznych wymyślali Santiniemu.
Horoskop nie pomógł Domenechowi »

Czechy
Portugalia
Szwajcaria
Turcja
Austria
Chorwacja
Niemcy
Francja
Holandia
Rumunia
Włochy
Grecja
Hiszpania
Rosja
Szwecja



