Przed LM w Wiśle po milionie na piłkarza Pamiętna jesień 2002 roku, podczas której Wisła Kraków roznosiła w Pucharze UEFA niemieckie Schalke i włoską Parmę, stała się w polskim futbolu punktem odniesienia. Drużyna trenera Henryka Kasperczaka zbliżyła się do ideału - oczywiście przykrawając nasze wymagania do nikłych możliwości ligowców - bowiem nie dość, że potrafiła rzucić wyzwanie szanowanym europejskim rywalom, to jeszcze uwodziła finezyjnym stylem gry i popisami błyskotliwych piłkarzy ofensywnych. Dlatego w pamięć zapadła mocno, żaden klub w XXI w. nie podarował już kibicom intensywniejszych wzruszeń.
Gdyby zapytać wówczas właściciela Bogusława Cupiała, jak wyobraża sobie Wisłę przeszło pięć lat później, czyli wiosną roku 2008, usłyszelibyśmy pewnie opowieść o narodzinach firmy przyzwoitej europejskiej klasy, która w Lidze Mistrzów niekoniecznie przetrwa co sezon do ćwierćfinałów, ale awans do rundy grupowej nie jest dla niej marzeniem o niebieskich migdałach. Krajowe triumfy miliarder z Myślenic zawsze traktował jako cel minimum, zwłaszcza że najpoważniejszych przeciwników nie mieli krakowianie w innych okolicznych potentatach, lecz piłkarzach prowincjonalnego, skazanego na nieuchronne zniknięcie z rynku Groclinu Grodzisk Wlkp. - wicemistrza w zwycięskich dla Wisły sezonach 2002/2003 i 2004/2005.
Znamienna decyzja Beenhakkera Nie będę zgadywał, co myśli dzisiaj Cupiał: czy odzyskanie prymatu w Polsce (po dwóch latach panowania Legii Warszawa i Zagłębia Lubin) satysfakcjonuje go w pełni, czy lubi styl gry drużyny, czy dumą wypełnia go postęp organizacyjny klubu. Na pytanie, ile Wisła osiągnęła w ostatnich latach, mogę spróbować odpowiedzieć sam, bo w erze Kasperczaka żyłem - podobnie jak mnóstwo kibiców życzących dobrze całej naszej piłce - tymi samymi nadziejami, co jej właściciel. Chciałem widzieć "Białą Gwiazdę" panoszącą się po Lidze Mistrzów, chciałem widzieć w niej zdrowe, nowocześnie zarządzane przedsiębiorstwo, które uciekło od typowych dla naszej ligi kłopotów wynikających z przyzwyczajenia do prowizorki, niezdolności do planowania odległej przyszłości, tolerancji dla łamania prawa.
Teoretycznie, gdyby spojrzeć na suche liczby, wiślański sezon 2007/2008 wygląda oszałamiająco. Kilkanaście punktów przewagi nad wiceliderem, tytuł zdobyty na cztery kolejki przed końcem rozgrywek, żadnej porażki, ledwie cztery remisy - Wisła stoi przed szansą pobicia mnóstwa najróżniejszych statystycznych rekordów wszech czasów i zostania mistrzem, jakiego Polska nie widziała. Jej bezwzględnej hegemonii nie sposób kwestionować, a trener Maciej Skorża nie klecił drużyny - co budujące - z obcokrajowców.
Zmierzająca ku końcowi runda wiosenna w pamięć jednak - paradoksalnie, wbrew tabeli - z powodów czysto sportowych nie zapadnie. Poprzednio podziwialiśmy mistrzowską Wisłę rozbuchaną i nokautującą, teraz oglądamy Wisłę skromną i ciułającą. Krakowianie od grudnia ani razu nie strzelili więcej niż dwóch goli, zazwyczaj nie potrafili totalnie kontrolować gry, serii meczów przeciętnych nie przetykali małymi arcydziełami, zwycięstwa nie kreowały charyzmatycznych ligowych osobowości. Najskuteczniejsi Brożek i Zieńczuk stali się raczej gwiazdkami niż gwiazdami formatu Żurawskiego i Kosowskiego, znamienną decyzję podjął też selekcjoner reprezentacji Leo Beenhakker, który obu krakowskich idoli zignorował przy powołaniach do kadry - szerokiej! - na Euro 2008. Z tych wszystkich względów przeżywaliśmy ostatnio emocje raczej letnie. Dawna Wisła również szybko zniechęcała przeciwników do walki, ale wówczas przynajmniej pożerało się wzrokiem grę piłkarzy.
Zabiedzona konkurencja Dziś po oczach uderza raczej mizerota chuderlawej, zabiedzonej konkurencji. Groclin zgodnie z przewidywaniami wydaje ostatnie podrygi i wkrótce skończy jak wroniecka Amica, Legii dolega inwestycyjna opieszałość właścicieli, Zagłębie i GKS Bełchatów już w zeszłym sezonie uchodziły za mistrza i wicemistrza przypadkowego, Korona przeżywa pokorupcyjną traumę etc. Wisłę oblewa nijakość lub wręcz podrzędność, przez co niełatwo jej rozpoznać rzeczywistą wartość swojej drużyny i popędzić zawodników do porywającej gry.
Pozostaje szukać punktów odniesienia właśnie w przeszłości. Własnej i niezbyt odległej. Nieustające przywoływanie gwiazdozbioru żurawskich, frankowskich, szymkowiaków czy kosowskich zaczyna przypominać grzebanie w piłkarskich trupach, ale też współczesność nie daje nam alternatywy. Bo z kim porównywać Wisłę? Chyba nie z promującą 17-letnich chłopców Legią? Jak zmierzyć, czy krakowianie robią realne postępy, czy wykonali choć krok do przodu?
Jeśli przypomnieć sobie prognozy sprzed pięciu sezonów, Wisła wykonała co najwyżej niewielki kroczek. Jeśli natomiast zerknąć za granicę i sprawdzić, w jak szaleńczym tempie rozwija się piłkarski świat, ani drgnęła. Choć na stadionie urosły nowe trybuny i w ogóle cały obiekt wyładniał, to fasada skrywa wynędzniałe zaplecze - seniorzy muszą trenować na głównym boisku, rozkopując murawę do kartofliska niegodnego ligowego mocarstwa, a bezdomni juniorzy błąkają się po całym mieście. Budżet klubu, jeśli w ogóle wzrósł, to minimalnie. Wreszcie drużyna, po niezłej jesieni, wiosną dreptała, a strata Kosowskiego odebrała jej lidera - jedynego piłkarza naprawdę wyrazistego, zdolnego inspirować i pchać do roboty kolegów. Wszystko to w perspektywie wyzwań europejskich nakazuje zapytać, czy personalna stabilizacja w klubie, która nastąpiła po wieloletnim korowodzie zwalnianych i zatrudnianych trenerów, prezesów oraz dyrektorów, nie jest stabilizacją pozorną i nietrwałą.
Dawne zmory odżyły Oby nie, oby Wisła wreszcie sama siebie nie wpędzała w stan permanentnego kryzysu wewnętrznego. Wyzbyć się złych przyzwyczajeń niełatwo, o czym przypominają rozpychający się na stadionie chuligani. Przed weekendem, który powinien być podwójnym świętem (bo derby, bo odzyskane mistrzostwo), tolerujący bandytyzm szefowie klubu sami uniemożliwili rozmowę o piłce nożnej, wkładając bilety głównie w łapy typów o szerokich karkach, którzy zorganizowali własny kanał dystrybucji.
Zwykli kibice mogli pod kasami tylko oberwać, a Wisła reagowała leniwie i z rutynowym opóźnieniem - zdopingowały ją dopiero publikacje "Gazety". Nie pierwsze publikacje, bo problem już sygnalizowaliśmy - zawsze bez skutku, zawsze ze świadomością, że chuligan wkrótce wróci, bo jest na stadionie mile widziany. Przecież niedawno na boisko znów pofrunął nóż, co nie cofa klubu o pięć, lecz 10 lat - tyle mija od dnia, w którym osławiony "Misiek" postanowił własnoręcznie unieszkodliwić piłkarza Parmy Dino Baggio.
Teraz dawne zmory odżyły. Wiosną krakowianie grali w stylu do natychmiastowego zapomnienia, za to nie dawał o sobie zapomnieć wszechwładny na wiślańskim stadionie kibol.
Zajrzyj na blog Rafała Steca