Sport.pl

Rafał Stec: Brazil

Już na lotnisku w Atenach wiedziałem, że Grecy to wariaci. Gramy z Brazylią, pokrzykuje taksówkarz, wynik nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia, nareszcie gramy z Brazylią, niech Brazylia zdemoluje naszą niezwyciężoną defensywę, niechby nawet następnego ranka miał być koniec świata, jeśli graliśmy z Brazylią, to i tak nic lepszego się nam nie trafi.
Słuchając tyrady, której odcinek drugi dopadł mnie w hotelu (recepcja gapiła się w telewizory, szła powtórka meczu Niemcy - Australia), pojąłem - jako reprezentant narodu tkwiącego w futbolowych wiekach ciemnych - że Grekom wcale nie zazdroszczę mistrzostwa Europy. Że nie zazdroszczę im abonamentu na Ligę Mistrzów. Pojąłem, że bardziej zazdroszczę im czwartkowego meczu z Brazylią. Pojąłem, czego potrzebuje polska piłka. Potrzebuje meczu z Brazylią.

Mógłbym powołać się na względy historyczne i jałowo dowodzić, iż brazylijskie wątki mają wymiar magiczny również w polskiej piłce. Przecież jak już biało-czerwoni zadebiutowali przed wojną na mundialu, to akurat legendarnym meczem z Brazylią (5:6), czy raczej legendarnym snajperskim pojedynkiem Wilimowskiego z Leonidasem (4:3) - nie mylić ze spartańskim królem, co poległ w wąwozie Termopile. Jak już po raz pierwszy zmierzyli się z aktualnym mistrzem świata, to była nim w roku 1966 Brazylia. Jak kilka dni później oglądała ich najliczniejsza w dziejach polskiej kadry publiczność, to działo się to akurat na mitycznej Maracanie, na którą weszło znacznie więcej niż 130 tys. Brazylijczyków. Jak w roku 1974 wdzierali się po raz pierwszy na podium mundialu, to zepchnęli zeń Brazylię. Jak koronę króla strzelców zakładał Grzegorz Lato, to na tron wstąpienie uświetnił golem strzelonym Brazylii. Jak reprezentacyjną karierę kończył nasz playmaker wszech czasów, futbolowy bohater tragiczny Kazimierz Deyna, to w przyjacielskiej potyczce z Brazylią. Jak wreszcie po latach tłustych polska piłka chudła w oczach, to symboliczne ostatnie tchnienie wydała - podczas meksykańskiego mundialu A.D. 1986 - ponosząc klęskę z Brazylią. Też zresztą niezapomnianą - przecież słupek i poprzeczka obijane przez Tarasiewicza i Karasia zapadły nam w pamięć mocniej niż jedyny gol wbity przez Smolarka Portugalczykom.

Mógłbym sięgnąć po argumenty historyczno-statystyczne, ale nie sięgnę, bo Grecy pouczyli mnie, że historia ma sens na Akropolu, a statystyki dobre są dla bezdusznych księgowych rachujących ogromne koszty wynikłe z organizacji igrzysk olimpijskich. Tu i teraz liczą się rzeczy mniej uchwytne, ważne jest poczucie bycia pępkiem świata, kiedy gra się z Brazylią, kiedy świat nie ma wyjścia i nawet jeśli greckim stylem gry gardzi, to patrzeć musi - musi Greków znosić, bo Grecy grają z Brazylią. Też ten przymus czułem (choć wrogiem greckiego - jak chcą niektórzy - antyfutbolu nie jestem), więc w czwartkowy wieczór z Pucharem Konfederacji usiadłem przed telebimem w ateńskim pubie. Najpierw było jak zwykle, czyli nadzwyczajnie. Brazylijczyka ma już niemal każdy szanujący się klub w Europie, ale pomieścić Ronaldinho, Kakę i Robinho w jednej drużynie to wyzwanie wyjątkowe, na takie stężenie wirtuozerii kopanej na kępę trawy stać jeszcze tylko Argentynę, oczywiście pod warunkiem że Argentyna gra z Brazylią - jak to było dziesięć dni temu - że Brazylia ją zainspiruje, że wyzwoli z Argentyny duszę Brazylijczyka zazwyczaj skrępowaną przez iście włoski pragmatyzm. Z czasem zrobiło się nietypowo, bo grecki sąsiad z lewej ani myślał siłą woli wspierać niezniszczalną grecką Defensywę, o której nie mówił inaczej niż z dumą i wielką literą. Co więcej, sąsiad z prawej również wydawał się sądzić, że zachować czyste konto byłoby profanacją, wybrykiem niczym obrażanie gospodarza podczas papieskiej audiencji - on straty gola wręcz ostentacyjnie się domagał. To były jednak ledwie przygrywki, zbaraniałem dopiero, gdy gola strzelił Adriano, a zbaraniałem nie dlatego, że gol był nie z tej ziemi. Knajpa zawrzała, wpadła w niekontrolowaną euforię, fetowała nieszczęście co najmniej tak, jak polscy kibice fetowali samobója strzelonego przez Kapsisa w Szczecinie w ostatnim sparingu Greków przed zwieńczonym złotem Euro 2004.

Tak, znów wzięła górę wyniosłość faceta z kraju, którego reprezentacja z Brazylią spotykała się regularnie. Przecież Grecy celebrowali chwilę historyczną, przecież wcześniej zaszczyt gry z Brazylią spotkał ich tylko raz, w pamiętnym roku 1974, ale wówczas wyzwaniu nie sprostali - chodzi nie o to, że w Rio de Janeiro zremisowali, ale o to, że zremisowali bezbramkowo. Adriano strzelił więc gola historycznego, pierwszego do greckiej bramki.

Kiedy grasz z Brazylią, czujesz, że (piłkarsko) istniejesz. Być może Grecy zaczęli istnieć, być może udział w Pucharze Konfederacji rozpoczął erę ich meczów z Brazylią. Nasza skończyła się siedem lat temu, a właściwie osiem, bo w roku 1999 roku widzieliśmy mecz rezerw głębszych niż Rów Mariański, niesmaczną karykaturę pojedynku z Brazylią - na turnieju w Bangkoku Tomala, Urbaniak, Jakubowski, Nosal i Chańko stanęli naprzeciwko Darcy'ego Monteiro, późniejszego piłkarza Widzewa, który - jak się okazało - nie nadawał się ani na lewą obronę, ani na lewą pomoc, ani do ataku łódzkiego klubu. W roku 1997 było z całą pompą - porażka, ale z Roberto Carlosem, Cafu, Ronaldo, Romario.

A zatem osiem lat. Dłużej na mecz z Brazylią czekaliśmy tylko przed wojną i tuż po jej zakończeniu. Jeśli drużyna trenera Janasa awansuje na mundial, będzie 12,5 proc. szans, że trafi na nią w grupie. Mało. Obyty w wielkim świecie prezesie Listkiewicz, prosimy, sprezentuj nam choćby sparing z Brazylią. Prezesie, pamiętaj o filozofii futbolu: gram z Brazylią, więc jestem.