Sport.pl

Rafał Stec: Polska, Roger i wielka czarna dziura

Aż dziwne, że tylko sekundy dzieliły reprezentację Polski od triumfu niewidzianego od 22 lat, czyli pokonania kogokolwiek na mistrzowskiej imprezie w meczu o stawkę..
Sport.pl ocenia Polaków za mecz z Austrią

Układa się nam historia debiutanckich mistrzostw Europy, jakby ktoś pisał dla ubogiej we międzynarodowe wzruszenia kibicowskiej Polski fabułę utkaną z epizodów wyłącznie płonących od emocji, a to nas upajając i unosząc nad ziemię, a to strącając w czarną rozpacz.

Przeżyliśmy w eliminacjach niezapomniany triumf nad Portugalią - najpiękniejszy w ostatnim ćwierćwieczu. Przeżyliśmy horror w rewanżu w Lizbonie, gdy ocalił nas desperacki, pozornie nierozsądny zryw Krzynówka. Nasłuchaliśmy się przed i podczas Euro 2008 o kolejnych kontuzjach kluczowych graczy, być może czasem urojonych, na pewno wywracających koncepcje Beenhakkera do góry nogami. Uczciliśmy tradycyjnym lamentem tradycyjną klęskę z Niemcami, po której co wrażliwsi próbowali ogłosić stypę, choć porażka była w pewnym sensie planowa.

Aż wreszcie przyszedł dreszczowiec wiedeński. Rozpoczęty rozpaczliwym niewychodzeniem z własnego pola karnego, do którego przyduszali nas Austriacy. Zakończony dramatem, czyli kontrowersyjnym rzutem karnym, w doliczonym czasie gry. Ozdobiony golem Brazylijczyka przeszczepionego reprezentacji pięć minut przed turniejem, którego naturalizacja wywołała sporo kontrowersji. Przecież takie numery - importowanie piłkarza w trybie nadzwyczajnym, specjalnie na ważny mecz - bywało dotąd procederem uprawianym jedynie przez kraje trzeciego piłkarskiego świata.

Boruc i wielka czarna dziura

Ale tak naprawdę wszystko, co zobaczyliśmy wczoraj wieczorem, było najzupełniej logiczne i podsumowujące stan całego naszego futbolu.

Wieczór zdawał się wymarzony dla Artura Boruca. Kiedy Austriacy oblegali i ostrzeliwali jego bramkę, kiedy my i nasi piłkarze cierpieliśmy, on wpadał w ten sam trans, który unieśmiertelnił go w Glasgow. W meczach pomniejszych, zwłaszcza przeciw niespecjalnie groźnym rywalom, nasz bramkarz zdaje się często myśleć o niebieskich migdałach i popełnia błędy kardynalne. W meczach szlagierowych, zwłaszcza przeciw mocniejszym, rozpędzonym i nękającym go kanonadą strzałów rywalom, ściąga na siebie uwagę najsłynniejszych europejskich klubów. Dlatego dla Celtiku stał się już żywym pomnikiem. Bramkarzy dochowaliśmy się świetnych - to w pewnym sensie indywidualna konkurencja wewnątrz sportu zespołowego, beznadziejny poziom szkolenia nie odbiera wszelkich szans na międzynarodowy sukces.

Z drugiego krańca boiska, gdyby nie import z zagranicy, ziałaby gigantyczna czarna dziura. Akcję zwieńczoną golem dla Polski zainicjował wychowany przez Holandię Smolarek, a sfinalizował wychowany przez Brazylię Roger. Ten ostatni już wcześniej był jedynym, którego rywale musieli sfaulować, by zabrać mu piłkę - innych wystarczyło lekko pchnąć lub wystawić nogę. Rogera różni od kolegów to, że kiedy prowadzi futbolówkę, nie musi ze skupieniem spoglądać pod nogi, by jej nie zgubić. Może główkować, gdzie ją kopnąć, by zyskać przestrzeń, zdezorientować przeciwnika lub wykorzystać dobre ustawienie partnera. Królował na boisku z tak dostojnym przekonaniem o lepszym pochodzeniu, że zaczynam sądzić, iż stać go na karierę w klubie o znacznie wyższych aspiracjach niż Legia. Musi dobrze trafić, jest trochę zbyt drobny i delikatny, niezbędna mu będzie ochrona piłkarzy zakapiorów. Ale szansę ma. Dziesięć minut przed końcem pozwolił sobie nawet pod polem karnym Austriaków na piruecik a la Zidane - choć okazał się bezużyteczny, to przynajmniej nasz (nasz - wbijcie sobie to do głów) gracz wreszcie wpadł na niekonwencjonalny pomysł.

Oburzaliśmy się, że selekcjoner czerpie z doświadczeń egzotycznych krain, wzmacniając kadrę na skróty? Ależ nasi piłkarze wcale nie wywodzą się z zaawansowanej cywilizacji, lecz właśnie dziwnego zakątka świata, w którym gatunek piłkarzy choćby europejskiej wyższej klasy średniej wyginął. Co paradoksalnie widzieliśmy nawet w czwartek, w dniu meczu prawie zwycięskiego, a na pewno niezapomnianego i absolutnie wyjątkowego.

Wreszcie wbili gola, nie chcemy ich rozszarpać

Tak, wyjątkowego. Bardziej niż się zdaje. Samo zwycięstwo nad Austrią nie byłoby żadnym skokiem w przestworza, przed kilkoma laty wygrała z nią na wyjeździe i reprezentacja Pawła Janasa (również poniekąd dzięki heroicznym paradom bramkarza Jerzego Dudka). Ale zwycięstwo w meczu o stawkę na imprezie rangi mistrzowskiej to już, biorąc pod uwagę historię najnowszą i trochę starszą naszego futbolu, istne lądowanie na księżycu. Podczas ostatnich mundiali, owszem, wygrywaliśmy - gdy już nic nie zostało do wygrania, w glorii mistrzów świata wygrywania bojów o honor. Dopóki potrzebowaliśmy punktów do awansu, oglądaliśmy popisy piłkarzy z zażenowaniem. Z Koreą, Portugalią, Ekwadorem i Niemcami nie tylko nie zdołali choćby zremisować - nie uciułali w tych czterech meczach jednego marnego gola.

Teraz wreszcie go wbili i wreszcie nie pękli. Wytrzymali kondycyjnie, z czasem ich poświęcenie rosło zamiast maleć, zaserwowali nam palpitacje serca i prawie zawał w finale, sprawili, że teraz im współczujemy, a nie mamy - jak bywało dotąd - ochoty ich rozszarpać i połamać kołem równocześnie. Przede wszystkim jednak Euro 2008 wciąż dla nas trwa, nawet jeśli szanse na awans do ćwierćfinału wyglądają na iluzoryczne.

Dostaliśmy tylko tyle czy aż tyle? Ja marzyłem skromnie, właśnie o scenariuszu z emocjami i - jak na nasze przyzwyczajenia - długometrażowym, czyli nie zdradzającym rozwiązania do ostatniej kolejki rywalizacji w grupie. A zatem zostałem usatysfakcjonowany. Teoretycznie, chwilę po rzucie karnym dla rywali w doliczonym czasie gry nie umiem odmierzać zadowolenia w miligramach.

Narodowy sport: rachowanie

Teraz znów możemy zająć się naszym narodowym sportem, czyli rachowaniem, kto z kim, kiedy i w jakim stosunku musi wygrać, byśmy naszym - ewentualnym - zwycięstwem w następnym meczu nie tyle się pocieszali, co myśleli po nim o następnej rundzie. Kończymy jak zwykle, bo chyba na więcej nie zasługujemy. Oglądając Chorwatów i Niemców nie mogłem się oprzeć refleksji, że ich przewaga piłkarska nad drugą połową grupy jest tak miażdżąca, że gdyby do ćwierćfinału awansowali Polacy lub Austriacy, to powinien wybuchnąć międzynarodowy skandal.

Świetny bramkarz, świetny importowany rarytas u nas niespotykany, czyli rozgrywający (Roger), przyzwoity importowany napastnik (Smolarek) plus ośmiu ludzi, którzy mogą walczyć co najwyżej o przetrwanie. Oto reprezentacja Polski AD 2008. Aż dziwne, że sekundy dzieliły ją od triumfu niewidzianego od 22 lat, czyli pokonania kogokolwiek na mistrzowskiej imprezie w meczu o stawkę (poprzednim było 1:0 z Portugalią na meksykańskim mundialu). Aż strach pomyśleć, jak dołożyliby nam Austriacy, gdyby holenderski selekcjoner nie wypatrzył Rogera. Spotkałem w szwajcarskim pociągu jego rodaków, fanów zmierzających na mecz z Włochami. Doradzali ironicznie, że powinniśmy nazwozić sobie więcej Brazylijczyków, bo różnica jakości rzucała im się w oczy już w meczu z Niemcami.

A Beenhakker nie dowierzał. Nie dowierzał, że lecąc z Trynidadu i Tobago, gdzie wybierał z kilkuset zawodowych futbolistów, do Polski, wcale nie przenosi się do normalnego europejskiego kraju, w którym łatwiej znaleźć kompetentnego rozgrywającego niż wyprosić u prezydenta ekspresowe rozdawanie paszportów brazylijskim piłkarzom. W swojej ojczyźnie, dodam dla pełnej jasności, niemal anonimowym.

Polscy piłkarze: Sędzia nas oszukał!