Sport.pl

Zlatan, poeta wyklęty

W gronie geniuszy nierozumianych, których dorobek w pełni pojmą dopiero następne pokolenia, wyjątkowym czyni Ibrahimovicia tylko to, że nie umrze w nędzy. Przeciwnie, pobiera najwyższe honoraria we włoskiej Serie A. I właśnie usadowił się na szczycie elitarnej grupki piłkarzy, którzy nigdy nie byli bohaterami najwyższego pojedynczego transferu w historii w futbolu, ale stają się najdrożsi, jeśli zsumować wszystkie płacone za nich pieniądze - o Zlatanie Ibrahimoviciu pisze Rafał Stec.
Zlatan Ibrahimović poczuł ochotę, by kogoś kopnąć, więc kopnął kolegę z drużyny Rodneya Strassera. W plecy. Zdarzyło się kilka dni temu, trwał trening, moment na niewinny żarcik wydawał się idealny. Nasz komediant nie wyjaśnił, dlaczego za cel obrał sobie właśnie Strassera, możemy się jedynie domyślać, że 20-letnim chłopcom marzącym o karierze w Milanie wystarcza poczucia humoru, by nie wszczynać awantury z tego błahego powodu, że starszy kolega potraktował ich z buta. Szybciej szczyl pomyśli, że to zaszczyt zostać kopniętym przez sławnego Ibrahimovicia. Zwłaszcza jeśli jest przybłędą z Sierra Leone. Co to w ogóle za niewydarzony kraj, który nazywa się jak western? Tak, z całą pewnością dowcipniej kopnąć Strassera niż Ronaldinho czy innego Pirlo, którym sukces zawrócił w głowach i jeszcze podnieśliby raban.

Gdyby incydentu przypadkowo nie zarejestrowała kamera, do dziś tkwilibyśmy w fałszywym przekonaniu, że Ibrahimović to ponurak. Zanim bowiem kopnął kolegę, nie ubawił go żart legendarnego Arrigo Sacchiego, który rzucił w telewizji, że szwedzki napastnik ładnego gola strzelonego w środowy wieczór Ligi Mistrzów Auxerre zawdzięcza... niespotykanie dużej stopie. Ibrahimović natychmiast odparował, żeby przemądrzały trenerzyna się zamknął, przestał publicznie leczyć kompleksy i generalnie nie recenzował wyrafinowanej boiskowej twórczości, której nie rozumie. Nieostrożny trenerzyna już wcześniej bowiem często dokładał swoje dwa grosze do wyczynów szwedzkiego napastnika, niekoniecznie składając mu zasłużone hołdy.

Surowe słowa piłkarz musiał wypowiadać niechętnie i z przykrością. Sacchi to przecież jeden z najwybitniejszych fachowców, z zagwarantowaną nieśmiertelnością. Gdyby 20 lat temu nie zdobył dwukrotnie Pucharu Europy (od tamtej pory nikt nie zdołał obronić trofeum), Ibrahimović nie miałby tylu powodów, by po transferze do Milanu obwieścić, iż założy teraz najcenniejszą koszulkę pośród wszystkich, które dotąd na boisku nosił. Ale cóż, Sacchi sam się prosił o burę.

Z koszulką Milanu to była miłość od pierwszego założenia, co do szczerości uczuć Szweda nie ma wątpliwości, rozmawiamy o artyście kochliwym, niedawno równie wzruszające wyznania miłosne składał Juventusowi, Interowi i Barcelonie. Niestety, wszystkie zauroczenia okazywały się fatalnymi. Przynajmniej z perspektywy międzynarodowej. Kiedy lądował w Turynie, lądował w drużynie, która przed chwilą doskoczyła do finału Ligi Mistrzów - a z nim w składzie nie umiała nawet wygrać meczu w ćwierćfinale. Kiedy wyfrunął z Interu, opuścił drużynę, która za chwilę w Lidze Mistrzów triumfowała - a z nim w składzie ledwie do ćwierćfinału się doczołgiwała. Kiedy sfrunął do Barcelony, też dołączył do futbolistów, którzy właśnie triumfowali w Lidze Mistrzów - a z nim w składzie nie wychynęli poza półfinał.

Ibrahimović wyruszył do nich dlatego, że w Interze czuł się jak Dante na zlocie benedyktynów - fachowców rzetelnych, co to litery ułożą jak należy, chamskich ortograficznych zakalców nie będzie, nikt tutaj nikogo nie zamierza obrażać. Ale nie na tyle błyskotliwych, by w ich towarzystwie spłodzić epopeję na miarę Pucharu Europy. Musiał Szwed odlecieć tam, gdzie jego idee spisywać będą asystenci godni jego talentu. On postawi kropkę nad i, padnie gol, padnie przeciwnik Barcelony, padnie - na kolana - ludzkość, a nasz napastnik może nawet ludzkości okaże łaskę i zgodzi się przyjąć zasłużoną nagrodę dla najwybitniejszego futbolisty na planecie.

Nie udało się, na Camp Nou również pozostał Ibrahimović poetą wyklętym. Artystą osobnym, wyalienowanym z drużyny był od zawsze. Najbardziej poza futbolem lubi tenis, bo "na korcie nie musi polegać na innych". Jeśli ma poczytać, to o perypetiach skazanego na odosobnienie Robinsona Crusoe. Jego życiorys przebiegał klasycznie już od dzieciństwa - rewelacyjne oceny zbierał tylko na WF-ie i plastyce, większością przedmiotów się brzydził, dyrektor jego szkoły umieścił go w piątce najgorszych uczniów, jakich spotkał przez 30 lat pracy. "To gangster z naturą showmana" - wspominał.

A kiedy Zlatan dorósł i dawał zwycięstwa Juventusowi, Interowi albo Szwecji, parł ku nim na własną rękę, samotnie, rzadko wieńczył zachwycającą pracę zbiorową. Zdarzało się, że koledzy z reprezentacji się do niego nie odzywali, bo potrafił zabrać piłkę Kimowi Källströmowi i wbrew zaleceniom trenera samemu wykonać rzut karny. Nader chętnie posługiwał się piętą, wyczarowując nią zagrania, o których inni nie umieli nawet pomyśleć, jako były karateka uwielbiał wszelkie powietrzne akrobacje - kto ich nie przestudiował, kto nie pamięta jego niesamowitych goli a la klasztor Shaolin w lidze włoskiej lub na mistrzostwach Europy, nigdy nie zinterpretuje trafnie kopnięcia w plecy młodego Strassera. W tym ciosie jest cały Zlatan - wirtuoz, który umie podnieść nogę bardzo wysoko, ale dosięga głównie mniejszych od siebie.

Dziś niewielu już pamięta, że jego nagły, przeprowadzony ostatniego dnia sierpnia 2004 r. transfer z Ajaksu do Juventusu sprowokowało zajście z meczu drużyn narodowych - Holender Rafael van der Vaart już w piątej minucie gry doznał kontuzji po starciu ze Szwedem i rzucił oskarżenie, że kolega z amsterdamskiego klubu skrzywdził go z premedytacją. Odpowiedź była dosadna, szefom klubu nie pozostawiła wyboru: "Już nigdy nie zagram z tobą w jednej drużynie. A jeśli jeszcze raz powiesz coś o mnie prasie, skręcę ci kark".

Oskarżał naszego solistę też David Beckham. Ibrahimović miał ponoć wulgarnie zwymyślać jego żonę Victorię. A wcześniej ogłaszał - w wywiadzie dla bośniackiej gazety - co myśli o angielskim gwiazdorze: "To manekin, a ja nie lubię manekinów. Nigdy nie dałbym mu po meczu mojej koszulki".

W Juventusie Ibrahimović podbił oko obrońcy Zebinie, rzucił się na Vieirę, zrugał Fabia Capella, który uchodzi za charyzmatycznego, nieznoszącego sprzeciwu despotę. W Barcelonie, jak dowiedzieliśmy się od samego piłkarza, nie rozmawiali z trenerem Josepem Guardiolą (również wygrał w klubowym futbolu niemal wszystko, co było do wygrania) od pół roku, bo ów truchlał, kiedy tylko stanęli obok siebie - z sugestywnej opowieści wolno nam wnioskować, że arachnofob wepchnięty do terrarium czułby się bezpieczniej.

W gronie geniuszy nierozumianych, których dorobek w pełni pojmą dopiero następne pokolenia, wyjątkowym czyni Ibrahimovicia tylko to, że nie umrze w nędzy. Przeciwnie, pobiera najwyższe honoraria we włoskiej Serie A. I właśnie usadowił się na szczycie elitarnej grupki piłkarzy, którzy nigdy nie byli bohaterami najwyższego pojedynczego transferu w historii w futbolu, ale stają się najdrożsi, jeśli zsumować wszystkie płacone za nich pieniądze. To indywidualiści notorycznie zmieniający firmę na godniejszą ich kwalifikacji - a każda kolejna płaci słono, choć z poprzednią kupowany rozstaje się w kiepskim stylu.

Długo czołowym przedstawicielem gatunku był wieczny rebeliant Nicolas Anelka, ostatnio w pościg za nim ruszył Robinho, który ogłasza strajk wszędzie, gdzie znudzi mu się pracować. W rankingu pieniężnym konkurencję zostawił jednak daleko w tyle Ibrahimović. Juventus, Inter, Barcelona oraz Milan, który będzie płacił w ratach, wydały na szwedzkiego napastnika około 140 mln euro. A to pewnie jeszcze nie koniec. Jak wymuszać transfer, uczył Szweda w czasach Ajaksu bohater afery Calciopoli, były dyrektor Juve Luciano Moggi: wszczynaj burdy, aż sami będą chcieli cię sprzedać.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca