Sport.pl

Kibol beznadziejnie głupi jest

Wpajany przez kiboli młodemu chłopakowi system wartości opiera się na otwartej pogardzie dla piłkarzy i ich wysiłku, na kompletnym braku zainteresowania sportem. Ta filozofia mnie nie szokuje - nasłuchałem się już od tzw. chuliganów bredni w stylu ?Legia to my? - co najwyżej pusty śmiech wywołuje jej fundamentalna wewnętrzna sprzeczność. Oto ludzie gardzący zawodnikami dopingują ich tak zaciekle, że zdobywają nagrody Orange Ekstraklasy za najlepsze kibicowanie. I sławią, np. niszcząc Starówkę, mistrzostwo Polski, które zostało wywalczone nie na trybunach, lecz na boisku
"Nie jeździmy dla grajków, którzy teraz są, a za rok ich nie będzie. Jeździmy po to, by sławić Legię, pod każdym względem i w każdy możliwy sposób. Ale nie Legię jako zbieraninę Latynosów, Murzynów, Mongołów i Bóg wie, kogo tam jeszcze, tylko Legię jako wartość, część naszego życia." Nie mam pojęcia, czy autor tych słów, które przeczytałem w wywiadzie dla kibolskiego pisemka "Nasza Legia", miał jakikolwiek udział - czy choćby udzialik - w wileńskich burdach, haniebnych dla całego polskiego futbolu. Mam tylko powody podejrzewać, że "Staruch" - jak go przedstawia redakcja - na Litwę pojechał, bo przechwala się, że jeździ wszędzie.

O hordzie schlanych bydlaków, którzy znów przynieśli nam wstyd, pisać nie ma sensu, sprawa jest zbyt ewidentna. Postać "Starucha" przywołuję, bowiem doceniają ją i szanują najwyżsi dostojnicy - przecież na gali podsumowującej sezon odebrał nagrodę Orange Ekstraklasy dla kibiców Legii. I właśnie dzięki tamtym laurom udzielił wywiadu, po przeczytaniu którego nabiera się ochoty, by delikwenta skazać na dożywotni zakaz zbliżania się do wszelkich stadionów - ze względów oczywiście głównie estetycznych, bo opowiadanie głupot nie jest przestępstwem.

Uroczych kawałków, obnażających jego mentalność i sposób myślenia, dał w rozmowie mnóstwo. Skarżył się na "ITI-owską politykę wymiany publiczności", która "robi swoje". "Wielu dobrych chłopaków odpuściło sobie mecze z powodu biurokracji Stefana [Dziewulskiego, jednego z dyrektorów klubu], zakazów, nakazów, "Big Brothera" na stadionie, milicyjnej inwigilacji, przez co nasz młyn nieco stracił na jakości". Rzeczony Dziewulski zdaniem "Starucha" "żyje w świecie swoich chorych inwigilacyjno-biurokratycznych wymysłów a la formularz wyjazdowy", dlatego "Staruch" dodaje triumfalnie, a zarazem z niepokojem: "Jestem w szoku, że w tej rundzie nie dostaliśmy ani jednego zakazu wyjazdowego! Chyba ktoś w OE poszedł do głowy i zrozumiał, że zakaz w przypadku kibiców Legii jest nieegzekwowalny. Natomiast mnożą się inne zakazy - te stadionowe. Coraz łatwiej się na takowy załapać. (...) W Polsce karykaturalnie powiela się wzorce angielskie. (...) Coraz większym problemem zaczyna być inwigilacja kibiców. Jeżdżą z nami ciągle ci sami umundurowani funkcjonariusze, wspierani nieumundurowanymi."

Nie robiłbym czytelnikom przykrości cytowaniem szkodliwych bzdur z niszowej gazetki, gdyby gazetka - w skali kraju rzeczywiście niszowa - nie była najpopularniejszym źródłem informacji fanów warszawskiej drużyny. Młodego chłopca, jeśli ten nie uczy się kibicowania od taty, poza stadionem wychowuje często "Nasza Legia", a na stadionie - "Staruch" i jego kumple. Wpajany mu system wartości opiera się, co pobrzmiewa w wynurzeniach kibolskiego wodza, na otwartej pogardzie dla piłkarzy i ich wysiłku, oddającym tę pogardę epatowaniem słowem "grajkowie", kompletnym brakiem zainteresowania sportem.

Ta filozofia mnie nie szokuje - nasłuchałem się już od tzw. chuliganów bredni w stylu "Legia to my" - co najwyżej pusty śmiech wywołuje jej fundamentalna wewnętrzna sprzeczność. Oto ludzie gardzący zawodnikami fetują ich gole, a potem dopingują ich tak zaciekle, że zdobywają nagrody Orange Ekstraklasy za najlepsze kibicowanie. I sławią, np. niszcząc Starówkę, mistrzostwo Polski, które zostało wywalczone nie na trybunach, lecz na boisku.

Dla mnie ten wywiad nie pozostawia żadnych wątpliwości, że problem z kibicami nie sprowadza się do wyeliminowania chuligańskich bohaterów z Wilna. Za bandyckim ekstremum kryje się fałszywe rozumienie rzeczy przez przeciętnego fana, który, poddany indoktrynacji, może pewnego dnia przeistoczyć się - może wręcz przypadkiem - w stadionowego bandytę. Wiemy przecież, jak działa tłum. I jak trudno nie ulec mu zwłaszcza nastolatkowi. Dlatego zepchnąć na margines trzeba również promotorów kibolskiej wizji, którzy nie nawołują - przynajmniej otwarcie - do bijatyk, ale piłki nożnej nie lubią i nie rozumieją, także jeśli odbierają nagrody od ligowego sponsora i zyskują status autorytetów.

Choć "Naszej Legii" nie da się zamknąć, to akurat właściciel warszawskiego klubu - medialny potentat - ma wszystko, by z nią skutecznie walczyć. Jeśli TVN ściga się z TVP i Polsatem, to mała gazetka nie jest żadnym przeciwnikiem. ITI może zainwestować w konkurencyjne, efektownie wydane pismo, niechby nawet na początku rozdawane - lub sprzedawane za półdarmo - razem z biletami, i na jego łamach wychowywać. (Proponuję tytuł: "Legia to my".) Może zabronić piłkarzom, trenerom i w ogóle wszystkim pracownikom klubu udzielania wywiadów "Naszej Legii", w której króluje duch na wpół kryminalny, najlepiej wyczuwalny w kuriozalnej rubryce "Skazani na Legię".

Czas ucieka, a niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości klub czeka kolejna wojna. Na nowym stadionie "Żyleta", czyli trybuna najzagorzalszych - jak się sami reklamują - kibiców, musi zostać przeniesiona za bramkę, a na miejscach z najlepszą widocznością muszą usiąść ludzie skłonni zapłacić więcej. Tacy, którym - znów wracając do cytowanego wywiadu - obecność policji nie przeszkadza w żadnych okolicznościach, a sama policja nie widzi powodu, by ich szczególnie wnikliwie - jak to określa "Staruch" - inwigilować. Nielubiane przez bandytów wzorce angielskie musimy wprowadzać błyskawicznie, by nie skończyć jak Włosi, gdzie w burdach giną ludzie. By nie zobaczyć wkrótce powtórki z Wilna, bo kibolstwo rywalizuje ze sobą, więc ktoś może zapragnąć dorównać bohaterom z Litwy. Do myślenia powinna dać nam srogość kary UEFA (na dwa sezony wyrzuciła Legię w pucharów), przecież nie tak dawno na meczu Wisła Kraków - Arka Gdynia kibole wbiegli na boisko i pobili piłkarzy, ale PZPN nie zamknął nawet obiektu.

Dlatego warto się wręcz zastanowić, czy zakaz stadionowy nakładać wyłącznie na delikwentów przyłapanych na występkach. Jeśli knajpy selekcjonują gości, to dlaczego na stadion wpuszczać tych, którzy jeszcze mają czystą kartotekę, ale negatywnie wpływają na innych? Np. udzielając skandalicznych wywiadów?

Za kibolską mentalnością kryje się wciąż powtarzany frazes, jakoby futbol bez kibiców tracił sens. Tymczasem jest wręcz odwrotnie. Ludzie najpierw zaczęli uprawiać sport, a dopiero potem inni zaczęli się im przyglądać. Bo piłkę można kopać bez widzów, ale nie sposób kibicować bez piłkarzy. Jaki sens miałyby hasła "Legia to my" i "Chcemy sławić Legię", gdyby nie zawodnicy? Fani nie wiadomo czego zbieraliby się raz w tygodniu wokół pustego zielonego prostokąta, by sławić nie wiadomo co?

Szkoda, że kibole są aż tak beznadziejnie głupi. W przeciwnym razie być może wreszcie by pojęli, że jeśli nie potrzebują piłkarzy, to nie potrzebują także stadionu. Legię mogą sławić gdziekolwiek, choćby w lesie. Policja by się nie wtrącała, no i nie musieliby patrzeć na tych żałosnych "grajków".