Sport.pl

Ireneusz Jeleń - Polak, na którego się nie uwzięli

Od czasów Andrzeja Juskowiaka żaden snajper znad Wisły nie rozbijał się po eleganckim świecie hałaśliwiej niż Ireneusz Jeleń.
Nagraj wideo i wyjedź na Mistrzostwa Świata w RPA »

Pytanie, jak to możliwe, że Ireneusz Jeleń radośnie bryka po francuskich trawach, nurtuje każdego nałogowego podglądacza zagranicznych tortur naszych futbolistów. Znamy tragedię polską na pamięć - jeśli przedziwnym zawirowaniem okoliczności wezmą naszego piłkokopa (nie piłkołapa) do mocnego klubu mocnej ligi, to zazwyczaj szybko się reflektują i czym prędzej przesuwają go na trybuny lub - w razie masowego pomoru w kadrze - na skraj ławki rezerwowych. A jeśli nieopatrznie wpuszczą go na boisko, to nie po to, by zgrywał bohatera. A jeśli nawet - tutaj już trzeba idealnej dawki promieniowania kosmicznego i w ogóle przychylności całego wszechświata - bohatera pozgrywa, to rychło ucichnie. Dłuższych dystansów nasi nie lubią szczególnie, przewlekłe odrętwienie dotyka ich zwłaszcza po przedłużeniu kontaktu, które zaproponuje lekkomyślny prezes.

Kończy się gehenna zawsze tak samo. Poczuciem wyobcowania i krzywdy, stopniowym odkrywaniem, że się wpadło w łapy przedstawiciela liczebnego na obczyźnie gatunku - Zagranicznego Trenera, Który Się Uwziął. Gatunku tępiącego zwłaszcza snajperów. Wrogo przyjęto obie próby szturmu Rasiaka na angielską elitę i obie próby szturmu Wichniarka na Berlin, okrutnie potraktowano Matusiaka we włoskiej Serie A. Tolerują polskich kanonierów co najwyżej na obrzeżach wielkiej piłki, od Bielefeld po wygwizdowo cypryjskie.

Jeleń jest inny. Osobny. Dokazuje od lat, prestiżowy "L'Equipe" mieści go w jedenastkach bohaterów weekendu, w Auxerre płacą mu najwyższą pensję, widzą w nim lidera i dobrego ducha, bez którego się nie zwycięża albo zwycięża rzadziej. Dlatego grają dla niego, tak jak on lubi, to jemu ma być dobrze. Co najbardziej zdumiewające, gwiazdorzy Jeleń w klubie walczącym o mistrzostwo renomowanych rozgrywek tudzież, przy niepomyślnych wiatrach, o awans do Ligi Mistrzów. Od czasów Andrzeja Juskowiaka żaden snajper znad Wisły nie rozbijał się po eleganckim świecie hałaśliwiej.

Rozmyślam, jak to możliwe, i przed oczami staje mi Guy Roux, żywy pomnik w Auxerre, twórca potęgi prowincjonalnego klubiku, trenujący go przez niemal pół wieku, dziś emerytowany. Spotykam go na każdym wielkim turnieju reprezentacyjnym - MŚ i ME. Serdeczny, ciepły, wręcz wylewny, na Polaka reaguje entuzjastycznie. Czyli osobliwie. Osobistościom futbolu zazwyczaj nie kojarzymy się z niczym, jemu kojarzymy się z ponadprzeciętną sportową klasą.

Powód nazywa się Andrzej Szarmach, wicekról strzelców mundialu (1974), król strzelców turnieju olimpijskiego (1976), wieloletni napastnik Auxerre. W tamtych stronach wybitna postać historyczna, najskuteczniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek miał ten francuski klub. Pośród polskich graczy jeszcze mocniej niż Szarmach zapadł w pamięć fanom zagranicznej drużyny chyba tylko Krzysztof Warzycha z Panathinaikosu Ateny, który nie został pod Akropolem kanonizowany prawdopodobnie wyłącznie z braku właściwych procedur. Obaj wyrośli na symbole, zajmują poczesne miejsca w klubowych jedenastkach wszech czasów, czego np. Zbigniew Boniek, futbolista przecież znaczniejszy, w Juventusie nie dostąpił - Johna Charlesa, Alessandro del Piero, Roberto Baggio, Giampiero Bonipertiego i jeszcze kilku napastników z galerii sław by nie wypchnął.

Uwielbia Polaków Guy Roux, szanuje ich całe Auxerre. Szarmach stanowi powód najokazalszy, są jeszcze pomniejsze. Od bramkarza Mariana Szei - bronił tam do czterdziestki, po karierze wdzięczny klub sfinansował mu kosztowne operacje i uratował przed amputacją - po Pawła Janasa czy Waldemara Matysika. Niewypały w osóbkach Włodarczyków czy Kuźbów Francuzów nie zraziły, nadal importują naszych, przetrzymywali ich już u siebie kilkunastu - nikt za granicą nie czyni tego chętniej, nawet wspomniany Panathinaikos czy Hamburger SV. Auxerre to najbardziej polski z niepolskich klubów, pracują tam z młodzieżą polscy trenerzy, tam się polskich futbolistów przyjmuje z rozpostartymi ramionami, podejrzewa o talent, przytula i okrywa kołderką.

Słowem, został Jeleń wzięty do raju. Musiał walczyć o szacunek, uwodził golami, ale przyjeżdżał z referencjami od Guya Roux (on Polaka polecił), sam paszport w jakimś sensie go uprzywilejowywał, łagodził zderzenie z profesjonalnym futbolem. Wcześniej rączy napastnik galopował dla klubów z Cieszyna, Skoczowa i Płocka, teraz ruszył z kopyta w średniowiecznie kameralnym francuskim miasteczku, w którym jupitery wywierają mniejszą presję niż jupitery paryskie, marsylskie czy lyońskie. Sielanka, tylko się w polu karnym roztańczyć, rozstrzelać, rozbłysnąć.

Nie przywiązywał się nawet nasz rodak do rady, by między Francuzami mówić po francusku, język wchłaniał opornie, czym jednak - w przeciwieństwie np. do Kosowskiego niedającego się swego czasu zgermanizować w Kaiserslautern - gospodarzy nie rozsierdził, ich zajmowała raczej troskliwa opieka nad kruchymi członkami Jelenia, by służyły w możliwie dużej liczbie ligowych kolejek. Pozwolili mu nawet kurować się w Cieszynie. Można powiedzieć, że w Auxerre trener się na naszego gwiazdora w najwyższym tego określenia znaczeniu nie uwziął.

Dlatego ufamy opowieściom Jelenia, że przebiera w ofertach czołowych klubów Ligue 1. Czy jeśli wskoczy jeszcze wyżej, wciąż będzie brykał? Pewności nie ma, w znakomitszej drużynie Polak stanie się jednym z wielu, a tam, gdzie karmią obfitszym żołdem, potrzebują niezawodnych, zdolnych do błyskawicznej adaptacji rewolwerowców. Ale też nie wejdzie Jeleń do szatni jako pan nikt, zahukany chłopak z peryferii futbolu. Do europejskich standardów zdążył przywyknąć. I przeżył.

Przesadzilibyśmy, gdybyśmy ogłosili, że chyży 29-latek wytyczył emigrującym zdolnym rodakom szlak, dowodząc, iż rozsądniej nie pchać się od razu do sił specjalnych, lecz przejść przeszkolenie w zwykłej jednostce. Ale niewykluczone, że graczom jak Robert Lewandowski zabił ćwieka, kazał podumać, czy nie lepiej polecieć do Borussii (czeka w Dortmundzie kruchy, otaczany czułą opieką Błaszczykowski, a w Bundeslidze biegała naszych cała armia), zanim się spróbuje podbić boiska angielskie czy włoskie, na które zapraszano naszych rzadko, uzbierałby się co najwyżej mały pluton. Boniek zdarzył się jeden, a wśród napastników najłatwiej o karierę zuchwalcom, którzy na stadion wypełniony futbolistami wybitnymi wchodzą razem z bramą.



Więcej o: