Cholernie fajny dziadek

Alex Ferguson (skończył właśnie 65 lat), a daleko za nim Dalajlama (71) czy Nelson Mandela (88) - wyniki brytyjskiego sondażu na najpotężniejszego emeryta świata niełatwo przyjąć ot tak sobie, bez postawienia oczywistego w naszych czasach pytania, co za tą prowokacją się kryje.
Wszystkiemu winna byłaby zwyczajnie pycha wyspiarzy, do których wciąż nie dotarło, że kolonializm się skończył, pozostałej części planety nie zamieszkują wyłącznie ludożercy, a niektórzy z nas posługują się nawet widelcem? A może rzeczywiście cywilizacyjnie nam uciekli i jako pierwsi pojęli, że filozofia filozofią, polityka polityką, ale zagadki najdotkliwiej frapującej - kto wygra mecz? - żaden Dalajlama ani Mandela nie wyjaśnią?

Wariantów interpretacyjnych mamy mnóstwo, choć gdyby wyprosić szczerą opinię u samego trenera Fergusona, prawdopodobnie podważyłby sens dyskusji, protestując przeciw zawężeniu konkurencji do emerytów. Przecież sam niejednokrotnie tłumaczył, że jego wyjątkowość wybija się na tle całego gatunku ludzkiego, a nie jedynie egzemplarzy wysłużonych, że jeśli nawet nie jest najpotężniejszy (czasem brakuje mu funtów na transfery), to budżetowe niedobory nadrabia bezbrzeżną inteligencją, kompetencjami, nieomylnością. Ci, którzy mają inne zdanie na jakikolwiek temat, to kretyni. Tę specyficzną wizję świata - świata zachowującego się niekiedy jak ogon usiłujący merdać psem, czyli Fergusonem - najlepiej oddaje jeden z moich ulubionych cytatów ze szkockiego szkoleniowca: "Mówią, że trener Arsenalu to bystrzak, bo zna pięć języków. Powiedzcie im, że w juniorach mam chłopca z Wybrzeża Kości Słoniowej. Też mówi pięcioma językami".

Wątku megalomanii Fergusona tym razem ciągnął nie będę, bo nawet jeśli Ferguson się mylił, nawet jeśli nie pozjadał wszystkich rozumów, to ma pełne prawo czuć się wyjątkowo wśród wyjątkowych. Na emeryturę - tę faktyczną, nie formalną, wynikającą z wieku - posyłano go już półtora sezonu temu, sam zresztą robiłem z siebie głupca, rozważając, czy Manchester nie powinien go zwolnić. Ferguson kupował niewłaściwych piłkarzy, od Verona przez Klebersona po Djembę-Djembę; płacił za nich horrendalne kwoty; wdał się w procesy podważające jego uczciwość; popadał w konflikty z gwiazdami drużyny (Beckham, Stam, Keane, van Nistelrooy) i je tracił; dla Manchesteru nawet wicemistrzostwo stało się celem ledwie osiągalnym, a Fabio Capello właśnie zwierzył się, że klub oferował mu wówczas pracę.

Słowem, Ferguson zdawał się żywym trenerskim trupem. Tym bardziej że pojawili się technokraci w typie José Mourinho i Rafaela Beniteza. Młodsi, wszechstronni, wyznaczający nowe trendy, maniacko skupieni na taktyce. Przedstawiciele pokolenia traktującego prowadzenie drużyny jak naukę ścisłą, zrośnięci z laptopem i w ogóle obeznani z nowymi technologiami, dążący do kontroli nad każdym centymetrem kwadratowym trawy podczas gry, wręcz telepatycznie sterujący zawodnikami, wrogowie spontaniczności i nieprzewidywalności. Szkot sprawiał w tym towarzystwie wrażenie szacownego weterana, który owszem, przez wiele lat będzie zbierał wyróżnienia, ale honorowe, bo realnych sukcesów już nie odniesie. Odchodził jeszcze jeden stary mistrz. Przestawał rozumieć zmieniający się świat, bezradność wobec notorycznej niesubordynacji Rooneya kazała podejrzewać, że nie ma już tego wpływu na młodych, z którego słynął. Frenetyczny, oparty na żywiole entuzjastycznego ataku styl Manchesteru zdawał się archaiczny - zwłaszcza przy wystudiowanej, niedopuszczającej śladowego ryzyka grze Chelsea. Ferguson przegrywał z czasem.

Nie przegrał. Można powiedzieć - odrobił straty. Nie ma pewności, czy Manchester utrzyma w tym sezonie pozycję lidera i odbierze londyńskim rywalom mistrzostwo Anglii, zresztą gdybym miał typować, to wciąż stawiałbym raczej na Chelsea. Sprawa tytułu pozostaje jednak do pewnego stopnia bez znaczenia, Ferguson i tak odniósł kolejne, być może jedno z najcenniejszych, zwycięstwo. Przetrwał, zniósł presję, jakiej nigdy wcześniej nie został poddany, a zarazem przeobraził drużynę, nie odbierając jej cech, które czynią ją w Premier League zjawiskiem osobnym. Kilkanaście miesięcy temu zawodnicy MU byli chwilami - jeśli przypomnieć sobie ówczesne zasieki Chelsea - zupełnie bezbronni pod własną bramką, ich defensywa zionęła czarną dziurą, przez którą dałoby się pewnie przepchnąć nawet piłkę lekarską. Poprawa nastąpiła w zeszłym sezonie, a w tym "Czerwone Diabły" jęły bronić w sposób imponująco zorganizowany. W czołowych ligach europejskich tylko Olympique Lyon traci gole rzadziej.

Tak, 65-latek wciąż się rozwija i nadąża, choć dziś niełatwo nadążyć nawet trzydziestolatkom, sam nie mogę się przyzwyczaić, że "galeria" nie oznacza zbioru dzieł sztuki, lecz zatrzęsienie sklepów z butami. I chyba właśnie to sprawia, że gbur Ferguson zyskuje coraz więcej sympatii. Ten - pal sześć poprawnościowego "seniora" - starzec się nie dał, terror młodości go nie dosięgnął, a wręcz przeciwnie - żołtodziób José Mourinho (pierwszym trenerem jest niespełna siedem lat!) musi nabrać doń prawdziwego szacunku. Przecież po przyjeździe na Wyspy Portugalczyk traktował Fergusona niemal jak muzealny eksponat, choć zasłaniał się kurtuazyjnymi frazesami. Wspominał raz po raz 20 lat Szkota na Old Trafford, lecz ogłaszał, że teraz on przejmuje buławę, że teraz on stał się "Special One" - wyjątkowy.

Kiedy obrońca Rio Ferdinand podarował trenerowi iPoda, Ferguson obiecał, że będzie go używał, ale w dostarczoną w pakiecie hiphopową składankę się nie wsłuchiwał. Wie, że jeśli nawet od nowoczesności uciec nie sposób, to w żadnym razie nie trzeba tańczyć, jak ci zagrają. Taki dziadek to skarb, gdyby nie Władysław Bartoszewski, Woody Allen czy Jack Nicholson, nie miałbym wątpliwości, że sir Alex Ferguson jest wręcz najfajniejszym dziadkiem na świecie. Dziadkiem, który zdobył w futbolu wszystko, ale dopiero dziewiąte mistrzostwo - zdobyte w konkurencji mocniejszej niż kiedykolwiek, z diabelską Chelsea - byłoby najwspanialszym osiągnięciem w jego karierze.

Terminarz
  • Mistrzostwa Świata 2019