Sport.pl

Rafał Stec: Real wciąż więźniem galaktycznym

Real jest najgorzej zarządzaną futbolową korporacją. Stać jego szefów na transfer za 100 mln, więc do spraw przyziemnych nie mają głów. Tak bardzo chcieliby wstawić sobie do garażu prom kosmiczny, że czasem chodzą na bosaka, bo zapomnieli kupić buty
Real zwolni Schustera? »

Związek między bankructwem firmy Lehman Brothers i w ogóle globalnym kryzysem finansowym a czerwoną kartką dla Sergio Ramosa w meczu z Malagą jest oczywisty. Przynajmniej dla psychologów amatorów z madryckiej "Marki". Zdaniem dziennikarzy hiszpański piłkarz pasjami inwestował w papiery wartościowe i przegrał w ten sposób 3 mln euro; następne 4 mln potrzebował na rezydencję kupioną od Ronaldo; nie dostał od klubu podwyżki windującej go na szczyty najlepiej zarabiających graczy w Europie, choć o sutej podwyżce marzy. Dlatego puszczają mu nerwy. Wylatuje z boiska, gra słabo i z miną obrażonego na cały świat opowiada, że nie czuje się z piłką przy stopie szczęśliwy, wywołuje raban publicznymi lamentami nad brakiem prawego pomocnika, który wspierałby go w obronie.

Depresyjny nastrój Ramosa przypisali dziennikarze pieniądzom, dla wygody zapominając, że giełdy ogarnęła panika we wrześniu, a piłkarz uzbierał już w Realu - potrzebował zaledwie trzech i pół sezonu - osiem czerwonych kartek. Jeśli sędziowie wykopią go z boiska jeszcze dwukrotnie, padnie klubowy rekord wszech czasów. Rekord, na który Fernando Hierro pracował przez 14 sezonów. Ramos traci kontrolę nad sobą i ląduje na karnym zesłaniu w szatni częściej niż jakikolwiek futbolista w historii Realu, częściej nawet niż sławny nerwus Hugo Sanchez.

Niesubordynowany obrońca został zdemaskowany, teraz czas na następne - jeszcze odważniejsze i oryginalniejsze - odkrycia, analizy, diagnozy. Wszystkie oczywiście bez większego znaczenia. Skoro Real choruje, od połowy września tracąc gole w każdym meczu i przegrywając nawet z trzecioligowcami, to zapewne wdroży sprawdzoną terapię - wyrzuci Bernda Schustera. W Madrycie to lekarstwo traktują jak magiczny wywar usuwający każdą dolegliwość, prezesi wycięciem trenerskiego wrzodu nie leczą już chyba tylko kataru, choć niewykluczone, że wkrótce leczyć zaczną. Wszak działają jak Ramos na murawie - w afekcie, z rozpalonymi głowami, bez precyzyjnego planu na za pięć sekund. Żaden czołowy klub w Europie nie zmienia szkoleniowców częściej niż Real.

Nieuniknioną operację przygotowują już gazety. Albo sondują kibiców, kto powinien być następcą, albo publikują zwierzenia anonimowych piłkarzy. - Schuster w ogóle z nami nie rozmawia. Żyje we własnym świecie, nie wie, dlaczego gramy, jak gramy, nie umie zaradzić liczbie traconych bramek, podstawową jedenastkę ustala na dwie godziny przed meczem - miał opowiadać gracz Realu madryckiemu "Asowi".

Pełnej prawdy nie poznamy być może nigdy, w każdym razie jeszcze wiosną, gdy "Królewscy" zdobywali mistrzostwo Hiszpanii, nie było skarg, że potwór Schuster nie otwiera paszczy. Dlatego wolę słuchać biadającego nad brakiem jednego choćby prawego pomocnika w drużynie Sergio Ramosa, który oprócz tego, że niepotrzebnie podtruwał nastroje, zwyczajnie miał rację. Kiedy w sobotę przywiędły Real pchał się środkiem boiska po nieuchronną porażkę z Valladolid, cisnęło mi się do głowy inne oczywiste pytanie: Jak to możliwe, że najbogatszy klub świata nie ma ani jednego skrzydłowego? Że po kilku kontuzjach na jego ławce nie siedzi niemal żaden, wyjąwszy Sneijdera, rezerwowy zdolny dać kopa kolegom i podnieść jakość gry całej grupy?

Już w minionym - mistrzowskim - sezonie widzieliśmy Real w dwóch wcieleniach. Ten okazalszy, napędzany na flankach wibrującym tandemem Robinho - Robben, oraz ten skromniejszy, z usypiającym na skrzydłach bezruchem.

U schyłku lata Brazylijczyk wyfrunął do Manchesteru City, a ponieważ do nadwrażliwości chorowitego Holendra madryccy krezusi już przywykli, powinni byli ruszyć na zakupy. Nie ruszyli. Byli potwornie zajęci sprawami wagi królewskiej, właśnie wyciągali z Manchesteru United Cristiano Ronaldo. Sami rozumiecie - jak zasadzasz się na okaz plujący 40 golami w sezonie, możesz zapomnieć o bożym świecie. I Real zapomniał. Nie tylko o skrzydłach - ta drużyna wciąż ma, biorąc pod uwagę standardy europejskiej czołówkę, szokująco płytką kadrę.

Strategia galaktyczna, czyli zmierzająca ku przejmowaniu megagwiazd o największej sile marketingowego rażenia, niby została oficjalnie porzucona, ale Real wciąż zakrada się po nazwiska tak głośne, że ich podkupienie konkurencji zdaje się niemal nierealistyczne. Jak nie oblegają Kaki, to oblegają Ronaldo - aż dziw, że nie zamachnęli się jeszcze po ostatniego z tercetu półbogów - Leo Messiego.

Uparte parcie po transferowy rekord wszech czasów wyróżnia ich pośród futbolowych superkorporacji, które megagwiazdy kreują sami, liderów podbierając biedocie lub klasie średniej. Jak Manchester Ronaldo czy Rooneya, Chelsea - Lamparda czy Terry'ego, Liverpool - Gerrarda czy Torresa, Bayern Monachium - Toniego czy Ribery'ego, Milan - Kakę, Inter - Ibrahimovicia, Roma - Tottiego, Juventus - Del Piero etc.

Szefowie madryckiego klubu całą energię wkładają w najambitniejsze cele, pomniejsze zaniedbują. Stać ich na transfer za 100 mln, więc do spraw przyziemnych nie mają głów. Tak bardzo chcieliby wstawić sobie do garażu prom kosmiczny, że czasem chodzą na bosaka, bo zapomnieli kupić buty.

A przecież nieopodal wzorową politykę kadrową prowadzi Barcelona. Katalończycy nie żyją rojeniami o kolekcji Ronaldów, nie wyrywają z Mediolanu Kaki, lecz cierpliwie pracują nad tym, czego naprawdę potrzebują. Z całej kadry wyraźnie ponad 20 mln euro kosztowali tylko Dani Alves oraz Thierry Henry, nawiasem mówiąc, gwiazdor przygasły, trwający w odrętwieniu właściwie przez cały pobyt na Camp Nou. Bo Barcelona oczywiście czasem pudłuje i nierzadko przegrywa, w końcu tytuł od dwóch sezonów należy do Realu. Gigantyczne pieniądze wydaje jednak z sensem i poświęca sporo uwagi wychowankom. Giełdowy gracz Sergio Ramos powiedziałby, że - przepraszam za słowo - dywersyfikuje inwestycje. Jeśli nie wypali Henry, wypali Bojan Krkić.

Real mierzy w jeden złoty strzał, wbrew deklaracjom wciąż jest więźniem niespełnionego marzenia o drużynie galaktycznej. I teraz wystarcza poważniejsza kontuzja jednego Ruud van Nistelrooya, by zaczął nerwowo rozglądać się po rynku za napastnikiem.

Zimą go kupi i jako najbogatszy klub świata zapewne będzie wygrywał, zresztą nawet na mistrzostwo Hiszpanii szans wcale nie stracił (a dymisja Schustera tym razem może być akurat pomysłem rozsądnym). Ale najgorzej zarządzaną futbolową korporacją o zasięgu globalnym Real pozostanie. Korporacją z jedną przewagą nad ofiarami zapaści na giełdach - jej totalny krach, który zmusza do głębokiej refleksji, nie przydarzy się nigdy.

Więcej o: