Rafał Stec: Świat się śmieje, czyli rzecz o plebiscytach

Nie mogę tak zwyczajnie, bez mętnych wyjaśnień, napisać, że cieszyłbym się, gdyby nagrodę dla piłkarza roku według FIFA odebrał w poniedziałek Ronaldinho, choć cieszyłbym się szczerze. Primo - nie sądzę, by mu się należała. Secundo - podobne plebiscyty to zwykła lipa.
Albo spisek. Wykrył go trener Arsene Wenger zainspirowany wynikami prestiżowego plebiscytu "France Football", w którym Thierry'ego Henry'ego, uchodzącego za talizman londyńskiego klubu, wyprzedzili Szewczenko, Deco i Ronaldinho. Francuz pouczył głosujących dziennikarzy, że się nie znają, i zagroził, iż ewentualną porażkę rodaka w plebiscycie FIFA "uzna za skandal". To rzeczywiście byłyby nieprzyjemne sankcje, pewnie odetchnęli wszyscy, którzy nie głosują, ale Francuz z korepetycjami dla selekcjonerów drużyn narodowych (oni wybierają) nieco się spóźnił, bo kiedy władze podają nazwiska nominowanych (Henry, Ronaldinho, Szewczenko), rozstrzygnięcie już znają. Wenger posłużył się argumentacją statystyczną, wyliczając gole ulubieńca i obwieszczając, że rozegrał on więcej trudnych meczów niż ktokolwiek inny. Ta metoda wywołuje we mnie odruch wstrętu, bo choć liczby są obiektywne, to i tak wszystko zależy do interpretacji. Jeśli jednak Wenger chce statystyki, niech ją ma. To ona dowodzi, że nawet dla niego szukanie najlepszego gracza globu w sezonie jest misją rozpaczliwie beznadziejną.

By bowiem oceniać uczciwie i wiarygodnie, trzeba dać każdemu równe szanse, czyli oglądać, ile się da. No, może nie każdemu, ostatecznie można darować sobie boje, jakie zawodnicy Wichra Gwiździny toczą w olsztyńskiej klasie B ze Zjednoczonymi Lipinki. Wypadałoby jednak śledzić czołowe ligi europejskie (1826 meczów w Anglii, Francji, Hiszpanii, Niemczech i we Włoszech), szlagiery każdej kolejki w Portugalii, Grecji, Holandii, Belgii i Turcji (166), a nawet starcia gigantów z Czech, Rosji, Szkocji czy Ukrainy (około 20). By zamknąć sprawę klubów, uzupełnijmy jeszcze listę o Ligę Mistrzów (125, bez eliminacji) i Puchar UEFA (143, od fazy grupowej), ewentualnie południowoamerykańskie Copa Libertadores (139), bo nakłanianie do smakowania również rozgrywek afrykańskich graniczyłoby z sadyzmem. Pozostaje piłka reprezentacyjna, czyli mistrzostwa Europy (31), Ameryki Południowej (26) i, lekko licząc, 300 innych meczów 50 czołowych drużyn. By obejrzeć te 2776 spotkań, trzeba by spowolnić ruch Ziemi wokół Słońca, bo rok musiałby mieć 520 i pół dnia. Zakładając rzecz jasna, że torturowany skazaniec wpatrywałby się w serial codziennie, wliczając weekendy, przez osiem godzin (pozostaje jeszcze spanie, jedzenie, wyprowadzanie psa, terapia psychiatryczna i - dla odprężenia - mecze archiwalne), a żaden sędzia nie doliczyłby w żadnym spotkaniu ani sekundy do, jak mawiają komentatorzy, regulaminowego czasu gry (doliczony to nieregulaminowy?).

2776 gier to spora dawka, dałbym się nawet przekonać, że zbyt duża, że wystarczy śledzić to, co najważniejsze, i zaufać szperaczom z bogatych klubów, którzy nie przeoczą talentu z żadnego zakątku świata. Niestety, nie zawsze wiadomo, co najważniejsze, nikt nie zajmuje się piłkarzami Porto czy Grecji, póki nie powalą kolosów z Manchesteru czy Francji. Niestety, sławiony Szewczenko nie zagrał na Euro 2004, Ronaldinho zignorował Copa America, a Real kupuje nie tylko najlepszych, ale i najpopularniejszych, robiąc wodę z mózgu nawet ekspertom z FIFA, którzy na liście 35 nominowanych do tytułu najlepszego piłkarza świata znaleźli miejsce dla siedmiu upadłych gwiazd z Madrytu. To więcej niż z jakiegolwiek innego klubu, choć "Królewscy" przegrali wszystko, co było do przegrania, a może nawet ciut więcej. Wytrawni znawcy, nazwiska litościwie pominę, wskazali m.in. Beckhama - to tak, jakby jego żonę i przyjaciółki ze Spice Girls zaprosić na występ do La Scali. Niestety, nawet śledzenie jednego meczu dziennie i dwóch w sobotę i niedzielę to około 417 rocznie - ledwie 15 proc. spośród wymienionych 2776. Ogląd całości wykrzywiają tzw. skróty, czyli migawki pokazujące, jak padały gole. Nawet Wenger raczej nie śledzi wyczynów Villarealu, dopóki nie wpadnie nań w Lidze Mistrzów. Wszyscy zapamiętujemy udane zagrania graczy ofensywnych oraz pomyłki obrońców, tak, wyłącznie pomyłki, bezbłędnymi wślizgami nie ma gdzie się zachwycać. Pozostaje filozoficzny problem, czy wyżej ocenić defensora, który zaliczy 50 perfekcyjnych interwencji, by sprowokować utratę gola w ostatniej sekundzie, czy napastnika, który spudłuje 50 razy, by w ostatniej sekundzie zdobyć bramkę. Szybciej rozstrzygniemy prawdopodobnie dylemat, co było pierwsze - jajko czy jednak kaczka. Najlepszego wybrać się nie da i basta.

Pytania warto stawiać, bo jeśli plebiscyty są zabawą, to choć raz wypada potraktować je serio. Nawygłupiali się już trenerzy reprezentacji. A może nie, może Gafupow Saldichin z Tadżykistanu zagłosował w 2001 roku na Irańczyka Alego Daeiego, bo obejrzał te 2776 meczów i policzył wszystkie zagrania? Może Gary White z Bahamów postawił rok temu na bramkarza Blackburn Brada Friedela, bo maniacko gapił się na ligę angielską zamiast analizować taktyczne niuanse odwiecznych rywali z Antiguy i Barbudy? Czy zaufać bezstronności Mataiego Vave (głos na tajemniczego Esalę Masiego) tylko dlatego, że trenuje drużynę z Wysp Salomona? Czy Marcos Aurelio Tinoco z Kajmanów wiedział więcej, głosując na Alexandro de Souzę? A Lee Po Houng (Hongkong), wyróżniający Takamatsu Daikiego? Janusz Wójcik, na nasze szczęście reprezentujący wówczas Syrię, głosujący na Ahmeda Hassana?

A niech tam, niech ludzie się ze mnie śmieją. Ronaldinho nie należy się nagroda, czego postaram się dowieść za tydzień, ale dałbym mu ją za to, że w dobie triumfów bezdusznych machin (Grecja, Porto) szczerzy zęby po każdej akcji i nie potrafi się oprzeć zbędnym dryblingom.