Rafał Stec: José Mourinho Superstar

Mesjasz wreszcie przybył. Ma wybawić od cierpień mediolańczyków, którzy od 43 lat znoszą Ligę Mistrzów - wcześniej Puchar Europy - wygrywaną przez najróżniejsze kluby, tylko nie Inter. Ma wybawić od cierpień wszystkich wyznawców włoskiego calcio, którzy poczuli się odrzuceni i nieatrakcyjni, bo od lat, począwszy od pamiętnej emigracji Zinedine'a Zidane'a, giganci futbolu zbyt często ich opuszczają.
Mourinho: Cassano to nasz największy wróg »

Odkąd José Mourinho zstąpił z nieba nad mediolańskim lotniskiem Malpensa, całe Włochy z przejęciem chłoną każde jego słowo, z namaszczeniem rejestrują wszystkie zamaszyste gesty i niedostrzegalne drgnięcia mięśni twarzy, poznają zwyczaje, wypytują, jak będzie wyglądała przyszłość.

Dziennikarze ruszyli z pielgrzymkami do świętej ziemi w Setubal, gdzie się urodził, by odkryć, że już w głębokim dzieciństwie powtarzał, iż jak dorośnie, zostanie trenerem. Wysłuchali opowieści matki Portugalczyka: "Jest arogantem, bo tata bramkarz nie osiągnął sukcesu właśnie przez skromność". Przypomnieli legendę, jakoby młody José rzucił studiowanie zarządzania po pierwszych zajęciach, czego jej bohater skwapliwie nie prostował. Spisali jego wrażenia z wakacyjnego safari w Afryce, zaakceptowali oryginalny - zanadto grubawy - kształt krawata, nazwanego pieszczotliwie "wielką cebulą", który na innej szyi sprowokowałby mediolańskich arbitrów elegancji do pogardliwych drwin. Przyjęli, że Mourinho nie pija caffe w żadnej postaci, lecz herbatę i wodę mineralną. Zwrócili uwagę na specjalny sposób chodzenia - władczy, właściwy postaciom wybitnym. Obfotografowali Ferrari Scaglietti - jeden z 60 egzemplarzy na świecie, pożegnalny prezent od właściciela Chelsea Romana Abramowicza.

Quaresma: Kontrakt z Interem wypracowany w Monte Carlo »

Teraz naucza po włosku

To właśnie z powodu rosyjskiego bogacza Mourinho zamilkł. Pościliśmy - my, fani futbolu - przez niemal okrągły rok, wszystkie wokółmeczowe pogaduchy brzmiały drętwo i sucho, czas upływał na wypatrywaniu jego powrotu. Aż wreszcie wrócił, choć nie naucza już po angielsku, lecz włosku. Po włosku i - czego nie wolno pominąć - z ujmującym znawstwem mediolańskiego dialektu, którym zaskoczył już na inauguracyjnej konferencji prasowej.

Bo Mourinho chce być dobrze rozumiany. Dziennikarzy kupił pierwszym słowem, piłkarzy pierwszymi treningami. Pracuje z mottem "żadnej siłowni, żadnego biegania, żadnych gór", nie uznaje zajęć bez piłki, a oni wyłącznie z piłką nie przygotowywali się do sezonu jeszcze nigdy. Nawet wiecznie nadąsany i nieusatysfakcjonowany Zlatan Ibrahimović, z którym musi sobie ułożyć stosunki każdy trener pragnący przetrwać w Interze, mówi o Portugalczyku językiem zauroczonego podlotka i nazywa go trenerem kompletnym.

Istotnie, jest Mourinho kompletny. Kiedy trzeba, łagodny i miłosierny. Jak wobec swego poprzednika Roberto Manciniego, któremu przypisał wszystkie zasługi za zdobycie w ubiegłym tygodniu Superpucharu Włoch. I wobec wszystkich zawodników, którzy do lepszej gry nie potrzebują - precyzyjnie cytuję jego wyjaśnienia - "usłyszeć od szkoleniowca, że są gównem". Kiedy trzeba, wraca Mourinho surowy i bezlitosny. O złośliwym wobec niego trenerze Juventusu Claudio Ranierim powiedział niedawno: "On nie potrzebuje sukcesu, by czuć, że dobrze pracuje, więc pewnie dlatego w wieku 70 lat wygrał tylko Superpuchar i jakiś inny mniejszy puchar. Powinien zmienić mentalność, ale jest już na to za stary". Dla pogłębienia wywodu dodam od siebie, że Ranieri skończy w październiku 57 lat.

Ot, drobna pomyłka, wszechwiedzący również niekiedy błądzą, w końcu Mourinho jest bogiem pochodzenia ziemskiego. W najważniejszych sprawach nie błądzi, ustrzegając się pomyłek dzięki precyzyjnemu programowaniu - nie mylić z prognozowaniem - przyszłości. W 2003 roku, gdy mało kto jeszcze o nim słyszał, zaanonsował: "Po Portugalii jadę pracować w Anglii. Potem Włochy. Potem znów Anglia. Skończę jako selekcjoner reprezentacji mojego kraju". Na razie się sprawdza, a trener dał już także rozpiskę na rozpoczęty w sobotę sezon Serie A. "To będzie maraton. Do grudnia spodziewam się Juventusu, Milanu, Romy i Fiorentiny z nami na szczycie. Przed kwietniem zostanie Inter i dwa inne kluby. Przed majem, hm, będzie już tylko Inter". Krótkie zdanka, a zawierają całego Mourinho: klarowność przekazu, organizację jutra totalną, wstręt do pozostawiania czegokolwiek przypadkowi.

Biblia Mourinho

Tylko do biblii Włosi dostępu nie mają. Mourinho jako najważniejsze futbolowe dzieło wskazuje księgę własnego autorstwa, w której od 30 lat zbiera wszystkie wymyślone i podpatrzone schematy gry, taktyczne niuanse o najdonioślejszym znaczeniu, wielkie, odmieniające drużynę treningowe plany oraz małe, doskonalące drobiazgi ćwiczenia. Skarby trzyma w dwóch kopiach papierowych i dodatkowo, na wszelki wypadek, w wersji cyfrowej. "Znajdę tam rozwiązanie każdego taktycznego problemu" - mówi.

Tą brawurową deklaracją podekscytował ludzi calcio specjalnie, rzucając zarazem nie byle jakie wyzwanie żywym pomnikom włoskiej myśli szkoleniowej. On, który właściwie sam sobie nadał status taktycznego bożka, wylądował na ziemi ogarniętej obsesją taktyki i jeszcze na dodatek jego boskość zatwierdził - słowami przepełnionymi respektem i oczekiwaniem wielkich wyczynów - guru trenerskich nowatorów Arrigo Sacchi. Italia wstrzymuje oddech, Italia gotowa nie wstawać z kolan i każdy mecz przeżywać jak mszę.

By jej ostateczny werdykt zabrzmiał po myśli Mourinho, być może i on sam musi się zmienić. W Chelsea zachwycał organizacją gry w chwilach, kiedy piłkę miał przeciwnik, niekoniecznie inspirując piłkarzy do barokowych zakrętasów w ofensywie. Bazował raczej na ich indywidualnych zaletach niż bogactwie w ataku zespołowym.

Inter zdobywał mistrzostwo Włoch dzięki identycznym walorom. Chroniąc własne pole karne, zdawał się drużyną pancerną, oblegając cudze, bywał przewidywalny i zaskakująco ubogi w idee. Zatrzęsienie goli strzelał po stałych fragmentach gry - piłka kopnięta z rzutu wolnego czy rożnego pozwalała wyeksponować fizyczną przewagę dryblasów w typie Ibrahimovicia, Materazziego, Cruza, Vieiry etc.

Misja arcytrudna

W przerwie sobotniego meczu z Sampdorią Mourinho długo nie wypuszczał zespołu z szatni. Aż pofatygował się po ludzi Interu zniecierpliwiony sędzia. Kazanie dało marny efekt - mediolańczycy stracili prowadzenie, zremisowali w Genui 1:1, z trudem wykopywali sensowne natarcia. Przypomniano wyniki letnich sparingów: 1:0, 2:0, 0:1, 0:0, 1:0, 0:0, 1:0, 0:0 zwieńczonych remisem 2:2 w krajowym superpucharze z Romą.

Piłkarze Interu na razie grają, jak grali. Portugalski mesjasz musi prędko nauczać, bo trafił do piekła dla trenerów. Od wielu lat żaden jego kolega po fachu nie rozstawał się z tym klubem po przyjacielsku. Włączając wspominanego Manciniego, który rozlazłą zgraję wiecznie skłóconych klęskowiczów zamienił w zwartą grupę zwycięzców, prowadząc ją do trzech z rzędu triumfów w Serie A. Co nie udało się Interowi nigdy wcześniej, nawet w złotej erze Helenio Herrery.

Poczucie niespełnienia wywołuje opętańcza tęsknota za triumfem w Lidze Mistrzów. Właściciel klubu, piłkarze i kibice sprzedaliby zań dusze, co sprawia, że jeden pechowy wieczór - ćwierćfinał? półfinał? heroicznie przegrany bój z Manchesterem lub Chelsea? - może zamienić cały sezon w porażkę. A przecież nawet obrona tytułu mistrza kraju będzie misją arcytrudną. Bez dwóch zdań, mediolańczyków nie zbawi byle bożek - w niebo wziąć może ich tylko autentyczny trenerski mesjasz.

Mourinho już zdobywa trofeum z Interem »