Sport.pl

Piłkarze! Mentalności uczcie się od Chorwatów

Różnica najbardziej rzucająca się w oczy, kiedy patrzy się na Chorwatów i Polaków, tkwi jednak chyba w mentalności. Chorwacki gracz mówi: "uda się, dopadniemy ich"; polski mówi: "może wreszcie się uda, zrobimy wszystko, co w naszej mocy". Chorwacki gracz chce chwycić świat za mordę i wyszarpać, co jego; polski marzy, by choć raz pokazać się światu z dobrej strony.
Bilić: Zagramy dla Kibiców

Chorwaci nie ujmują nienagannym sportowym savoir-vivre'em i pokorą wyczynowców świadomych, że zawsze mogą przegrać z innym wyczynowcem. Wiele tygodni przed turniejem ogłosili, że umiejętności Polaków niezbyt cenią, dlatego nie planują jakichkolwiek kłopotów na drodze do ćwerćfinału Euro 2008. Ochoczo przyznawali, że nie znają nazwisk ludzi Beenhakkera, wypowiadali się o nich z niemal jawnym lekceważeniem. Niko Kranjczar perorował: - Polacy są słabi, na każdej pozycji słabsi niż my, nawet w moim klubie (przeciętnym angielskim Portsmouth) nie mieliby szans, medale mundialu to dla nich prehistoria. Trener Slaven Bilić również uderzał mocno, choć nie mówił o innych, lecz skupiał się na własnych planach - planach w kolorze medalu mistrzostw Europy.

Slaven Bilić o meczu Polski z Chorwacją


Nie musiał sięgać aż podium i wywierać na sobie oraz drużynie ogromnej presji, nikt tego nie oczekiwał. Chorwacja to niewielki i skromny kraj, którego stać na niespodzianki, lecz nigdy nie dołączy na stałe do europejskich potęg. Unikami zaprzeczyłby jednak Bilić własnej naturze i duchowi drużyny. Jej do zwycięstw nie pcha ostrożna wstrzemięźliwość, lecz bezkompromisowe parcie po pełną pulę. Już przed pierwszym gwizdkiem piłkarze nie znają litości: gardzą okrągłymi słówkami, nie zmuszają się do przyprawianych rewerencją dla przeciwnika zapewnień, że go cenią i się obawiają, jeśli go nie cenią i się go nie obawiają. Ostro prą do przodu, jak w ich nieoficjalnym hymnie "Ognisty szał", nagranym właśnie przez Bilicia, po godzinach rockmana, od dzieciństwa fana Rolling Stonesów.

Puryści rycerskiego etosu w sporcie trzęsą się z oburzenia, przeciętni kibice też nie przepadają za chorwacką zarozumiałością i butą a la Jose Mourinho. Ale zarazem budzą chorwaccy futboliści respekt. Nie dostrzeżesz w nich kompleksu prowincji, który graczom nawet nadzwyczajnie utalentowanym każe spoglądać na Anglików czy Niemców z poczuciem niższości. Przeciwnie, czują - i ją demonstrują! - nad tradycyjnymi faworytami wyższość, na mistrzostwa jadą z rykiem zwycięstwa, by bezceremonialnie wtarabanić się między potentatów i zabrać swoje. Skromniś Kranjczar - jeszcze raz zaglądając do jego wywiadu dla "Dziennika" - przypomina, że między nimi nie ma zawodników byle jakich, tylko same gwiazdy. Stosuje poetykę niespotykaną nawet u piłkarzy najsławniejszych, demoralizowanych latami wylewających się z mediów pochlebstw i zachwytów nad ich klasą. Oni zazwyczaj przynudzają - obłudnie, a jakże - o sile grupy i wciskają kit, że w ich reprezentacji nie ma gwiazd.

Chorwaci sporo ryzykują. Bezczelną pewnością siebie możesz onieśmielać rywali i karmić swoich kibiców dopóty, dopóki wygrywasz. Kiedy ponosisz porażkę, całkiem tracisz twarz. Stajesz się śmieszny, niekiedy wręcz żałosny. Im bardziej się nadymałeś przed, tym bardziej sflaczały kończysz po.

Ale gang - to chyba najwłaściwsze słowo - Slavena Bilicia wygrywa. W eliminacjach obrabował ze złudzeń Anglików, buńczucznych właścicieli chyba najbardziej - w stosunku do miernych wyników na mistrzostwach Europy i świata - rozrośniętego ego w futbolu. W turnieju finałowym znokautował Niemców, zdaniem bukmacherów głównych pretendentów do zdobycia złota. Na razie nikt nie potrafi nauczyć ich pokory. Przeciwnie, każdy triumf uznawany przez Europę za sensację utwierdza Chorwatów w przekonaniu, że oceniają samych siebie rzetelnie i obrali słuszną drogę brawurowego obwieszczania sukcesów, zanim je osiągną. Żadnej ściemy, czujemy moc, to nie będziemy udawać, że nie czujemy.

Piłkarz chorwackiej kadry to rewers piłkarza kadry polskiej. Chorwat został wyselekcjonowany z nielicznej, ledwie 4,5-milionowej populacji; Polak musiał okazać się wystarczająco utalentowany, by reprezentować państwo 38-milionowe. Chorwat kosztuje ogromne pieniądze, które wykładają za niego kluby najmocniejszych lig; Polaka kupuje się wyłącznie przecenionego i do kiepskich klubów. Chorwat poradził sobie z największymi zmorami naszego piłkarstwa - z Anglią oraz z Niemcami; Polak rozpamiętuje remis z tą pierwszą i modli się o choćby jedno - historyczne, bo pierwsze - zwycięstwo z tą drugą, które oddałby nawet za awans do ćwierćfinału Euro 2008.

Slaven Bilić pewny siebie przed meczem z Polską


Różnica najbardziej rzucająca się w oczy tkwi jednak chyba w mentalności. Chorwacki gracz mówi: "uda się, dopadniemy ich"; polski mówi: "może wreszcie się uda, zrobimy wszystko, co w naszej mocy". Chorwacki gracz chce chwycić świat za mordę i wyszarpać, co jego; polski marzy, by choć raz pokazać się światu z dobrej strony.

Im dłużej o dzisiejszych przeciwnikach myślę, tym uparciej nęka mnie podejrzenie, że to im zazdrościmy - my, polscy kibice i entuzjaści kopanej - piłkarskiej reprezentacji najbardziej. Niełatwo nam porównywać się do Niemców czy Anglików, którzy od zawsze tkwią w bogatszej, lepiej rozwiniętej i kolekcjonującej futbolowe trofea części Europy. Niełatwo porównywać się do południowców z Włoch, Hiszpanii czy Portugalii, którzy umiejętność świetnej gry w piłkę dostają w genach. Niełatwo porównywać się nawet do Czechów, którzy tradycji sportowych - w wielu dyscyplinach - dochowali się tak wspaniałych, że niemal wykraczających poza naszą wyobraźnię, poza tym generalnie w ogóle są raczej po niemiecku zorganizowani i pragmatyczni niż zatopieni w słowiańskim nieładzie.

Ale Chorwaci? Ledwie zaistnieli na mapie, wydobywają się z wojennej traumy, mówią językiem podobnym do naszego, spontaniczne bałaganiarstwo przedkładają nad zaplanowane dążenie ku sukcesowi. I nie mają - znaczy piłkarze reprezentacji, nie wszyscy obywatele - żadnych kompleksów. Na stadiony świata wchodzą razem z drzwiami. Chciałem powiedzieć - razem z bramą.

Owszem, wielkie gęby idą u nich w parze z wielką piłkarską klasą. Wtedy łatwiej odstawiać chojraków. Piłkarze Leo Beenhakkera, gdyby użyli ich środków wyrazu, mogliby wypaść niepoważnie. Tyle że między ich zahukaniem i ostrożnością a chorwacką zuchwałością mieści się jeszcze mnóstwo stanów pośrednich.

Polskim piłkarzom brakuje mocy i w nogach, i w głowach. Od dawna. W świat jadą w roli nieśmiałych petentów, nie przybierają min ludzi gotowych przejąć przywództwo albo przynajmniej wyrwać, co im się należy. Ostatnim facetem, który poleciał na Zachód zdecydowany, by wejść doń razem z drzwiami, podporządkować go sobie i wszystkich porozstawiać po kątach, był Zbigniew Boniek. Teraz w kadrze mamy tylko jednego bezczelnego typa, do Chorwatów podobnego w tym sensie, że niekiedy nas swoimi prowokacjami irytuje lub zawstydza, zarazem jednak tchnie siłą, która na boisku na pewno mu nie przeszkadza. Artur Boruc - ileż jeszcze razy będziemy wskazywać akurat na niego? Czyż nie byłby kapitanem lepszym niż Żurawski? Nieraz palnie lub wyczyni coś kontrowersyjnego, ale potem przynajmniej nie da się zjeść faworytom.

Chyba tylko jego dałoby się przeszczepić reprezentacji Chorwacji. Na pewno nie odróżniałby się od kolegów tak wyraźnie, jak błyskotliwy Roger odróżnia się od swoich nowych - przyszywanych, jak to widać - rodaków.

Najlepsze zespoły odpuszczają ostatnie mecze

Mistrzostwa Europy w BetClick.com. Darmowa rejestracja, oferta bez ryzyka.
Sprawdź szczegóły tutaj - reklama