Sport.pl

Ach, jaka ta Liga Mistrzów poczciwa

Zastój na szczytach Ligi Mistrzów? Wyłoniła w minionej dekadzie ośmiu triumfatorów. Przejrzałem wszystkie rozgrywki krajowe naszego kontynentu - nigdzie trofeum nie jest bardziej przechodnie niż w Champions League. Na szczytach mundialu i mistrzostw Europy też nie znalazłem.
Kiedy przed tygodniem przyglądałem się felietonowo kaście najbogatszych klubów zhierarchizowanych w rankingu Money League, z której rekrutuje zwycięzców Champions League, znów dotarło do mnie, jak modne stało się oskarżanie najważniejszych europejskich rozgrywek o nużącą przewidywalność. Ciągle, panie, szpanują tam ci sami burżuje, dość oglądania tych tłustych od wygrywania dupsk, za Gierka to, panie, aż furczało w finałach od niespodzianek, a za Gomułki to już w ogóle mieliśmy nieustający futbolowy zawrót głowy. Wykombinowały sobie kapitalistyczne świnie i liberały rozgrywki tak, żeby rok w rok rządzili ci sami - specjalnie to wykombinowali i z chciwą premedytacją, ani się obejrzeliśmy, a odgrodzili się od Bukaresztów i Belgradów za fortyfikacją tak wysoką, że już nigdy żadna Steaua ani Crvena Zvezda do pucharów dopuszczone nie będą.

Moment, by po raz kolejny żmudną pisaniną u podstaw spróbować wymazać ów zohydzający Ligę Mistrzów mem, nastał idealny. Oto jej gwiazdy wróciły na boiska i poświeciły na opak, by nic nie poszło zgodnie z planem. Mieliśmy sensację (Arsenal ujarzmił Barcelonę), dużą niespodziankę (Roma padła po naporem donieckim), małą niespodziankę (Milan przeszyty kontratakiem przez Tottenham) oraz niespodziankę drobną, zachęcającą do uważnego prześledzenia rewanżu (Valencia zatrzymana przez Schalke). Rewolucji to nie gwarantuje, argumentem w moim wywodzie też nie jest - rekapituluję, bo mecze były do głębokości frapujące, znów rozpaliły, działy się w naszych ulubionych rozgrywkach wyłącznie sprawy dobre.



Liga Mistrzów wyłoniła w minionej dekadzie ośmiu triumfatorów - więcej niż raz, i to zaledwie ciut więcej niż raz, triumfowały tylko Milan oraz Barcelona. Galeria chwały już na wstępny rzut oka oferuje sporą różnorodność, całkiem bliską pełnej, stuprocentowej zmienności na szczytach, ale na wszelki wypadek sprawdzam listy zwycięzców innych turniejów, rozpoczynając od klasyfikującego krajowe rozgrywki rankingu UEFA. Liga Angielska? Trzech mistrzów. Hiszpańska? Trzech. Niemiecka? Pięciu. Włoska, francuska, portugalska, turecka? Czterech. Rosyjska? Sześciu. Ukraińska? Dwóch, choć z opanowaną przez Glasgow przeraźliwą nudą szkocką albo opanowaną przez Belgrad przeraźliwą nudą serbską zrównywać jej nie wolno, u naszych sąsiadów o tytuł walczą przynajmniej dwa miasta - Donieck i Kijów. Podobnie jak w Grecji, gdzie od 15 lat na tronie podsiadają się nawzajem Panathinaikos z Olympiakosem. Monopol absolutny znajdziemy tylko w Armenii i Mołdawii, tam przez całą dekadę władzy nie oddały odpowiednio Pjunik Erewań i Sheriff Tyraspol.

Przejrzałem wszystkie rozgrywki krajowe naszego kontynentu - nigdzie trofeum nie jest bardziej przechodnie niż w LM. To może na szczytach mundialu? Też nie, złoto w ostatnich dziesięciu edycjach wzięło sześć różnych reprezentacji. Mistrzostwa Europy? Siedmiu zwycięzców - to już są prawie standardy Champions League, ale wciąż "prawie". Poskakałem jeszcze po globusie, na półkuli północnej odkryłem zaledwie jeden turniej z szerszym gronem triumfatorów - wyrosłą na Pucharze UEFA Ligę Europejską.

Następnie poszerzyłem zakres poszukiwań, co jeszcze zbliżyło wyniki rywalizacji w elicie do wyników gry losowej. Otóż w minionej dekadzie przegranym finalistą za każdym razem był ktoś inny, ba, aż sześciokrotnie były nim drużyny, których nie wymieniłem wśród zwycięzców - Valencia, Bayer Leverkusen, Juventus, Monaco, Arsenal, Chelsea. Słowem, na początku naszego stulecia 20 miejsc finałowych obsadziło aż 14 klubów! Tutaj już nie ma ani śladowych wątpliwości, intensywniejszego ruchu w ściślej czołówce nie znajdziecie na Starym Kontynencie nigdzie poza urządzanymi przez UEFA igrzyskami klubów.



Częściej zdarzają się wariacje systemu polskiego, w którym mistrzostwo i wicemistrzostwo stale dzieliły między sobą Legia z Wisłą. Po 1998 roku przeżyliśmy ledwie jeden sezon, w którym obaj potentaci spadli z podium, nawet teraz, gdy zdają się tkwić w kryzysie lub przynajmniej trudnym czasie totalnej rekonstrukcji, ostro naciskają sensacyjnego lidera z Białegostoku. I niewykluczone, że skończy się jak zwykle.

Mem o zastoju na szczytach Ligi Mistrzów rozpylają anarchiści, którzy nie proponują w zamian nic, albo pozujący na romantyków, w istocie bezrefleksyjni apologeci prastarego porządku, którzy nie wiedzą, co mówią. Prastarego porządku nie znają, nie pamiętają go, ewentualnie wypierają ze świadomości wszystko, co zaburzyłoby ich tęsknotę za przeszłością. Champions League nie tylko bowiem angażuje w walkę o trofeum więcej uczestników niż ligi krajowe czy turnieje reprezentacyjne, Champions League angażuje ich także więcej niż poprzedzający ją Puchar Europy - tam nigdy nie zdarzyła się dekada tak burzliwa, jej historię budowały raczej: wielosezonowa hegemonia Realu Madryt, dynastia amsterdamska (Ajax) i monachijska (Bayern) z lat 70., trwająca blisko dekadę dominacja klubów angielskich. A także długie serie finałów jednobramkowych, które się już nie zdarzają.

Jeśli pucharowe środy zdawały się wówczas bardziej intrygujące, to dlatego, że je nam dozowano, nie rozciągnęły się jeszcze na pucharowe wtorki i pucharowe czwartki, nie powłóczyliśmy oczami za piłkarzami, za którymi powłóczymy również w każdy weekend. Tamte mecze były rarytasem, dzisiejsze są kolejnymi podsuwanymi wiadrami kawioru. Czujemy przesyt dlatego, że żyjemy w cywilizacji nadmiaru, a nie przez wadliwy system rozgrywek.

Kto wzdycha do niespodziewanego triumfu PSV z 1988 roku, często nie ma pojęcia, jak przebiegały mecze piłkarzy z Eindhoven - a ci w ćwierćfinałach, półfinałach i finale nie wygrali ani razu, w pięciu meczach wydusili ledwie dwa gole. Kto wzrusza się sensacyjnym triumfem Steauy z 1986 roku, prawdopodobnie nie odtwarza sobie w wolnych chwilach na DVD ani rozpadającym się VHS, jak w ćwierćfinale bukareszteńczycy zremisowali bezbramkowo z Kuusysi Lahti, by w rewanżu zdobyć zwycięską bramkę w 86. minucie. Dziś takie mecze też są dostępne, w europucharowych rundach wstępnych. Tyle że podziwiają je Rumuni oraz Finowie, a nie ci, którzy stękają, że Liga Mistrzów im się przejadła.



To właśnie fundamentalna zmiana: kiedyś ćwierćfinały były dla kibiców z miast/krajów, które w nich uczestniczyły, dziś mają uwodzić wszystkich. Najważniejsze rozgrywki przyciągają futbolistów niemal wyłącznie najwybitniejszych, nie dostrzegając granic państwowych, w zaciekłym wyścigu nikt nie jest faworytem absolutnym, a my od święta dostajemy spektakle na niebotycznym poziomie technicznym, jak środowy (na mundialu niczego podobnego nie przeżyliśmy), w którym zderzyły się dwie wizje podobne, a zarazem skrajnie odmienne - arsenalskie wychowywanie chłopców pozbieranych z całej planety z katalońskim wychowywaniem chłopców z sąsiedztwa (na nasze szczęście nie tylko). Starcie pasjonujące i w szczegółach, i w ogóle.

Skoro mundial i LM niezależnie od siebie wyewoluowały w identyczny kształt - 32 uczestników podzielonych na osiem grup, potem rundy wedle reguły przegrywający odpada - to chyba dotknęliśmy doskonałego. Nie wiadomo tylko, czy doskonałe nie będzie poprawiane. W ubiegłotygodniowym, niesłusznie niezauważonym wywiadzie dla Reutersa Javier Faus, dyrektor w ekonomicznym pionie Barcelony, zaproponował, by zacząć okrajać klubowe rozgrywki krajowe i rozbudowywać europejskie. Odchudzenie ligi hiszpańskiej "do 18 lub nawet 16 drużyn" pozwoliłoby wygospodarować dodatkowe terminy dla LM, które ułatwiłyby podołanie wymogom wprowadzanego przez UEFA Finansowego Fair Play.

Dziś nie słyszy go nikt, jutro większość zagłosuje za jego pomysłami, pojutrze mniejszość zamknie się przed resztą w pankontynentalnej Superlidze. Oj, jeszcze wspólnie powspominamy, jak fascynująco działo się w poczciwej Champions League...