Sport.pl

Rafał Stec: Dlaczego piłkarze zdradzają

Sylwester przyszłego roku może się okazać dla Barcelony datą przełomową. Tego dnia Ronaldinho po raz ostatni skorzysta z przywileju pozwalającego mu płacić ledwie 25 proc. podatku.
Potem urząd skarbowy podniesie taryfę niemal dwukrotnie, bowiem w Hiszpanii okropnie bogaci również płacą na tak zwane dobro wspólne okropnie dużo. Kataloński klub, jeśli zechciałby utrzymać dotychczasową gażę netto brazylijskiego gwiazdora, odczułby zmianę boleśnie. Dziś jego 8 mln euro za sezon obciąża budżet, biorąc pod uwagę wszystkie koszty składające się na pensję brutto, 10 mln rocznie. W 2009 roku obciążenie wzrosłoby do 16 mln. Jeśli, powtórzmy, Ronaldinho nie dostanie podwyżki. A żąda jej od miesięcy.

Na razie Barcelonę, podobnie jak inne kluby Primera Division, wspiera tzw. prawo Beckhama, które uprzywilejowuje pracujących w Hiszpanii obcokrajowców. Podatkowy raj trwa jednak tylko sześć lat, potem napływowych traktuje się jak tubylców. Nazwa pochodzi stąd, że wejście w życie przepisu zbiegło się w czasie z transferem angielskiego półboga do Realu Madryt, a jest o tyle paradoksalna, że ustawę promował José Luis Zapatero, pierwszy w historii premier kraju będący zapamiętałym fanem Barcelony, więc przymilać się "Królewskim" na pewno nie zamierzał.

Tytułowe pytanie wziąłem oczywiście z języka zawiedzionych kibiców, sam widzę w transferach najzwyklejszą zmianę pracy, choć oczywiście specjalnie szanuję tych wrażliwców, którzy z kolei szanują uczucia fanów i nie skaczą z Arsenalu na Chelsea, kiedy tylko Chelsea machnie im przed oczami wulgarnie ponętnym kontraktem. Bezwarunkowo lojalni tworzą jednak grupkę coraz bardziej elitarną, piłkarze grają generalnie tam, gdzie oferują im obfitszą pensję. A tę coraz częściej oferują właśnie w Hiszpanii. Cała Europa debatuje o magii tamtejszych potęg, podziwia sprawną politykę personalną prezesów, bywa przekonana, że Thierry Henry zbiegł z Arsenalu akurat do Barcelony, bo jedynie Barcelonie nie sposób się oprzeć. Tymczasem przyczyna wielu spektakularnych ruchów transferowych jest prozaiczna - podatki. To one, różne w różnych krajach Unii Europejskiej, sterują europejskim futbolem.

Prześledźmy problem na przykładzie Kaki - bohatera sagi transferowej zanudzającej nas już od przeszło półtora roku - który się uparł i złośliwie wciąż siedzi w Milanie, choć hiszpańska prasa dawno temu ustaliła, że został sprzedany do Realu. Otóż Brazylijczyk dostaje obecnie 5,5 mln euro za sezon. Gdyby pobierał pensję w Hiszpanii, każdego roku kosztowałby pracodawcę niespełna 7,5 mln. W Anglii i Niemczech - 10 mln. Włosi wydają na niego przeszło 11 mln. Wreszcie we Francji pensja Brazylijczyka obciążałaby budżet balastem aż 14,5 mln euro!

Liczby uświadamiają, jak nierówna jest rywalizacja w Lidze Mistrzów i jak niesprawiedliwie przedsiębiorców - czytaj: właścicieli klubów - traktuje europejski rynek. Jak drobny, niewidoczny ze stadionowych trybun retusz hiszpańskiego prawa wpływa na wyniki i przepływ gwiazd. Nie przesądza oczywiście o wszystkim, bowiem np. Barcelona od kilkunastu miesięcy dokonuje niemal wyłącznie wspaniałych - biorąc pod uwagę czar nazwisk, nie skutki - transferów (Zambrotta, Thuram, Henry, Abidal, Milito), a Real skupuje głównie perspektywicznych młokosów (Robinho, Higuain, Gago, Marcelo) lub graczy niechcianych na Camp Nou (Saviola) i żyje gruszkami na wierzbie obiecanymi przez prezesa Calderona (Kaka i Fabregas). Nie przesądza o wszystkim, ale wnikliwsza analiza dowodzi, że żarłoczność fiskusa ma ogromną siłę rażenia.

Oto w Hiszpanii, krainie bajecznie urodzajnej w futbolowy talent, błyskawicznie przybywa obcokrajowców (są nimi wszyscy wymienieni wyżej bohaterowie transferów Realu i Barcy, a także niewymienieni: Pepe, Metzelder, Yaya Toure, Gudjohnsen, Cannavaro, Emerson, van Nistelrooy, Diarra!), bo są tańsi w utrzymaniu niż rodzimi gracze. Obłożeni tłustszymi podatkami Włosi od lat nie wydarli autentycznej gwiazdy ani Hiszpanom, ani Anglikom, pominąwszy herosów starzejących się lub niechcianych, jak Figo czy Ronaldo, który zresztą zgodził się przyjść do Milanu także dlatego, że z prawa Beckhama nie korzystał. Vieira stanowi tutaj wyjątek chyba jedyny. Henry'ego chcieli obaj mediolańscy giganci, ale usłyszawszy o 10 mln euro rocznej pensji oferowanej przez Barcę, nie podjęli walki. Wzmaga się natomiast emigracja z Serie A - tego lata za granicę uciekło więcej Włochów niż kiedykolwiek wcześniej, wybierając często kierunki bardzo egzotyczne (Lucarelli w Szachtarze Donieck). I trend może się nasilić, bo żaden klub Serie A nie zapłaciłby Rolando Bianchiemu - desperacko szukał sposobu na pozostanie w kraju! - 1,8 mln euro, na co stać było Manchester City.

Nade wszystko cierpią jednak obciążeni gigantycznym podatkowym balastem Francuzi. Ich reprezentacja jest bardzo mocna, fantastyczny system szkolenia wychowuje fantastycznych piłkarzy, dzięki świetnej znajomości rynku afrykańskiego i dopływie ludzi z byłych kolonii mają w kim wybierać kandydatów na gwiazdy. W Lidze Mistrzów barierą nie do pokonania od lat pozostaje dla nich ćwierćfinał (wyjąwszy finałowy incydent z Monaco, ale w księstwie są niższe podatki niż we Francji!), nawet najpotężniejszy Lyon nie zdołał zrobić ostatniego kroku prowadzącego do samego europejskiego szczytu. Jego najlepsi gracze często szefom składają propozycje nie do przyjęcia, po czym, nie otrzymawszy sutej podwyżki, odchodzą. Nawiasem mówiąc, piłkarzy, którzy zbuntowali się w poprzednich klubach i wręcz odmówili treningów, konsekwentnie gromadzi Chelsea. Ma w drużynie dwóch dezerterów właśnie z Lyonu - Essiena i Maloudę - oraz Makelele (czuł się finansowo niedoceniany w Realu), a przecież i Obi Mikel dawał się fotografować z koszulką Manchesteru United, zanim rzucił oskarżenie, że ten klub próbuje wymusić na nim podpisanie umowy.

Piłkarze się buntują, bo niezależnie od tego, jak idealizują ich kibice, liczą przede wszystkim kasę. I są w rachunkach świetni - nawet jeśli pomyślunku brakuje im samym, intensywnie pracują mózgi doradców, dzięki którym np. 302 graczy lig angielskich udaje, że mieszka gdzie indziej, a na Wyspy wpada tylko na treningi i mecze. Wszystko po to, by fiskusowi oddawać mniej.

Fanom łatwo wytykać futbolistom mentalność najemników - oni na stadionie spędzają czas wolny, a nie zarabiają na życie. W ulubione barwy wpatrują się z przyspieszonym pulsem i rozszerzonymi źrenicami zakochanych, nie chcą wyczuć fałszu w andronach o tym, jak to dany gwiazdor od dziecka marzył, by grać w klubie, z którym akurat podpisał kontrakt. Perfekcyjnie sztukę hipokryzji opanowali właśnie Brazylijczycy - z typową dla latynosów emocjonalną wylewnością plotą o miłości do barw, a zarazem uwielbiają podróżować po słynnych europejskich firmach, o czym świadczy nie tylko kariera Ronaldo. Teraz Ronaldinho na transfer namawia rodzina, a Kaka, któremu szefowie Milanu dla poprawienia samopoczucia sprowadzili nawet grającego na obronie brata Digao, od przyjścia na San Siro co roku dostaje podwyżkę. I prawdopodobnie obaj pewnego dnia swe kluby porzucą. Przecież nie od dziś wiadomo, że poza śmiercią istnieje tylko jedna przykrość bezwzględnie nieunikniona. Podatki.

Efekt Beckhama

560 - milionów euro zarobił Real Madryt na czteroletniej obecności Anglika w klubie (już pół roku po transferze sprzedał milionową koszulkę z jego nazwiskiem). A w kwocie tej, co podkreśla dyrektor od marketingu, nie ma ani eurocenta ze 180 mln euro nagrody za mistrzostwo Hiszpanii.