Sport.pl

Rafał Stec: Wszyscy kochają Beckhama

Kochają wszyscy, ale najczulsze westchnienia płyną z ust tych, którzy do niedawna Davida nawet nie lubili. Co więcej, niechęć hałaśliwie manifestowali, upierając się, że Beckham jako piłkarz się skończył.
Prezes Realu Madryt zwymyślał gwiazdora na spotkaniu ze studentami, nazywając go przeciętnym aktorzyną, który ucieka do Hollywood, bo nikt nie chce z nim podpisać kontraktu. Dziś Ramon Calderon rozpaczliwie szuka nieistniejących słabych punktów w umowie Beckhama z Los Angeles Galaxy, by piłkarza przetrzymać w Madrycie jeszcze sezon.

Dyrektor sportowy Predrag Mijatović oznajmiał w styczniu, że Anglik latem opuści klub. Potem tłumaczył się, że jego słowa fałszywie zinterpretowano, że chciał jedynie napomknąć, że kontraktu jeszcze nie przedłużono. Dziś już w ogóle się nie tłumaczy. Woli udawać, że to nie on.

Steve McClaren natychmiast po mianowaniu go selekcjonerem reprezentacji Anglii obwieścił, że Beckhama nie potrzebuje, oczywiście posługując się dyplomatycznymi dyrdymałami o "podążaniu w innym kierunku niż poprzednicy". Nie powoływał go, drużyna grała koszmarnie. Wiosną znów okazało się, że jak trwoga, to do Beckhama. Ten wrócił i z miejsca został bohaterem.

Wreszcie Fabio Capello. Przytroczył gwiazdora do ławki rezerwowych, a kiedy notorycznie poniżany przez przełożonych zawodnik podpisał umowę z LA Galaxy, zapowiedział, że na boisko nigdy już go nie wpuści. Anglik miał jego zdaniem utracić motywację, a tym samym także zaufanie trenera. Dziś Capello, co rzadkie u szkoleniowców o jego pozycji, mówi wprost: - Myliłem się.

Nieroztropność Calderona, Mijatovicia i McClarena pojąć łatwo. Wszyscy bossowie Realu, klubu od lat tkwiącego w permanentnym stanie wyjątkowym, tracili ostatnio głowę. Teraz prezes żył pod napięciem, bo w kampanii wyborczej nabajdurzył o rzekomo nieuniknionych transferach futbolowych artystów (Kaki, Robbena, Fabregasa), a kibice tworzą chyba jedyny w świecie elektorat rzeczywiście pamiętliwy. Przeznaczeniem McClarena było natomiast wpędzenie reprezentacji Anglii w zapaść. Dziennikarze z Wysp smęcili mi już na mundialu, że kadra prowadzona przez trenera Erikssona, owszem, zanudzała, ale dopiero jego następca zanudzi na śmierć.

Tylko wpadka Capello intryguje. Taki wyga, w Romie wytresował nawet rozwierzganego Antonia Cassano, a teraz wzgardził talentem nie do przecenienia?

Niemożliwe. Piłkarskiej wartości Beckhama przeoczyć nie mógł. Raczej uległ temu, przed czym trudno się bronić nam wszystkim - kreującemu celebrities medialnemu jazgotowi, który wspierają same gwiazdy - pragnące wizerunek nieustannie wzmacniać. Capello zamierzał przecież rozpędzić ducha gwiazdorstwa, który demoralizował drużynę w erze galacticos. Zamierzał usunąć piłkarzy wcześniej nietykalnych, bo przynoszących krociowe marketingowe zyski.

Rynkową strategię Beckhama znamy doskonale. Podobać się wszystkim, od popiskujących nastolatek po ich stateczne ciocie; jeśli szokować, to tylko troszeczkę, właściwie na niby; namiętnie zmieniać uczesanie, by bulwarówki nie przeniosły uwagi na inne doniosłe wydarzenia. Dlatego Anglik miał zawsze pokaźny elektorat negatywny, wielu fanów redukowało jego klasę do pojedynczego atutu - umiejętności wykonywania rzutów wolnych, rożnych i dośrodkowywania. Niełatwo przychodziło im zaakceptować image gwiazdki boysbandu, lekko zniewieściałego efeba, który prawdopodobnie każdy ranek poświęca na manicure, a wieczorem zakłada ciuszki żony, oczywiście kiczowatej piosenkarki.

Wizerunek, który dał Beckhamowi zawrotną popularność, zupełnie nie przystaje do zestawu cech, jakie powinien posiadać bohater boiska. Piłkarz ma być zakapiorowatym, twardym chłopem, a nie wypindrzonym gogusiem. Co oczywiście nie przesądzało o niechęci trenera - dla niego podejrzany był nie styl Anglika, lecz jego wszechobecność w światku plotkarskiego szoł-biznesu. Capello potrzebował stuprocentowych profesjonalistów, w stu procentach skoncentrowanych na futbolu i stuprocentowo zdeterminowanych, by wydźwignąć klub z dołka.

Paradoks polega na tym, że Beckham taki właśnie jest. Wbrew pozorom - tworzonym przez przynależność do sfery luksusu, próżności i nieróbstwa - to zawodowiec bez skazy. Stachanowiec tyrający i na treningu, i przez 90 minut meczu, w dodatku zajadły walczak, który nigdy nie cofnie nogi (tydzień temu wytrwał na boisku mimo bólu i kontuzji). W Realu nie przewodził grupie bankietowej, zresztą już w Anglii, gdzie grupowe schlewanie się i grupowe orgie stanowi hobby połowy futbolistów, nie zdarzały mu się wybryki choćby najniewinniejsze. A atuty jego stylu gry stały się bezcenne właśnie dziś, kiedy stałe fragmenty gry, pojedyncze kopnięcia tak często decydują o wynikach. Pamiętacie ubiegłoroczny mundial? Rozstrzygały go właśnie rzuty wolne, rożne, karne. Ułamki sekund, a nie wyrafinowane, organizowane w nieskończoność ataki pozycyjne.

Beckham na wyniki reprezentacji Anglii i Realu wpływa w stopniu nieprawdopodobnym. Na ostatnich mistrzostwach świata wszystkie (!) gole dla wyspiarzy padły po akcjach zainicjowanych silnie bitą przez niego piłką. Kto wie, czy gdyby nie doznał urazu w ćwierćfinale z Portugalią, zakończonym oczywiście bezbramkowym remisem i serią rzutów karnych, nie dociągnąłby drużyny do medalu. Zaciekłą walką do końca, desperackimi zrywami sportowca nienawidzącego przegrywać ratował rodaków wielokrotnie. Choćby w 2001 roku, kiedy w ostatniej akcji ostatniego meczu eliminacji jego strzał dał kiepsko grającej Anglii awans na mundial. Tej wiosny znów ocalił reprezentację (w rywalizacji o awans do mistrzostw Europy), a Real dzięki niemu ruszył w pościg za Barceloną.

Trajektorię lotu futbolówki wprawionej w ruch przez Beckhama analizowały już najtęższe naukowe głowy, ale unikalność jego uderzeń widać gołym okiem. Anglik unieważnia oczywistą, zdawałoby się, regułę, że im mocniej chcesz kopnąć piłkę, tym trudniej ci zachować precyzję. Sprawia wrażenie, jakby zawsze chciał przyładować z najwyższego kalibru, lecz zarazem zawsze trafia, gdzie chce. Trudno uwierzyć, że jeszcze teraz, u schyłku kariery, wielu powątpiewa, czy wielkim piłkarzem był.

Był bezwzględnie. Wyspiarska prasa, rozhisteryzowana jak mało gdzie, umie przereklamować gracza ponad zdrowy rozsądek, ale akurat Beckham na harmider wokół siebie zasłużył. Jesienią Real Madryt zatęskni za futbolistą wybitnym, lubianym przez kolegów w szatni, którego niesprawiedliwie potraktowali zwierzchnicy - od prezesa po trenera - i wygnali go na przedwczesną emeryturę w Ameryce. Kraju, w którym film "Bend it like Beckham" zrobił klapę, bo ludzie nie zrozumieli tytułu.

Piłka przetrwała odejście Pelego i Maradony, przetrwa i bez angielskiego skrzydłowego, zresztą trener Alex Ferguson znów wychowuje przyszłą ikonę futbolowej popkultury - Cristiano Ronaldo. Ambiwalentny stosunek fanów i fachowców do Beckhama każe raczej postawić pytanie - przyznaję, pod względem tematu brawurowo odległe od finiszu ligi hiszpańskiej - ile futbol, świat przesycony kulturą macho, będzie w stanie znieść w przyszłości. Jak zareaguje kibic, kiedy jego idol, może nawet uchodzący za najwybitniejszego piłkarza świata, wyzna pewnego dnia, że jest gejem.