Sport.pl

Rafał Stec: Chelsea, zamęt idealny

Ostatnie lata sugerowały nadejście ery trenerskich omnibusów - bez ich pedantycznej, wszechogarniającej całe boisko analizy sukces miał być niemożliwy, a wirtuozeria piłkarzy bezużyteczna. Nieprawda. Sukces przeładowanej talentem drużynie może zdarzyć się zawsze, pod jednym tylko warunkiem - że sprzyja mu splot okoliczności. Chelsea sprzyjał
Trawa płonie od emocji, rozszalałe trybuny odrywają się od ziemi, dobiega końca bitwa z najgroźniejszym wrogiem. Może przesądzić o wygraniu wojny. Sędzia dyktuje rzut wolny. Strzelać chce Ballack. Piłkę zabiera Drogba. Szarpanina. Drogba kładzie piłkę na murawie. Ballack nie odpuszcza. Wtrąca się Carvalho. Odpycha Ballacka. Drogba strzela. Niemal perfekcyjnie. Rywali ratuje robinsonada bramkarza, też rewelacyjna. Awantura trwa. Widzimy Ballacka schodzącego do linii bocznej. Widzimy wściekłą pantomimę podążającego za nim Drogby. Drogba wymachuje rękami, krzyczy. Ballack odwraca się do niego plecami. Trener Avram Grant nie reaguje. Drogba interweniuje u jego asystenta Steve'a Clarke'a.

Mija kilka minut, rzut karny dla Chelsea. Kłótnia ustaje. Tym razem strzela Niemiec. Trafia z zimną krwią. Gol, ostatni gwizdek, zwycięstwo. Ballack z Drogbą padają sobie w ramiona.

Wielka draka w okolicach pola karnego Manchesteru United - i jej bezpośrednie następstwa, rzecz zdarzyła się tydzień temu - pozostanie dla mnie sekwencją idealnie podsumowującą sezon 2007/08 w wykonaniu Chelsea. Zawierała wszystko: starcie wybujałych ego wielkich piłkarskich osobowości; kulminację z trudem skrywanych przed światem, rozsadzających drużynę konfliktów; wielką sportową klasę Drogby i wielką sportową klasę Ballacka; brak przywódcy stada; milczenie p.o. przywódcy stada; happy end i ogólne pokochanie się, w którym zabrakło tylko pocałunków w usta. Całość niczym spełnienie marzeń reżyserów, by jedną lapidarną sceną umieć opowiedzieć wszystko.

Bohaterowie ze Stamford Bridge opowiedzieli.

Nie wiadomo, czy Drogbę i Ballacka pchało pragnienie osobistej chwały, czy przeświadczenie, że kopną piłkę celniej od partnera, ale wiadomo, że improwizowali, scysji nikt nie planował. Reżyser siedział i patrzył.

Jego odrętwienie nie popsuło przedstawienia. Indywidualności z Chelsea zachowały szansę na mistrzostwo Anglii, a cztery dni później po raz pierwszy w historii awansowały do finału Ligi Mistrzów. I sprowokowały ogólnoeuropejską debatę. Jak trener figurant zdołał dotrzeć w pobliże najcenniejszych trofeów? Jak wyjaśnić to, że wyszydzany Avram Grant dopchał londyńczyków na szczyt LM, skoro Jose Mourinho - czczony jako prototyp nieomylnego szkoleniowca przyszłości - dopchać ich nie zdołał? Owszem, z gwiazdozbiorem Chelsea do drugiej ligi nie spadłby nawet Janusz Wójcik (spadłby co najwyżej z ławki, odurzony kunsztem piłkarzy oczywiście), ale zaraz dochodzić do finału? A jeśli Grant na szaraka bez charyzmy tylko pozował, jeśli przebiegle nas zwodził, konsekwentnie, po trupach realizując tajną strategię, by po wszystkim pokazać światu język?

Wyspiarskie brukowce już tę wersję przyjęły, już zaczęły izraelskiego szkoleniowca przepraszać, swoim zwyczajem trzymając się czarno-białej wizji rzeczywistości, w której nie istnieją półcienie i którą zaludniają wyłącznie postaci wybitne lub kompletni idioci. Doniesień - także poważnej prasy - jakoby Chelsea od miesięcy trawił chaos nieustającej wojny podjazdowej wszystkich ze wszystkimi oraz bezkrólewia wynikającego z wątłego autorytetu Granta, unieważnić jednak nie zdołają. Owszem, brytyjskie media lubią koloryzować, jeśli tylko prawda przynudza, ale innym trenerskim gigantom - Wengerowi, Benitezowi czy nielubianemu przez dziennikarzy Fergusonowi - jakoś nie wmawiają, że drużyna ma ich w głębokim poważaniu. A piłkarze Arsenalu, Liverpoolu i MU jakoś nie ośmielają się publicznie...

... podważać kompetencji bossa.

Fantastyczny finisz Chelsea znów przypomina, że futbol nie toleruje prawd absolutnych. Ostatnie lata sugerowały nadejście ery trenerskich omnibusów - bez ich pedantycznej, wszechogarniającej całe boisko analizy sukces miał być niemożliwy, a wirtuozeria piłkarzy bezużyteczna. Nieprawda. Sukces przeładowanej talentem drużynie może zdarzyć się zawsze, pod jednym tylko warunkiem - że sprzyja mu splot okoliczności.

Chelsea sprzyjał. W minionych sezonach, także wówczas, gdy biła statystyczne rekordy w arcymocnej angielskiej Premiership, w Lidze Mistrzów wpadała na potęgi - Barcelonę, Bayern, Liverpool, znów Liverpool, znów Barcelonę, jeszcze raz Barcelonę, Valencię, jeszcze raz Liverpool. Taki zestaw zbliża margines błędu do zera, mikroskopijne nawet niedociągnięcia srogo kosztują. I londyńczycy płacili - odpadali po zaciętych bojach, strzelając jednego gola w dwumeczu mniej lub przegrywając konkurs rzutów karnych.

Aż wreszcie przyszedł sezon losowań optymalnych, wręcz cudownych. Przed półfinałem Chelsea zetknęła się z jednym ledwie rywalem, który cokolwiek znaczył w Lidze Mistrzów - tyle że Valencię obezwładnił najgłębszy kryzys od dekady. Inni nie potrafili nigdy lub prawie nigdy przetrwać do wiosny: Schalke (22. miejsce w klubowym rankingu UEFA), Rosenborg (72.), Olympiakos (44.), Fenerbahce (45.). Londyńczykom wystarczył zaledwie jeden wielki wieczór - środowy rewanż z Liverpoolem, w pierwszym ocalił ich kardynalny, niespotykany na tym poziomie błąd Riise - by przebić się do finału. Co wcale im zasług nie odbiera, tak jak medalu Turków z mundialu w 2002 roku nie odbrązawia konstatacja, że los oszczędził im wówczas jakiegokolwiek starcia z europejskim przeciwnikiem. Chodzi o co innego - w rozgrywkach pucharowych niekoniecznie triumfujesz wtedy, gdy grasz najlepiej.

Chelsea już grała lepiej.

Ale z Champions League odpadała wcześniej. Avram Grant przejął grupę niebywale doświadczoną, zgraną, desperacko pragnącą brakującego jej do bogatej kolekcji Pucharu Europy. Grupę tkwiącą dziś na szczycie wspomnianego rankingu UEFA, zestawienia o tyle miarodajnego, że sumuje dokonania z pięciu sezonów. I grupę jak na współczesne realia wypoczętą - zwłaszcza najhojniej chwaleni Drogba, Ballack (jesienią nawet niezgłoszony do rozgrywek) czy Lampard długo się leczyli, co paradoksalnie okazało się dla drużyny zbawienne. Bezwzględnie najmocniejsza, obok barcelońskiej, szeroka kadra pozwoliła ciułać punkty w kraju i za granicą (tylko 6 zwycięstw w 12 meczach LM), a na finiszu, gdy porozbijani Rooneye i Vidicie stękają z bólu, eksplodować formą supergwiazd.

I odtruć atmosferę w szatni. Piłkarze mogą nie przepadać za aroganckim Henkiem Ten Cate (archetypiczny wręcz przypadek świetnego "drugiego", lecz słabego pierwszego trenera), ale teraz, tuż przed ostatecznymi starciami, niesnaski muszą schować na sam tył głowy. Tuż po ostatecznych, nieodwracalnych tragediach zresztą również. Nieszczęście kolegi, jak śmierć matki Lamparda, nierzadko jednoczy grupę, wobec skali jego koszmaru - znów paradoks, jakże smutny - kłótnie zdają się błahe i bezsensowne (pamiętacie, jak Dani Alves strajkował, bo chciał odejść z Sevilli, ale przestał szantażować klub wraz z żałobą po śmierci kolegi z drużyny Puerty?).

Dziś na Stamford Bridge wróciła zgoda, piłkarze ani nie skaczą sobie do gardeł, ani nie dezawuują kompetencji Granta. W środę Drogba zezwolił Ballackowi strzelać z rzutu wolnego na bramkę Liverpoolu, w sobotę kapitan drużyny John Terry z zapałem perorował w obronie trenera. Na finał Ligi Mistrzów wszyscy polecą pewnie przytuleni, a na boisku być może zobaczymy scenę zwieńczającą i streszczającą komediodramat Chelsea jeszcze doskonalej niż happy end sprzed tygodnia - oto zwycięskiego gola strzela w dogrywce najwybitniejszy niegdyś napastnik świata, w Londynie nieakceptowany przez drużynę Andrij Szewczenko, który dotychczas oszalał ze szczęścia tylko raz, gdy wybił piłkę z pustej bramki i ocalił drużynę w tym samym horrorze z Manchesterem United...