Sport.pl

Rafał Stec: Jak zdobywano Daleki Wschód

Po tym, jak madrycką konstelację gwiazd wzbogacił kolejny galactico, czyli David Beckham, Real musi zadbać przede wszystkim o to, by nie oderwać się od ziemi. O futbolowe trofea wciąż walczy się na naszej planecie, a czy może twardo stać na nogach ktoś, kto widuje u fanek małe sanktuaria ze swoją podobizną?
Beckhamowi zdarzało się to na azjatyckim tournée Realu nagminnie, ale nie w tym rzecz. Nie chodzi nawet o to, że w drodze po mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Europy trzeba zająć się sprawami tak przyziemnymi jak wygrywanie z Murcią czy Panathinaikosem, co futbolowa arystokracja, zrodzona przecież do wyższych celów zawsze czyni z ociąganiem. Gorzej, że piłkarze "Królewskich" żyją w rzeczywistości iście baśniowej, że w najróżniejszych zakątkach globu witają ich z czołobitnością i rozmachem, jakich skąpi się głowom państw, że ich popularność przebiła już chyba beatlemanię, do której tak chętnie porównuje się beckhammanię. Madrycka świta pewnie się już uodporniła, ale każda odporność ma swoje granice, a siła oddziaływania gwiazd nakłada na nie mnóstwo obowiązków niekoniecznie poprawiających formę sportową. Natłok tychże musiał przybrać rozmiary więcej niż niepokojące, jeśli publicznie skrytykował je nawet Zinedine Zidane, profesjonalista w każdym calu, który z zimną krwią znosił zawieruchę, jaką wywołał dwa lata temu, lądując w Madrycie. Po wyczerpującej trzytygodniowej wyprawie do Azji Francuz narzekał na niemożność odbycia normalnego treningu, tkwiący w korkach autobus, a Ivan Helguera - że ani razu porządnie się nie wyspał. Podobnymi refleksjami dzielili się ich partnerzy ("To było bez sensu, wolelibyśmy ćwiczyć w jakimś cichym zakątku Hiszpanii") z wyjątkiem niezmordowanego Beckhama, który wcześniej zaliczył jeszcze reklamowy tour po USA zakończony zresztą marketingową klapą. I trudno im się dziwić - przemierzyli przeszło 30 tysięcy kilometrów (niemal tyle wynosi obwód Ziemi wzdłuż równika) tylko po to, by rozegrać cztery kompletnie bezsensowne sparingi z bardzo słabymi rywalami. Wystawieni na pokaz niczym misie panda nie mogli ani przygotowywać się do nadchodzącego sezonu, ani mentalnie odpocząć po minionym. W oblężonych hotelach czuli się jak w luksusowych więzieniach, co każe nieco inaczej spojrzeć na zarzuty o arogancję po tym, jak odwoływali otwarte dla publiczności treningi czy też przedwcześnie opuścili obiad z chińskimi oficjelami.

Słowem Real zamienił się w objazdowy cyrk, z tą różnicą, że nie odwiedzał prowincjonalnych miasteczek, lecz wielomilionowe molochy, które nigdy nie zasypiają. Nie zasypiali też piłkarze (co wytrzymalszych widywano w ekskluzywnych nocnych klubach) i to w momencie, gdy prezes Florentino Perez po raz pierwszy mówi wprost, że liczy na potrójną koronę - krajowy puchar i mistrzostwo oraz Puchar Europy. Czy podbijanie rynków zniweczy plany podbicia boisk? Całkowicie raczej nie, ale jeśli np. Real przegra finał Ligi Mistrzów, pozostanie wątpliwość, czy o porażce nie przesądził błąd w przygotowaniach. Co zresztą nie uchroni piłkarzy przed wojażami następnego lata. Jeśli Beckham, Figo, Zidane, Raul, Ronaldo kosztują "Królewskich" ponad 30 mln euro rocznie (same kontrakty), nie wystarczy, by celnie kopali w piłkę. Są inwestycjami, które muszą się zwrócić, by można było utrzymać ich w jednym klubie. Nie trzeba czekać na spełnienie przepowiedni ekonomistów o przesunięciu się finansowo-cywilizacyjnego centrum świata na Daleki Wschód, by widzieć, że europejski futbol staje się w coraz bardziej zależny od azjatyckich rynków. Już teraz ocenia się, że tegoroczną Champions League obejrzy więcej Azjatów niż Europejczyków. Na razie latanie tam jest kwestią wyboru, do niedawna świadczącą nawet o wizjonerstwie prezesów (dziś latają już wszyscy), wkrótce jednak może zacząć decydować o przetrwaniu. A zobowiązania piłkarzy, którzy chcą robić wielkie kariery i pieniądze, staną się bardziej skomplikowane niż trenowanie i granie. Co notabene powinno dać do myślenia śniącemu o wielkiej piłce Kamilowi Kosowskiemu, który - jak stwierdził w wywiadzie dla "Gazety" - nie ma nawet ochoty nauczyć się niemieckiego.

Z drugiej strony biznes biznesem, jednak umiejętność pozyskiwania sympatii tłumów nigdy nie zastąpi umiejętności gry w piłkę. Inauguracja sezonu w Hiszpanii pokazała, że niezależnie od otaczającej go popkulturowej szmiry Beckham to piłkarz wybitny i nie mają racji ci, którzy widzą w nim produkt jak z McDonald'sa - niesmaczny, ale świetnie się sprzedający. Absurdalny jest nie tylko zarzut, że "potrafi tylko celnie podawać i strzelać" (w końcu czego więcej trzeba?), bo na boisku Anglik w niczym nie przypomina rozpieszczonego gwiazdora. Ten paradoks może uczynić deficyt graczy defensywnych w Realu problemem nieistotnym - jeśli największym pracusiem na Santiago Bernabeu zostanie piłkarz, na którego w innym miejscu świata harowałaby pewnie cała drużyna.



Wszystkiemu winny Beckham

Anglik każdego dnia dba, by mówiło się nie tylko o jego golach. Właśnie wyjawił, że w ub.r. chciał rzucić futbol z powodu narodzin synka, rozwodu rodziców i faktu, że "przestało go bawić codzienne chodzenie do pracy". Pomysł z głowy wybiła mu żona. "News of the World" opublikował natomiast fragmenty najnowszej autobiografii piłkarza, w której zdradza on, kiedy postanowił odejść z Manchesteru. Stało się to, gdy zobaczył w telewizji reakcję Fergusona na jego niecelny strzał z rzutu wolnego podczas meczu LM z Realem. "Wyraz twarzy, jaki miał kilka sekund po strzale, sprawił, że poczułem się, jakbym dostał drzwiami w twarz. Zobaczyłem całą jego wściekłość, frustrację i przekonanie, że wszystkiemu winny jest Beckham" - opowiada piłkarz.



Liczba tygodnia

158 - tyle milionów dolarów przeznaczył (jeśli dojdzie do transferu Claude'a Makelele) na piłkarzy nowy właściciel Chelsea Roman Abramowicz i dopiero teraz jest pewne, że pobił rekord. Wcześniej pewności nie było, bo kilka lat temu ponad 100 mln jednego lata wydawały mediolański Inter i rzymskie Lazio.