Sport.pl

Rafał Stec: Fatalne zauroczenie

Gdyby ktoś zechciał przypomnieć sobie wszystkie derby Mediolanu, musiałby poświęcić na to 16 dni i nocy, nie jedząc, nie śpiąc i oczywiście - co najbardziej nieprawdopodobne - ignorując bieżące rozgrywki. 256 meczów to tradycja sięgająca futbolowej prehistorii, dlatego co rusz podkreśla się, jak wiele dzieli fanów obu klubów. I z każdym meczem jest w tym mniej prawdy.

Derbami rządzą paradoksy. Obalają one przecież obowiązującą w całym sporcie regułę, że im szersza stawka rywali, tym cenniejszy jest sukces. Mistrzostwo świata smakuje lepiej niż mistrzostwo Europy, mistrzostwo Europy - lepiej niż mistrzostwo kraju, mistrzostwo kraju - niż mistrzostwo regionu etc. Tymczasem każdy kibic Polonii powie, że najpiękniej śni mu się o triumfach nad Legią. Można to wyjaśnić w najprostszy sposób - okazywanie satysfakcji pogrążonym w żałobie sąsiadom to przyjemność wręcz zmysłowa, a poczucie piłkarskiej wyższości nad Koreańczykiem (ech, gdybyśmy mogli je mieć...) jest raczej abstrakcyjne. A można tak, jak mądrzy ludzie czynią od lat - odwołując się do socjologii i doszukując fundamentalnych opozycji typu bogaci - biedni, inteligencja - klasa robotnicza, katolik - protestant, lewica - prawica itp.

I będzie w tym sporo racji, tyle że raczej historycznej. Angielskie Everton czy Aston Villa powstały np. jako kluby katolickie, a wywodzące się z tych samych miast Liverpool i Birmingham zatrudniały tylko protestantów, lecz dzisiaj mało kto już o tych zaszłościach pamięta. Nawet w mieście tak zaciekłych antagonizmów jak Glasgow. Jeszcze kilka lat temu katolik Lorenzo Amoruso mógł co prawda podpisać kontrakt z protestanckim Rangers głównie dlatego, że jest Włochem, ale też kibice tego klubu żartują, iż mają dziś w zespole więcej katolików niż Celtic. Podziały trwają, ale słabną. Także wśród fanów. Zresztą jak tu się nienawidzić, skoro w Glasgow zawieranych jest dziś ponoć więcej małżeństw katolików z protestantami niż przedstawicieli tego samego wyznania?

Opozycje tracą sens, bo tożsamość klubów z każdym dniem się rozmywa. Swoboda transferowa zamieniła je w multinarodowościowe tygle, a migracje sprawiły, że i kibicowskie grupy tracą wyrazistą odrębność. I to niezależnie od kontynentu. River Plate to Los Millonarios mieszczący się w jednej z bogatszych dzielnic Buenos Aires, któremu tradycyjnie sprzyjała klasa wyższa. Kiedy zakładano Boca Juniors, w okolicy mieszkali głównie włoscy imigranci, którzy wybrali się na drugi koniec świata w poszukiwaniu lepszego życia. Jednak to było sto lat temu, dziś to stadion River na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie, jakby się rozpadał (choć to pozory), ostro kontrastując z nowoczesnymi obiektami odwiecznego rywala. A wokół mieszkają rodziny podzielone przywiązaniem do odmiennych futbolowych barw. Paradoksy czasem sięgają jeszcze głębiej - w Mediolanie można spotkać wielu Piemontczyków, którzy kibicują Juventusowi. A przecież kibice Milanu i Interu największą niechęć czują właśnie do klubu z Turynu...

Wyborem ukochanej drużyny coraz częściej rządzi zresztą przypadek, niezaplanowany splot okoliczności, a jeśli nawet istnieją jakieś reguły, nikt ich jeszcze nie sklasyfikował. W Buenos Aires fani River Plate zwierzali mi się z sympatii do... hiszpańskiego Rayo Vallecano. Ponoć wśród nich powszechnej. Dlaczego? Bo ubogi madrycki krewny Realu i Atletico ma jasne koszulki ze skośnym czerwonym pasem, co czyni je podobnymi do barw River. Każdy powód dobry, choć oczywiście kolor dla fana ma wymiar metafizyczny. Tajemnicę "kibicowskiej miłości od pierwszego wejrzenia" trafnie opisał Nick Hornby w "Futbolowej gorączce", którą wobec mizerii literatury piłkarskiej przywołuję i będę przywoływał w tej rubryce wielokrotnie. Oto ojciec zabiera narratora na mecz efektownie grającego Tottenhamu, by nie zniechęcić syna do futbolu, który - jak sądzi - setnie się wynudził na spotkaniu Arsenalu. Jest jednak za późno, fatalne zauroczenie już się dokonało... Oto bohater bez pamięci zakochał się w Arsenalu, czyli drużynie, dla której piłka była udręką, która wymęczyła zwycięstwo nad Stoke City dzięki rzutowi karnemu.

Nie każdy jest jednak zdolny do uczuć nieodwzajemnianych. Dlatego w czasach, gdy telewizje nie pokazują już chyba tylko play offów o awans do madagaskarskiej ligi okręgowej, coraz częściej dochodzi do zauroczeń na odległość. Pielęgnować je o tyle łatwo, że świat robi się coraz mniejszy i polski fanklub Manchesteru może regularnie organizować wypady na mecze Ligi Mistrzów, takie jak np. środowy w Stuttgarcie.

Nad Wisłą nie brakuje również zwolenników klubów mediolańskich, a ich historia doskonale ilustruje, jak niewiele znaczą dziś stereotypy czy potoczne wyobrażenia oparte na odległej przeszłości. W stolicy Lombardii (a w tym roku także całej piłkarskiej Europy) był kiedyś jeden klub. Milan Cricket and Football Club założony zresztą - jak wiele drużyn po Afrykę i Amerykę Południową - przez Brytyjczyka. Nastąpił jednak rozłam, w wyniku którego buntownicy założyli Internazionale. Przez lata był bogatszy, uchodził za klub elity, raczej prawicowej, na jego fanów wołano "śliczni chłopcy". Milan odwrotnie - przyciągał robotników (zwanych... "śrubokrętami"), często imigrantów z biednego południa, lewicę. A dziś? Silvio Berlusconi, który z lubością opowiada, jak ojciec przemycał go bez biletu na stadion, jest najbogatszym futbolowym prezesem na świecie i stoi na czele prawicowego rządu. Fani ograniczają się do wzajemnych złośliwości, ewentualnie dowcipów, bo - jak twierdzą - jeżdżą tym samym metrem i zasiadają do kolacji przy tym samym stole. Nie różni ich właściwie nic. Poza jednym drobiazgiem. Serce milanisty bije w rytmie czerwono-czarnym, a interisty - czarno-niebieskim.