Sport.pl

Rafał Stec: Na zachodzie bez zmian

Po miesiącach awantur, permanentnej frustracji i zgiełku wzajemnie wykluczających się plotek Rivaldo, czyli były piłkarz roku na świecie i aktualny mistrz świata, wreszcie miał dobry dzień. Wyleciał z Milanu.
Jeśli trzymać się wersji oficjalnej, nie wyleciał, lecz odszedł. Wierzyć jednak trudno, skoro na godziny przed rozwiązaniem kontraktu Brazylijczyk zwierzał się z rozejmu z trenerem Ancelottim, który jakoby natchnął go ufnością w lepsze jutro i przekonał do wypełnienia kontraktu na San Siro do połowy 2005 roku. Tak czy owak fanfary Rivaldo nie żegnały, podejrzewam raczej, że wbrew słodkim słówkom działaczy rozstanie przebiegało w grobowej ciszy przerywanej niezbędnymi formalnościami, ale i tak wszystkim zainteresowanym wyjdzie na zdrowie (kompletnie nieprzydatnemu graczowi klub płacił 6,8 mln dol. rocznie). "Spotykałem rankiem trenera i natychmiast wiedziałem, jaka jest moja sytuacja. Jeśli powiedział dzień dobry, mogłem marzyć, że zagram. Jeśli milczał, wiedziałem, że siedzę na ławce. A czasem nie odzywał się przez cały tydzień" - kiedy jakikolwiek piłkarz publicznie wygaduje, że jego pozycja zależała tylko od humoru szkoleniowca, los jednej ze stron jest przesądzony. W tym wypadku sytuacja była o tyle jasna, że drugi wariant nie wchodził w rachubę. Ancelotti przywrócił przecież Milanowi tron europejskiej piłki, stając się pierwszym zdobywcą najcenniejszego klubowego trofeum, który sięgnął po nie jako piłkarz i trener z tym samym zespołem. Nota bene Puchar Mistrzów sprawił, że rok w Mediolanie paradoksalnie nie był dla Rivaldo zupełnie stracony, bowiem skompletował najważniejsze futbolowe trofea.

To jednak marna pociecha, bo Brazylijczyk - nawet jeśli docierały do niego wieści o problemach gwiazd ligi hiszpańskiej z aklimatyzacją we Włoszech - głęboko wierzył, że jego kariery żadne przesądy nie załamią. Chciał podbić Italię i należał do tych, którzy przed rokiem najśmielej obiecywali epokowe triumfy. Rzeczywistość okazała się bolesna. To niewiarygodne, ale w tym sezonie dłużej od niego na boisku przebywało ponad 20 piłkarzy Milanu! A czy ktoś przypuszczał, że o jego losie przesądzi 20-latek Kaka, rodak kupiony raczej jako inwestycja na odległą przyszłość?

Rivaldo dołączył zatem do długiego jak historia futbolu korowodu piłkarzy wybitnych, którzy ponieśli druzgocącą klęskę, bowiem nie wystarczyło im być prorokami w jednym kraju. W tłumie jego poprzedników ostatnio najgłośniej było o Gaizce Mendiecie opuszczającym Valencię jako czołowy prawy pomocnik na świecie, a wracającym do Hiszpanii jako syn marnotrawny, do dziś niepotrafiący się odnaleźć. Bask i tak nie upadł najniżej, bo kto poza Katalończykami i kibicami z Kataru wie dziś, gdzie podziewa się barceloński eksdyrygent Josep Guardiola?

Temat trudności aklimatyzacyjnych zamyka się w kilku podstawowych regułach, które na jednym oddechu wyrecytuje każdy wytrącony ze snu kibic - Włosi lub gracze przywykli do boisk Półwyspu Apenińskiego nie powinni opuszczać Serie A, Hiszpanie - Primera Division, Anglicy - Premier League. Tę wyliczankę można ciągnąć, jest też np. grupa piłkarzy z Afryki lub byłych francuskich posiadłości kolonialnych niesprawdzających się nigdzie poza Francją - vide męki wiecznie poturbowanego El Hadji Dioufa z Liverpoolu.

Od tych reguł są rzecz jasna wyjątki. Przestrogi Gary'ego Linekera - wyliczającego Anglików wracających na tarczy po nieudanych próbach podbicia kontynentu - nie przeszkodziły Beckhamowi w fenomenalnym starcie w Realu. A przecież przeprowadzka z Manchesteru, czyli nowocześniejszej wersji naszej Łodzi, do Madrytu to prawdziwy kulturowy szok, w dodatku sami Wyspiarze śmiali się, że ich idol kiepsko włada nawet angielskim i żadnego innego języka nie opanuje. Ktoś mógłby przywołać też Zidane'a, ale czy jego talent nie rozkwitł w Hiszpanii m.in. dlatego, że Francuz w koszulce Juventusu kojarzy nam się głównie z czerwonymi kartkami w Champions League?

O przyczynach smutnych skutków przeprowadzek napisano już tomy, wskazując zresztą nie tylko na czynniki sportowe. Przecież Zidane wielokrotnie wspominał, że przemysłowy Turyn nie jest dla niego wymarzonym miejscem na ziemi, a Diego Forlan - wciąż niepotrafiący przebić się do składu Manchesteru - psioczył na gastronomiczne obyczaje Brytyjczyków, nie mógł zrozumieć, dlaczego ruch na tamtejszych ulicach zamiera o tej porze, o której latynoskie miasta zaczynają tętnić życiem itp.

Te argumenty przekonywać nie muszą, nie szukajmy więc przyczyn, lecz wyciągajmy wnioski. Wiemy już, dlaczego pełna swoboda transferowa nie zatarła różnic między najsilniejszymi ligami, jak angielska, włoska czy hiszpańska, dlaczego nie powstał jednolity styl - nazwijmy go po prostu "europejskim". Po prostu nawet najwybitniejsi piłkarze nie są dość mocni, by naruszyć to, co przez dziesiątki lat utrwalała tradycja. Szkoleniowa, lecz także kibicowska, bo lata przemijają, a gusta fanów nie. Wyspiarze najgłośniej oklaskują twardzieli i wypluwających płuca maratończyków, Włochów interesuje efekt, czyli wynik, Latynosi upatrują w piłkarzach artystów i łakną przeżyć magicznych. Dyskusje o wyższości futbolu włoskiego nad hiszpańskim (lub odwrotnie) będą trwały wiecznie.

Muszą trwać, bowiem gwiazdy nie odmieniają futbolu w krajach, do których przybywają. To one muszą się przystosować. Jeśli nie zdołają, kończą jak Rivaldo. Rivaldo, który znalazł się w sytuacji krytycznej. Do Barcelony nie wróci, bo tam panuje już Ronaldinho, a za rok jego strażą przyboczną może dowodzić wypożyczony do Villarealu Juan Roman Riquelme (też zgasł w Barcy, bo rygory van Gaala odebrały mu boiskową wolność). Do Kataru Rivaldo nie chce, bo to poniżej jego godności. Marzy o Anglii. Nie wie, że wyspiarska plucha służy brazylijskim piłkarzom mniej więcej tak jak latynoski sikacz miłośnikom Guinnessa?