Sport.pl

Inter nie umie przegrywać

Asado, czyli grillowanie po argentyńsku. Rytuał grupowego biesiadowania, leniwego gawędzenia, wspólnego spędzania wolnego czasu. Ta tradycja miała symbolizować obyczajowy przewrót w Interze Mediolan, w którym nagle wszyscy zaczęli się kochać i troskać o interes grupy. Nawet przy grillu piłkarze ćwiczyli pracę zespołową - obeznani z asado Argentyńczycy przyjmowali pozy szefów kuchni, inni pilnowali ognia, jeszcze inni siekali cebulę i pomidory. Ceremoniał serio traktowali i drużyna, i trener Roberto Mancini. Tak przynajmniej wszyscy opowiadali jeszcze na początku roku, gdy Inter zdecydowanie przewodził Serie A i marzył o sukcesie w Lidze Mistrzów. Idylla.
Wcześniej nerazzurri nie znali stanu innego niż permanentny kryzys. Pompujący w klub gigantyczne pieniądze Massimo Moratti maniacko zwalniał trenerów (najpierw zatrudniał - w rekordowym 1999 roku aż czterech), wszczynał co sezon personalne rewolucje, beztrosko przepłacał za miernych piłkarzy, beztrosko oddawał graczy wybitnych. Impulsywnie, trochę w stylu złorzeczącego z trybun kibica, reagował na niepowodzenia. Gdyby mógł, już w przerwie przegrywanego meczu zachodziłby do szatni przeciwników, by negocjować z czołowymi zawodnikami i w te pędy, jeszcze przed drugą połową, podpisać kontrakty.

Nieustanne wstrząsy przynosiły marne skutki. Poprzednia dekada była pierwszą w historii klubu, wyjąwszy okres wokół II wojny światowej, bez choćby jednego mistrzostwa Włoch.



Z czarnej rozpaczy wyrwała go afera Calciopoli. Tytuł w 2006 roku odebrano Juventusowi, a przyznano Interowi. Sukces nieświętowany na boisku nie dał pełnej satysfakcji, ale kolejny sezon już dał - mediolańczycy wygrali ligę w oszałamiającym stylu, hurtowo bijąc statystyczne rekordy wszech czasów.

Niektórzy przestrzegali, by z sezonu tak nietypowego - rozegranego na poskandalowym kacu, bez relegowanego karnie do Serie B Juventusu, z ujemnymi punktami Milanu czy Fiorentiny - nie wyciągać pochopnych wniosków i nie trąbić o narodzinach supermocarstwa. Nawet oni jednak dopatrywali się w rewelacyjnych wynikach przede wszystkim konsekwencji głębszych, ozdrowieńczych przemian w klubie, który miał wreszcie zyskać stabilizację. Mancini utrzymywał posadę od 2004 roku, czyli dłużej niż jakikolwiek trener od lat 80., a w szatni zapanował spokój. Wydawało się, że nerazzurri czerpią z doświadczeń lokalnego rywala Milanu - również chcą oprzeć sukces na familijnej atmosferze, budują kadrę ostrożnie i rozmyślają nad każdym transferem. Jak u przeciwników kaperowano głównie Brazylijczyków i Włochów, tak Inter jął kolekcjonować graczy z Ameryki Łacińskiej. Uzbierał kilkunastu - dlatego drużyna mogła się integrować na modłę latynoską. Gdy mediolańczycy odpadli w poprzednim sezonie z Ligi Mistrzów - trochę pechowo, po dwóch remisach z Valencią w 1/8 finału - opłakiwali porażkę i odbudowywali morale właśnie przy asado.

Zdołali się pozbierać, a ludzie calcio doszli do wniosku, że narodził się wielki Inter, być może zdolny nawiązać do legendarnej drużyny Helenio Herrery z lat 60. Zespół miał wreszcie dojrzeć - umieć przegrać, umieć radzić sobie z kryzysem. Ta bezcenna umiejętność - właściwa reakcja na niepowodzenie - bywa przecież w sporcie najważniejsza.



Aż wreszcie przyszedł koniec lutego 2008 roku. Inter dotarł doń jako zdecydowany lider Serie A, więc całą mentalną energię chciał włożyć w batalię z Liverpoolem w Lidze Mistrzów. Znów poniósł klęskę. Już po meczu wyjazdowym stało się jasne, że nie przetrwa do ćwierćfinału.

Mancini wypalił, że odchodzi, szokując i podwładnych, i zwierzchników. Nazajutrz zmienił zdanie, ale było za późno, lont już płonął. Sfrustrowany trener krytykował publicznie własny sztab medyczny, co rusz ogłaszał ciszę medialną (prasa źle pisała, imputując, że Interowi sprzyjają sędziowie), odgradzał zespół od świata. Z zawodnikami zaczął kłócić się nawet podczas meczów, mikrofony wyłapywały burknięcia Zlatana Ibrahimovicia, który wyrażał nadzieję, że trenera "już wkrótce w klubie nie będzie", Luis Figo odmawiał wejścia na boisko z ławki rezerwowych.

Wróciło stare - gdyby pod szatnię podłożyć sejsmograf, pewnie by oszalał. Nagle okazało się, że trener Interu to arogant i narcyz, że bardzo osobiście traktuje relacje z graczami, że w różnicy zdań widzi zniewagę i rzadko wybacza. Niby nic nowego, niby furiata Manciniego całe Włochy znały jeszcze z czasów, gdy sam strzelał piękne gole, ale na mediolańskiej ławce o jego charakterologicznych przywarach zapomniano, bo wszystko przyćmiewały sukcesy. Dopiero, kiedy Inter wpadł w dołek, wyszło na jaw, że w relacjach z otoczeniem trener w najlepszym razie utrzymuje chwilowe zawieszenie broni. Ostatnio nawet Sandro Mazzola - legenda Interu z lat 60., człowiek bezwzględnie oddany klubowi - wyrzucił Manciniemu, że ten kompletnie stracił kontrolę nad podwładnymi. Pił m.in. do meczu sprzed tygodnia ze Sieną, w którym Materazzi wykonał rzut karny, choć wyznaczonym strzelcem był Julio Cruz. Materazzi przestrzelił, tymczasem gol dałby mediolańczykom mistrzostwo.



Czyżby ludzie Interu znów zatracili zdolność radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi? A może wcale jej nie mieli? Może nie tyle nauczyli się kryzysy neutralizować, ile przytrafił im się cudowny czas bezkryzysowy - czas wszechogarniającego błogostanu pozbawionego przeciwności losu, które trzeba zwalczać?

W minionym sezonie mediolańczykom łatwo przyszło znieść porażkę z Valencią, bo wciąż napędzał ich wielki cel - triumf, tym razem wypocony już na boisku, w Serie A. Wystarczyło pogrillować, by wziąć się w garść i hardo spojrzeć w przyszłość. Niewykluczone, że wszyscy ulegli wówczas złudzeniu, nie widząc, że słabość okaleczonej aferą Calciopoli konkurencji wyściełała Interowi czerwony dywan na drodze do mistrzostwa. Teraz wyścig o tytuł we Włoszech stał się wyzwaniem mniej atrakcyjnym, nienasycone ambicje domagały się show w Lidze Mistrzów. Po klęsce z Liverpoolem sielanka była niemożliwa, nie mogło jej przywrócić wspólne grillowanie. Po blisko dwóch latach grania w ekstazie znów nastał czas kryzysu. I znów okazał się śmiertelnie niebezpieczny. Inter musiał walczyć o tytuł do wczoraj, ponieważ zaczął grać coraz słabiej, na finiszu strzelał gole niemal wyłącznie po stałych fragmentach gry, drużyna sprawiała wrażenie bliskiej rozpadu. Julio Cruz rwał się tydzień temu do rękoczynów na Materazzim, kapitan Zanetti nie reagował, trener też nie, po meczu sytuacji nie rozstrząsano w grupie, lecz podgrupach. Cały miniony tydzień Mancini poświęcił bardziej na uspokajanie nastrojów i wydźwignięcie piłkarzy z psychicznej zapaści niż trenowanie.

"Z zazdrością patrzę na Romę, w której na piłkarzy wywiera się mniejszą presję, drobnych wpadek nie traktuje przesadnie serio i nie robi tragedii z byle czego. W Interze nie ma radości z futbolu, a Mancini nie robi wiele, by zmniejszyć napięcie". To słowa Luigiego Simoniego, trenera nerazzurrich sprzed 10 lat, którego kibice wspominają ciepło, ale sławę zdobył on, co idealnie oddaje ducha miejsca, jako jedyny w historii futbolu szkoleniowiec zwolniony z pracy po zwycięstwie nad Realem Madryt. Zdaniem Simoniego nic się od tamtej pory nie zmieniło, mediolańczycy wciąż nie umieją przegrywać. Co ma dziś, po trzecim z rzędu scudetto, podwójne znaczenie: przypomina, że Inter dochował się kolekcji wspaniałych gwiazd, która przejdzie do historii calcio. Nawet jeśli tradycji stanie się zadość i trener Mancini za kilka dni odejdzie, bo albo go grzecznie wyproszą, albo sam - wściekły na cały świat - pójdzie sobie precz.