Anglia, ósmy cud świata

Angielski futbol staje się rajem dla piłkarzy. Nigdzie indziej piłkarz nie czuje się tak doceniony. Trzecią ligę fetują tłumy, i to gęstsze niż w polskiej pierwszej.


To chyba owemu rysowi szaleństwa w lidze angielskiej nie potrafimy się oprzeć przede wszystkim. Tydzień temu West Ham podejmował Tottenham. Ot, jedne z 30 pierwszoligowych derbów Londynu w sezonie. Argentyńczyk Carlos Tevez - bez dwóch zdań piłkarz szalony, co pokazał już w Ameryce Południowej - strzelił gola, po czym pognał, oczywiście jak szalony, w kierunku trybun. Przefrunął nad okalającą boisko reklamową bandą i zanurkował w kibicowską ciżbę, oczywiście rozszalałą. Nie wiadomo, jak ocalał, jakim cudem utrzymywał pion, wracając na boisko. Cisnął się w samo epicentrum wstrząsów.

Nim ochłonął, sędzia błysnął mu przed oczami żółtą kartką. Arbitrzy upominają nie za niekontrolowane spazmy radości, lecz fetowanie wspólne z fanami poza boiskiem. Nawet za przybicie piątki kilku bezzębnym jegomościom z pierwszego rzędu, o czym gwiazdorzy Premier League przekonują się notorycznie. Jeszcze jeden niemądry przepis, który piłkarze często ignorują. Chcąc nie chcąc. Na angielskich stadionach inaczej się nie da, tam biegasz po murawie z kibicem na karku. Tam kibic nie siedzi w klatce, ale z nosem w trawie.

Kilka dni później trzy angielskie kluby awansowały do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, a bukmacherzy wynieśli Chelsea, Manchester Utd i Liverpool na szczyt hierarchii faworytów. Nie pamiętam, by kiedykolwiek wcześniej trzy drużyny z jednego kraju typowano do triumfu w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych świata. A przecież bukmacherskie analizy muszą być ściśle racjonalne, wyprane z emocji, czułe na wagę każdego niuansu. Kiedy chodzi o kasę, szowinistyczne - lub zwyczajnie kibicowskie - zaślepienie może jedynie zaszkodzić.

Niewykluczone, że ich rachuby są mylne, sam widzę w Valencii trupę cwaniaków o kuglarsko opanowanym rzemiośle kierowanych przez trenera o szatańskim taktycznym zmyśle, których stać na przechytrzenie każdego rywala, więc i londyńskiej Chelsea. Widać już jednak - w dłuższej, obejmujących kilka sezonów, perspektywie - że Anglicy wreszcie czerpią zyski z głębokiej reformy, która z ich futbolu, swego czasu utożsamianego z prymitywizmem na boisku i krwawą jatką na trybunach, uczyniła najbardziej widowiskowy sportowy spektakl na kuli ziemskiej.

Na przełomie lat 70. i 80. wyspiarskie kluby nie miały konkurencji. Aston Villa potrafiła sięgnąć po Puchar Europy, choć we własnym kraju ligę skończyła na 11. miejscu. Potem wyspiarze wyrżnęli o dno. Zamiast trofeów liczyli trupy na stadionach Heysel, Bradford czy Hillsborough, więc reszta kontynentu wyprosiła ich z wszelkich rozgrywek.

Dziś angielski futbol staje się rajem dla piłkarzy. Z trybun wyrugowano patologie, zachowując równocześnie szczególną kulturę kibicowania, która czyni tamtejsze stadiony wyjątkowymi. Nie stadiony Manchesteru czy Liverpoolu, lecz tysiące innych, nie tak sławnych, czasem prowincjonalnych. Nigdzie indziej piłkarz nie czuje się tak doceniony. Trzecią ligę fetują tłumy, i to gęstsze (blisko 8 tys. widzów na mecz) niż w polskiej pierwszej (5 tys.). Nawet w niższych klasach wręcza się trofea, rozgrywa finały, by ludzie czuli, że uczestniczą w czymś wyjątkowym. Niezgułowatego kopacza fetuje się aplauzem, jeśli ten wypluje płuca razem z wątrobą, by dopaść zmierzającą na aut piłkę, której nie dopadłby nawet Ben Johnson spojony wszystkimi przechodzącymi właśnie fazę eksperymentów syropami na kaszel.

To znów ten rys szaleństwa. Zatracanie się i skłonność do zachowań kompletnie nieracjonalnych. W skali mikro - gonienie za piłką, która jest tak daleko, że już jej nie widać. W skali makro - niezdolność przyjęcia do wiadomości, że się poniosło klęskę, jak w finale Ligi Mistrzów, kiedy piłkarze Liverpoolu przegrywają do przerwy 0:3, a mimo to w jakimś pijanym zwidzie i opętani czerwoną masą ryczącą: "You'll never walk alone", upierają się, by jednak zwyciężyć.

Angielski futbol, jak każdy, ma problemy. Poważne. W szlagierowych starciach potęg piłkarze zbyt często zioną agresją. Trenerzy, niekiedy oblewani przez rywali zupą, potęgują złe emocje, szukając wrogów i kreując martyrologię bycia ofiarami wszechobecnych spisków. Ceny biletów rosną, zamykając bramy stadionów przed młodzieżą i kibicami mniej zamożnymi. A jednak wyspiarze zdołali stworzyć system mimo wszystko najbliższy dziś ideału - odporny na korupcję (pamiętacie ostatnią aferę łapówkarską w Anglii?), niemal wolny od rasizmu, przejrzysty finansowo, ekonomicznie racjonalny. Jeśli przypomnieć sobie inne kraje, od Hiszpanii i Włoch po Polskę i Rosję, to istna ziemia obiecana. Tak bogatej futbolowej kultury i poszanowania tradycji (jaki sens ma powtarzanie zremisowanych meczów pucharowych?) nie ma nigdzie indziej.

Koniunktura nabiera rozpędu, każdy ma jakiś powód, by przyjechać właśnie do Anglii. Amerykańscy inwestorzy uznali, że to tam można prowadzić interes zdrowy i gwarantujący zyski. Manchester to przecież nie tylko najbardziej rentowny klub, ale w czołówce w ostatniej dekadzie wręcz jedyny rentowny, niemuszący ratować bilansów kreatywną księgowością (popularną we Włoszech) lub prezentami od miejskich samorządów (Real Madryt). Roman Abramowicz - akurat jego biznesową karierę lepiej przemilczmy - wybrał Londyn (co za miasto, sześciu pierwszoligowców i sześć drużyn w pozostałych ligach zawodowych!), a nie Rzym czy Madryt, gdzie z Atletico mógłby rzucić wyzwanie Realowi, tak jak z Chelsea jął ścigać Arsenal. Gwiazdy boisk gremialnie opiewają Premier League, marząc o uczestniczeniu w najbardziej spektakularnym futbolowym show.

A może wariują wyłącznie na punkcie szmalu, może cała reszta to ściema? Niewykluczone, że wkrótce poznamy prawdę, bowiem Chelsea i Manchester chcą ustanowić dla swych gwiazd maksymalny pułap zarobków. Ani Frank Lampard, ani obwołany przez swego trenera najlepszych futbolistą globu Cristiano Ronaldo nie wynegocjują ponoć choćby pensa powyżej 100 tys. funtów tygodniowo. Oficjalnego porozumienia między potęgami nie było, ale w nieformalnych rozmowach klubowi dyrektorzy, jak donosi prasa, od dawna zżymają się na coraz pazerniejszych podwładnych, a przede wszystkim - reprezentujących ich interesy agentów, których odurzają rekordowe kontrakty na ligowe transmisje telewizyjne.

Tak czy owak mam wrażenie, że dyrektorzy zmiękliby w trakcie pogawędki przy okazji finału Ligi Mistrzów. Wyspiarze bowiem już na dobrą sprawę ustalili, że finał jest ich. Cały. Za tę pyszałkowatość, butę i poczucie, że są pępkiem piłki, niełatwo ich lubić, ale jedno wypada im oddać. Jeśli przeżyli swój finał Hiszpanie (Real Madryt - Valencia) oraz Włosi (Milan - Juventus), to zasłużyli nań także Anglicy.



Liczby ligi angielskiej

8

angielskich drużyn znalazło się w czołowej "20" najbogatszych klubów świata. Według analityków Deloitte@Touche za dwa lata będzie ich w finansowej elicie ponad 10.

50 000 000

funtów otrzyma - z tytułu praw telewizyjnych - mistrz Anglii w 2008 roku. W tym sezonie dostanie 30 mln. Najgorsza drużyna w lidze zainkasuje 27 mln. To 75 procent budżetu całej polskiej ligi.

Terminarz