Kiedy gasły kamery w restauracji pod Barceloną, gdzie Ronaldinho błyskał roześmianym uzębieniem dla brazylijskiego operatora komórkowego, trzeba było pędzić na zdjęcia do spotu producenta napojów Gatorade. Albo znów błysnąć - tym razem na okładce gier komputerowych Electronic Arts. Ewentualnie powdzięczyć się dla Nike, Pepsi, Lenovo bądź kogoś z opuchłej listy firm znad Amazonki, z którymi Ronaldinho wiążą dziesiątki kontraktów. Czy idol Barcelony to lubi? Czy raczej wykonuje polecenia służbowe szefów klubu? Może w głowie namącił mu brat, a zarazem jego menedżer Roberto de Assis?
Więcej tu pytań niż odpowiedzi, tak czy owak stało się, świat coraz śmielej woła, że futbolistą ponad wszystkich innych jest dziś nie Ronaldinho, lecz Cristiano Ronaldo. Legenda wyspiarskiej piłki sir Bobby Charlton stawia go już wyżej niż George'a Besta i wszędzie powtarza, że błyskotliwszego skrzydłowego Manchester Utd. nie miał nigdy. Giuseppe Bergomi, wybitny przed laty obrońca, poleciał specjalnie na stadion Old Trafford, by z bliska ponasycać wzrok finezją młodzieńca, który jego zdaniem wywołuje łomot w klatkach piersiowych defensorów, zanim do nich dobiegnie. Wreszcie koledzy z drużyny i trener składają mu hołd świadczący o szacunku bliskim wyznaniu wiary: umieszczają Cristiano Ronaldo gdzieś między Pelem i Maradoną.
Już słyszę pogardliwe prychnięcia, sam nie ufam dzisiejszej manierze zbyt łatwego szastania epitetami, poza którymi nie ma już nic, a w każdym razie nie ma nic ziemskiego. Takie czasy, marketing nie znosi rzeczy bardzo dobrych, sprzedać można już wyłącznie fantastyczne, olśniewające i oszałamiające zarazem. Akurat Ronaldo coraz częściej sprawia jednak, że przesadzać z wstrzemięźliwością nie trzeba. Do niedawna był tylko jednym z wielu rozpędzonych dryblerów o stopie tak giętkiej, jakby wieczorami cerował nią getry. Wymachiwanie butem nad piłką nie gwarantowało niczego, postrzelonych cyrkowców w typie Denilsona naoglądaliśmy się wielu, a kiedy się już naoglądaliśmy, zaczynali irytować i na tym etapie rozwoju kariery - etapie irytowania - zazwyczaj poprzestawali. Ronaldo okazał się inny, a może po prostu lepiej trafił, bo zaopiekował się nim jeden z najfajniejszych dziadków na planecie, czyli Alex Ferguson.
Portugalczyk dojrzał i mentalnie, i fizycznie, a cały proces odbywał się na naszych oczach. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu grał, jakby był ślepy. Rywali nie widział, bo ci, zahipnotyzowani jego wygibasami, przypominali usuwające się z drogi manekiny. Partnerów nie widział, bo i oni byli wrogami - domagali się podania. Oglądając go, przypominałem sobie słowa - nie bardzo je rozumiem, ale dobrze brzmią - brazylijskiego dziennikarza, który mawiał, że gdyby Denilson nie był człowiekiem, byłby piłką.
Wychowawcze pogaduszki łatwo sobie wyobrazić - sir Alex z kuflem whisky, Cristiano z pucharkiem lodów poziomkowych etc. Nieważne zresztą, jakich perswazyjnych chwytów trener używał, ważne, że podziałało - Portugalczyk stał się graczem wybitnie efektywnym, trudno wręcz wskazać mecze Manchesteru, w których nie wpłynął znacząco na wynik. 16 strzelonych goli to już rekord Premier League wśród pomocników, a przecież do końca sezonu jeszcze pięć kolejek.
Ronaldo dojrzał, ale i zmężniał. We współczesnym futbolu chucherkom przetrwać coraz trudniej, nawet chucherkom wybitnie zdolnym, o czym świadczą choćby powikłane losy Aimara i Savioli czy powolna aklimatyzacja w Europie Robinho. Ideał stanowią drągale ze stopą zręczną jak stópka primabaleriny. Ronaldo często wspomina, że w przeszłości - w lidze portugalskiej szalał już jako 17-latek - połowę meczów spędzał, leżąc na murawie. Dziś przewraca się rzadko, a kombinacja siły, wydolności i szybkości pozwala mu być pod bramką rywala wypoczętym, mimo że właśnie kończy kilkudziesięciometrowy rajd, podczas którego co rusz zmieniał tempo i zwodził obrońców balansami ciała.
W tej ostatniej konkurencji, czyli sztukach maratońsko-dryblerskich, dorównuje mu obecnie tylko jeden piłkarz - Kaka - i gdyby dziś wybierano najlepszego na świecie w roku 2007, to pewnie oni, w półfinale Ligi Mistrzów, rozstrzygnęliby między sobą tę rywalizację. Dreszcze wywołują co prawda również wyczyny Ibrahimovicia czy Daniego Alvesa, ale jeśli coś wydarza się zbyt daleko od najbardziej magicznych wieczorów Champions League, to niemal tak, jakby się nie wydarzało.
Ronaldo skończył ledwie 22 lata i na razie trudno wywróżyć, jak potoczy się jego kariera. Perypetie jego wielkiego rywala z Barcelony uświadamiają, że wybitnemu piłkarzowi nikt dziś nie pozwoli tylko kopać piłki, że megagwiazdy urabia się na jednoosobowe wehikuły reklamowe, które najchętniej uruchamiano by na pełną dobę, by pluły dolarami bez przerwy. Jeśli Ronaldinho trzeba dziś aplikować specjalny program zajęć, by doszedł do siebie, to raczej nie dlatego, że jest kruchego zdrowia. Jeśli naprawdę obsesyjnie myśli o transferze do Milanu, to zaczyna się przypominać historia Nicolasa Anelki, któremu brat menedżer zrujnował karierę.
Idol Manchesteru, choć zawrotną popularność zyskał wcześniej, dopiero wspina się na Mount Everest. Na razie nowy kontrakt, dający mu 130 tys. funtów tygodniowo, uchronił go od transferu do targanego wstrząsami Realu Madryt, w którym wciąż nikt nie zna dnia ani godziny. Kolejne niebezpieczeństwa dopiero przed nim. To prawdopodobnie on odziedziczy po Davidzie Beckhamie rangę ikony futbolowej popkultury, a zarazem dolę niewolnika nienasyconych speców od marketingu. Chłopięcy urok, który działa i na piszczące nastolatki, i na podstarzałych gejów, pozwala dotrzeć do mnóstwa grup docelowych.
"Nie lubię ludzi, którzy kopiują moje triki. Ja bym nigdy nie naśladował np. Ronaldinho. I czułbym się obrażony, gdyby on naśladował moje. W futbolu widzę sztukę, w piłkarzach - artystów. A kiedy jesteś wybitnym malarzem, nie malujesz obrazów, które inni namalowali przed tobą." Tak mówił Ronaldo tuż po transferze do Manchesteru. Na boisku łatwo mu dotrzymywać słowa i nikogo nie imitować. Czy uda się także poza boiskiem, gdzie wszyscy gwiazdorzy kręcą wciąż ten sam film?
29,5 - miliona dolarów zarobił w sezonie 2005/2006 Ronaldinho, zdaniem "Forbesa" najlepiej zarabiający piłkarz świata. Drugi w tym rankingu jest Beckham, trzeci Ronaldo - ten z Milanu, a za nimi Rooney, Ballack, Henry, Zidane, Cannavaro, Terry i Gerrard. Cristiano Ronaldo nie został sklasyfikowany.
Źródło: Gazeta Wyborcza