Sport.pl

Clarence Seedorf, piłkarz nieskończony

W środę na San Siro obejrzałem najlepszy indywidualny występ piłkarza w życiu (pośród wszystkich widzianych na żywo, z trybun). Seedorf nie wykonał tego wieczoru zbędnego ruchu, nie dokonał jednego błędnego wyboru, nie dotknął piłki byle jak, bez nadania temu dotknięciu szlachetności i nie zdradzając nim swej taktycznej inteligencji
Miał 16 lat i 221 dni, kiedy zagrał w Ajaksie jako najmłodszy debiutant w dziejach amsterdamskiego klubu, młodszy od wszystkich legend, od Cruyffa po van Bastena. Miał 19 lat, kiedy sięgał z nim po najcenniejsze pucharowe trofeum, wygrywając Ligę Mistrzów. Miał 22 lata, kiedy wygrał ją z Realem Madryt. Miał 27 lat, kiedy przeszedł do historii jako pierwszy futbolista, który triumfował w tych rozgrywkach w barwach trzech klubów - wówczas był już gwiazdą Milanu. Wcześniej zdążył jeszcze pograć w Interze Mediolan. Zanim na dobre wydoroślał, miał za sobą występy w czterech słynnych europejskich firmach. Ilu znacie piłkarzy z porównywalnym CV? Pośród obecnie grających bardziej imponującą karierę zawodową miał chyba tylko, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, Ronaldo, który w odyseję po Europie ruszył z Eindhoven, by przez Barcelonę, Inter oraz Real zawędrować do Milanu.

Już będąc nastolatkiem, umiał wszystko. W Ajaksie grywał na środku obrony, na skrzydłach, jako rozgrywający oraz ofensywny pomocnik ustawiany tuż za linią napadu. Wyjąwszy umiejętności bramkarskie, bardzo wcześnie nabył wszystkie kompetencje, jakich może potrzebować futbolista. Kiedy podpisał kontrakt z Milanem, zwolniono go z zajęć na siłowni, bowiem laboratorium MilanLab wykryło w jego organizmie maksymalną pożądaną ilość mięśni. Był produktem skończonym. Słowo "produkt" jest najwłaściwsze, bo mimo perfekcji brakowało mu tego genialnego błysku, który okrywa sławą boskich pomazańców w typie Kaki czy Ronaldinho. Nie dryblował po całym boisku, nie rozglądał się zachłannie, by oszukać jeszcze jednego rywala. Ale elementarną technikę opanował idealnie. Jego wizytówką stały się strzały z dystansu. Chyba dla nikogo innego do tego stopnia nie miało znaczenia, czy uderza prawą, czy lewą nogą.

Tak, Clarence Seedorf już przed kilkoma sezonami mógł czuć się wypalony. Jeśli grubo przed trzydziestką osiągniesz absolutne zawodowe spełnienie, pewnie możesz się sprężyć jeszcze wielokrotnie, ale niezbędne stają się wyzwania wyjątkowo inspirujące, bo rutynowe zadania zamieniają się w katorżniczy znój. I Seedorf wyraźnie miał wyżej uszu pielgrzymek do Ascoli czy Regginy. Nierzadko sprawiał wrażenie, jakby po boisku poruszał się niechętnie, zwalniając ataki własnej drużyny. Aż wreszcie stał się najbardziej irytującym kibiców piłkarzem Milanu. Niedawno tak im podpadł, że wygwizdywali go gromadnie, przeraźliwie, na każdym meczu.

Miał zresztą sporo na głowie. Jest właścicielem restauracji Finger's, w której notabene drużyna fetowała do białego rana (tylko grzeczny chłopiec Kaka wyszedł o drugiej) triumf nad Manchesterem. Kupił motocyklowy team Valsir Racing, założył fundację Champions for Children, by wspierać sport w biednych krajach, swego czasu miał nawet własne czasopismo. Niejeden kibic odnosił wrażenie, że piłkę wciąż kopie mimowolnie, od niechcenia, z przyzwyczajenia. Choć wciąż świetnie.

Rozpisuję się o holenderskim rozgrywającym, bowiem - jeśli mogę sobie pozwolić na osobiste wyznanie - w środę na San Siro obejrzałem najlepszy indywidualny występ piłkarza w życiu (pośród wszystkich widzianych na żywo, z trybun). Seedorf nie wykonał tego wieczoru zbędnego ruchu, nie dokonał jednego błędnego wyboru, nie dotknął piłki byle jak, bez nadania temu dotknięciu szlachetności i nie zdradzając nim swej taktycznej inteligencji. Choć nie pobił rzecz jasna wyczynów Ronaldinho czy Maradony. Pozostał dawnym Seedorfem, jego stylowi wciąż bliżej do dyskretnej elegancji niż szałowej kreacji, która całe otoczenie spycha do roli tła.

Nie mam pojęcia, co się stało, ale kilka tygodni temu Holender narodził się powtórnie. Od dawna zdawało się, że wolałby grać dziesięć arcyważnych meczów na sezon, że ligowa młócka przyprawia go o migrenę i kompletnie demobilizuje. Aż nagle zaczął olśniewać w każdym meczu, począwszy od ćwierćfinału Ligi Mistrzów w Monachium. Kipiał energią, więc trener Ancelotti wyganiał go na boisko także w Serie A, gdy dawał odsapnąć wszystkim gwiazdorom.

Teorii tłumaczących fenomen jak zwykle usłyszeliśmy mnóstwo. Jedna z nich głosi, jakoby cały sekret tworzyła osobowość trenera Milanu. Zanim podam szczegóły, trzeba przypomnieć, że Seedorf to był zawsze tak zwany piłkarz kontrowersyjny. I przez nadmierną gadatliwość, i przez chęć bycia mądrzejszym od innych.

W piłce nie widzi on hierarchii z trenerem na czele, lecz klub dyskusyjny pozwalający na bezwarunkowo swobodną wymianę poglądów, w której zwycięża pogląd najdoskonalej uargumentowany. Zirytowany Capello pytał go w Realu, czy nie zechciałby przejąć roli szkoleniowca, bowiem zdaje się do niej przygotowany znacznie lepiej niż on sam. W reprezentacji Holandii Seedorf zabierał piłkę partnerowi wyznaczonemu do wykonania rzutu karnego, by następnie skradzioną jedenastkę zmarnować. Nie zawsze zresztą dostawał powołania, bo prowokował konflikty. Założył coś w rodzaju jednoosobowego separatystycznego ruchu kadrowiczów urodzonych w Surinamie. Występował jako adwokat czarnych zawodników, których bronił przed rasizmem, nawet jeśli ci nie czuli się dyskryminowani, a już w żadnym razie nie prosili o wsparcie. Generalnie zawsze miał gadane, ktoś rzucił kiedyś, że "wypowiada się w 10 proc. jak piłkarz, w 20 proc. jak trener i w 70 proc. jak dyrektor generalny". W szkole podstawowej przeskoczył jedną klasę, w college'u szefował uczniowskiemu samorządowi, w każdej reprezentacji młodzieżowej wybierano go na kapitana.

Wracając do cudownej odmiany - Ancelotti uchodzi za trenera wyjątkowo otwartego, chętnie słuchającego rad i wyzbytego jakichkolwiek zapędów autorytarnych. Jakiś czas temu Seedorf poprosił, by mógł wreszcie dłużej pograć na swojej ulubionej pozycji - typowego ofensywnego pomocnika, a Kaka został przesunięty bliżej bramki przeciwnika. Carletto, jak nazywają łagodnego trenera Milanu, pomysł zaakceptował. Czym ucieszył również Kakę, który zaczął strzelać jeszcze więcej bramek niż kiedyś.

Teoria jak teoria, ani wszystkiego nie wyjaśnia, ani nie wolno zupełnie pozbawiać jej sensu. W każdym razie 31-letni Seedorf wspiął się na szczyt, gdy zdawało się, że niespiesznie poczłapie do końca kariery. Grając znakomicie raczej incydentalnie, nie zasługując na porównania z Kaką i Ronaldinho. Jego kariera i tak byłaby wspaniała, jeśli porównać ją np. z dorobkiem Patricka Kluiverta, który razem z nim jako nastolatek zyskiwał sławę w Ajaksie, a potem konsekwentnie gasł.

To niewiarygodne, że futbolista tej klasy nigdy nie znalazł się w czołówce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata. To jednak również bezdyskusyjne, że wciąż ma wszystko, by stracony - w pewnym sensie stracony - czas nadrobić. Po genialnym występie przeciw Manchesterowi rozpłakał się. Na oczach kibiców. Teraz już wiedzą, że na piłce mu jednak zależy.

Liczba Seedorfa

81

procent holenderskich kibiców chciało w 2000 roku, by Seedorfa już nigdy nie powoływać do reprezentacji. Potem, podczas meczów kadry, matka piłkarza wybuchała szlochem, kiedy syna wygwizdywał cały stadion. Ojciec błagał Clarence'a, by rzucił granie dla kraju. W zeszłym roku nie pojechał na mundial. Od selekcjonera Marco van Bastena powołanie dostał dopiero w grudniu - po raz pierwszy od czerwca 2004 roku.