Barcelona najnowszej generacji

Sporo entuzjastów futbolu przeczuwa, iż jesteśmy świadkami eksplozji drużyny zjawiskowej, spotykanej nie częściej niż raz na dekadę. A może wręcz rzadziej - pisze o Barcelonie po meczu Barca - Real Rafał Stec.
Po meczu Barca - Real (2:0). Bohaterskie ręce »

Spóźnisz się na posiłek z drużyną, płacisz 500 euro grzywny. Spóźnisz się na trening, płacisz 6 tys. Nie wrócisz do domu przed północą, płacisz 2 tys. Kontrolę przeprowadza sam trener, który po prostu wykręca domowy numer, żeby życzyć ci dobrej nocy.

Josep Guardiola zmian w Barcelonie zaordynował mnóstwo - codzienne wspólne śniadania i obiady, dietę bez pieczywa, wyłączanie komórek oraz iPodów w szatni i autokarze wiozącym na stadion etc. Wszystko po to, by zintegrować piłkarzy, scalić ich w jeden wielonożny organizm, zapomnieć o mrocznych czasach swawoli pewnej świętej krowy, która pasła się jak chciała, a do swojej luksusowej rezydencji wracała bladym świtem i podchmielona.

Ronaldinho poszedł precz, wróciła magiczna Barcelona. Wróciła i pobudza zmysły zbyt mocno, by lud żądał od niej prostego wygrywania. Przed sobotnim szlagierem nad szlagierami oczekiwał, że sławy Realu Madryt otumanią Katalończycy serią podań zakrętasów i otumanieni przestaną się kręcić wokół własnych osi gdzieś przed Wielkanocą.

Nie powiem, że wszyscy, ale na pewno sporo entuzjastów futbolu przeczuwa, iż jesteśmy świadkami eksplozji drużyny zjawiskowej, spotykanej nie częściej niż raz na dekadę. A może wręcz rzadziej. Katalończycy każdego przeciwnika - naprawdę dowolnego, klasowych traktują wręcz surowiej - błyskawicznie zaklinają w paradę pajaców bezradnie przyglądających się ich popisom. Wyniki 6:0, 6:1, 5:0 czy 5:2 wyczarowują z lekkością nakazującą przypuszczać, że do zwycięstw dwucyfrowych nie dobijają tylko dzięki łaskawej naturze geniuszy, którzy pogardzają nadmiernym efekciarstwem, doskonale wiedząc, że w kwadrans spłodzili skończone arcydzieło.

Celowo piszę, że Barca wróciła. Ani myślę obwieszczać narodzin fenomenu całkiem nowego, moim zdaniem swój prapoczątek miał on przed kilku laty, kiedy katalońskie spotkało się z nowoczesnym. Frank Rijkaard uszanował lokalną tradycję (wyrzec się barcelońskiej tożsamości znaczy zginąć, tego po doświadczeniach z niejakim van Gaalem jestem pewien) i pozwolił piłkarzom bawić się - nie zawsze efektywnie - piłką, lecz zarazem wpoił im agresywny pressing krępujący przeciwnika już na jego połowie. Klub natomiast uszanował tradycję promowania wychowanków, lecz zarazem wdrożył głęboko przemyślaną, inteligentną politykę transferową, czyli wydawanie pieniędzy przede wszystkim na graczy defensywnych, niespektakularnych, na pierwszy rzut oka wręcz nudnych.

Barcelona w nowej wersji najpierw zdobyła mistrzostwo kraju, by następnie wygrać Ligę Mistrzów. Wygrać w wybornym stylu, po popisach na dystansie całego sezonu pyszniejszych niż popisy innych zwycięzców z ostatnich lat, od Milanu, przez Porto oraz Liverpool, po Manchester United. I katalońska defilada pewnie by trwała, gdyby nie krzywy krok Ronaldinho. Taki już urok futbolu, że jeden piłkarz może rozbić całą drużynę. A piłkarz dla niej fundamentalny, w dodatku bezcenny marketingowo megagwiazdor, może ją unicestwić.

Ekscesy i konflikty Ronaldinho wpuściły do szatni jad, na który trener Rijkaard nie znalazł antidotum. Trucizna zrujnowała atmosferę oraz spowodowała rozprzężenie. Inaczej trwającej kilkanaście miesięcy zapaści Barcelony wyjaśnić nie sposób - wciąż przeprowadzała niemal perfekcyjne kampanie transferowe, wciąż zdawała się personalnie rosnąć w siłę. Ofensywę pozostawili szefowie klubu absolwentom szkółki La Masia inspirowanym przez pięknie dorastającego Leo Messiego, w defensywę inwestowali niemal cały budżet na zakupy. Nie poprawiali doskonałego, nie szukali artystów lepszych od wychowanych na swoich włościach Messiego, Iniesty, Xaviego czy Krkicia. Wyjąwszy Thierry'ego Henry'ego i Aleksandra Hleba, znaczące sumy przeznaczali na obrońców (zawsze już uznanych, w żadnym razie "dobrze rokujących": Abidala, Gabriela Milito, Daniego Alvesa) bądź pomocników skupionych na odbieraniu piłki (Yaya Toure, Seydou Keita).

Dzięki temu zebrali grupę wręcz kompletną, zachowującą niesłychaną równowagę między atakiem i obroną. Najwięcej goli strzelonych, najmniej straconych - do sugestywnej ligowej statystyki nie warto już nic dodawać.

Guardiola nie budował od gołej ziemi i nie wzniósł pałacu jednym machnięciem czarodziejską różdżką. Samo egzekwowanie godziny policyjnej nie tworzy drużyny marzeń, w końcu Bernd Schuster też słynie z mentalności kaprala i w Realu Madryt zaprowadził koszarowy dryl. Guardiola przywrócił rozlazłej hałastrze dyscyplinę, ale potem kontynuował - w sensie już czysto piłkarskim - dzieło poprzednika.

Gran Derbi dla Barcy!  »

Dlatego efekty przyszły z dnia na dzień. To miniony sezon był anomalią. Bieżący - olśniewający i wydajny zarazem - wynika wprost z potencjału barcelońskiej kadry, bezwzględnie najbogatszej w talent w Europie. Najbogatszej od dawna, lecz dławionej wcześniej przez notoryczną niesubordynację rozbestwionego Ronaldinho, niesnaski między nim i Samuelem Eto'o, mniej nagłaśniane fochy Deco, a także depresję przeżywającego kłopoty osobiste Henry'ego. (Jego życie po rozwodzie właśnie się ustabilizowało. Może wróci jeszcze do dawnej dyspozycji?). Pamiętajmy, że tamta Barca - zespół w głębokim kryzysie - przegrała rywalizację o finał Ligi Mistrzów minimalnie, po rozstrzygniętym jednym golem klinczu z Manchesterem Utd.

Czy teraz wytrwa do samego końca, do podniesienia Pucharu Europy? Pewności nie ma z tych samych względów, dla których od tygodni wstrzymywałem się ze spisaniem niniejszego felietonu. Barcelona od triumfu nad Arsenalem z maja 2006 roku nie pobiła żadnego europejskiego supermocarstwa. W Lidze Mistrzów przez dwa i pół roku albo napotykała przeciętniaków (Lewski, Werder, Celtic, Lyon, Rangers, Stuttgart, Schalke, Sporting, Basel, Szachtar), albo przegrywała (Chelsea, Liverpool, Manchester). W Primera Division ani razu nie zdołała pobić Realu, czyli drużyny, która jako jedyna - niezależnie od jej aktualnej formy - nie pęka na Camp Nou.

W sobotni wieczór - rozpalający, choć skażony rzeźniczymi zamiarami "Królewskich" depczących po ścięgnach Achillesa Messiego - też nie pękła, ale Barcelona ze starcia wagi superciężkiej wreszcie wyszła zwycięsko. Po, przypomnijmy raz jeszcze, 30 miesiącach bez prestiżowych triumfów. Nie zdołała wjechać do madryckiej bramki po czerwonym dywanie utkanym z 30 miękkich podań, więc wykorzystała rzut rożny.

To być może jeszcze jeden, obok codziennej musztry, istotny wkład Guardioli w unowocześnianie Barcelony - po stałych fragmentach gry strzeliła ona kończącej się jesieni więcej goli niż w dwóch poprzednich sezonach razem wziętych. Katalończycy zeszli z chmur, popracowali nad robótkami przyziemnymi, wypolerowali na połysk proste kopnięcia nieruchomej piłki. Nie po każdym golu fanom muszą opadać szczęki. Czasem wystarczy, by rywalom opadły ręce.

Realowi nie opadły. Przeciwnie, ekipie z wątłą defensywą, porównywaną do tych broniących się przed spadkiem z ligi hiszpańskiej, zabrakło zaledwie kwadransa, by przetrwać na Camp Nou. Tymczasem w porównaniu z nią tercet Liverpool - Chelsea - Manchester chronią bramkę zasiekami nie do przejścia - traci gola średnio co dwie i pół godziny gry. Dlatego właśnie Barca - nawet Barca najnowszej generacji - nie nabyła prawa do aroganckiego przeświadczenia, że wynosi futbol na wyższy poziom, dla konkurencji absolutnie niedostępny. Nawet jeśli niemal wszyscy przeczuwamy, że wynosi.

Po Gran Derbi: Adios Madryt »

Piłka nożna: Cashback 55 PLN od BetClick.com - poleca Mateusz Borek » - reklama

Zobacz także
  • Real się odgraża - transfery już w styczniu?
  • Po meczu Barca - Real (2:0). Bohaterskie ręce bramkarzy
  • Barcelona - Real: czy lider dobije rannego lwa?
Terminarz
  • Mistrzostwa Świata 2019