Sport.pl

Superclásico, czyli najkrwawsza domowa wojna futbolowa świata. Stec o meczach River Plate z Boca Juniors

Argentyna wychowała aż trzech kandydatów na gracza wszech czasów - Di Stéfano, Maradonę i Messiego, obok nich truchtają tysiące magików wyczarowujących futbol wyrafinowany, technicznie bez skazy, urzekająco fantazyjny. Czyż to nie przygnębiający paradoks, że otaczają ich tłumy ziejące nienawiścią?
Jeśli sądzicie, że El Clásico wywołuje zbyt wiele negatywnych emocji - wy, którzy zaciekle okładacie się na chwałę Barcy lub Realu również na polskich forach internetowych - to wiedzcie, że wasze starcia przypominają podrygi przedszkolaków obrzucających się poduszkami. Jeśli przeszkadza wam zalana wulgaryzmami nienawiść do przeciwnika z naszych trybun kibolskich, to dwa razy się zastanówcie, zanim ruszycie do Buenos Aires, by przeżyć Superclásico. A przeżyć je ponoć trzeba, inaczej nie ma sensu umierać.

W sezonie 2011/12 po raz pierwszy się nie odbyło, bowiem wcześniej River Plate również po raz pierwszy spadło z ligi. To nie była klęska, lecz tragedia, dla lepszego zrozumienia wyobraźcie sobie zdegradowaną Barcelonę lub Real, a dla wrażeń wizualnych poszukajcie filmów z radosnych uroczystości pogrzebowych urządzanych przez fanów Boca Juniors, którzy szli w kondukcie przez miasto, by trybuny wystroić w niezliczone atrybuty cmentarne - czarne transparenty, znicze, wieńce - a następnie wyśpiewywać ekstatyczne kondolencje.

Ale w październiku 2012 r. najbardziej ogniste derby świata znów się odbyły. I znów nie przyniosły zysków. Ulice patrolowało 1,1 tys. dodatkowych policjantów, piłkarzy od rozjuszonej ciżby oddzielali mundurowi uzbrojeni w tarcze, na trybunach jeden ochroniarz przypadał na trzech kibiców. To kosztuje.

Atmosfera wojny domowej

Odwiedziłem oba najważniejsze stadiony argentyńskie, ale atmosferę wojen najkrwawszych, czyli domowych, poczułem tylko na derbach Santa Fe. Jechałem na nie z uzbrojoną eskortą, miasto sparaliżował stan wyjątkowy, murawę z obu dłuższych boków oddzielała od trybun fosa, za bramkami dostęp do boiska miał uniemożliwiać wysoki na dziesięć metrów parkan zwieńczony kłębami drutu kolczastego. I ten jednak był niestraszny śmiałkom, którzy wspinaczkę rozpoczęli tuż po rozpoczęciu meczu. Gdy najwytrwalsi docierali do szczytu, arbiter przerwał grę, bo kibice ryzykowali śmiertelnie, upadkiem na beton - wyściełany tylko papierami, które porywisty wiatr zatrzymał, gdy frunęły w kierunku murawy. Policjanci przyglądali się wspinającym obojętnie, do powrotu na trybuny namówili ich dopiero piłkarze.



Widziałem tam mnóstwo niepełnosprawnych, większość siedziała w wózkach przy murku odgradzającym widownię od fosy. Czy raczej - miotała się w totalnym delirium. Przy każdym groźniejszym ataku, agresywniejszym faulu lub kontrowersyjnej (znaczy każdej) decyzji sędziowskiej wraz z całym stadionem wpadali w taki szał, że wielu zsuwało się na ziemię. Siedzący w najniższych rzędach podbiegali, wciągali ich z powrotem na wózki, wracali na swoje miejsca. Mijało kilka minut, inwalidzi znów wchodzili w niekontrolowany ruch wirowy, znów lądowali na podłodze, znów podnosili ich sąsiedzi etc. I tak po ostatni gwizdek. Obłęd.

W pamięci najmocniej utkwiła mi siedząca obok młoda matka. Uczucia kibicowskie toczyły w niej wewnętrzną walkę z macierzyńskimi, kobieta zerkała na oszołomioną hałasem i zziębniętą kilkuletnią córkę, po czym efektowny przerzut piłkarza przykuwał jej uwagę do boiska. Chciała poprawić dziecku kaptur i pewnie zrobiłaby to natychmiast, gdyby nie udany drybling prawoskrzydłowego. Gra pochłaniała ją do granic przytomności, to wówczas pierwszy raz pomyślałem, że futbolowy bzik może osiągnąć stadium ciężkiej choroby. A po meczu zrozumiałem, dlaczego stadion jeszcze nie spłonął - plastikowe krzesełka zastępowały odlane w betonie boksy. I ulżyło mi się, że nie dostałem w głowę kubkiem wypełnionym moczem, pociskiem bardzo tam popularnym.

Przemoc była, jest i będzie

"No mas violencia, un mensaje de dios", czyli "precz z przemocą, to wiadomość od Boga". Z głośników płyną apele nie tyle błagalne, ile wypuszczane z przyzwyczajenia, niesłyszalne ani na trybunach, ani w lożach VIP. Przemoc była, jest i będzie integralną częścią argentyńskiej kultury futbolowej, bandytów trwałe więzy łączą z piłkarzami, trenerami, działaczami, nawet ustosunkowanymi politykami. Otrzymują darmowe bilety (którymi handlują na czarnym rynku) i darmowe członkostwo w klubie, za darmo podróżują na wyjazdy i ćwiczą w klubowych siłowniach, a odwdzięczają się pomocą w wyborach na prezesa klubu, brutalnymi negocjacjami z graczami niechętnymi przedłużeniu kontraktu, dyscyplinowaniem piłkarzy (w zeszłym roku pobili na treningu obrońcę San Lorenzo, który ośmielił się strzelić w lidze samobója). Pistoletów, noży czy pirotechniki chuligani nie muszą na stadion nawet przemycać, nikt nie odważy się ich obmacywać. Czasem ostrzegawczo brzmią już urokliwe transparenty - drużynie Estudiantes La Plata sprzyjają np. "Los Pincharratas", czyli "Szczurzy Nożownicy", spadkobiercy bezrobotnych kibiców sprzed stu lat, którzy dla zabicia nudy zabijali w okolicznych parkach gryzonie.

Na argentyńskich trybunach panują regularni kryminaliści. Powszechnie znani, bywają wręcz celebrytami - kiedy herszt związany z Boca Juniors wyszedł w minionym roku z więzienia po pięcioletnim wyroku, w długim wywiadzie telewizyjnym opowiadał, jak podle potraktował go wymiar sprawiedliwości. Choć ligowi prezesi narzekają na biedę wymuszającą eksport talentów już w wieku szczenięcym, to oddają bandytom zyski z przystadionowych parkingów, sprzedaży piwa oraz hamburgerów, handlu koszulkami i innymi gadżetami w barwach klubu. Szefowie bojówek znanych jako barra bravas wokółfutbolową aktywność wykorzystują do prania brudnych pieniędzy, a w skrajnych przypadkach pobierają haracze od sum transferowych oraz pensji graczy. To oni kontrolują argentyńską piłkę, gdzieniegdzie przejmują nawet 30 proc. przychodów z eksportu gwiazd.

W slumsach futbol bywa jedyną nadzieją na lepsze życie. Komu nie wystarcza talentu, by realizować się na boisku, realizuje się obok. Jako żołnierz gangu czuje się silny, przyzwoicie zarabia, na trybunach otacza go szacunek. Walczyć z nim trudno - kiedy szefowie Velezu Sarsfield, przy tamtejszych standardach zarządzanego niemal modelowo, donieśli policji, że w ich klubowej kafejce są rozprowadzane narkotyki, policja, owszem, interweniowała, ale po to, by wyrwać udział w zyskach.

Setki ofiar piłkarskich wojen

Tamtejsza piłka obdarowuje nas wirtuozami na masową skalę, tylko Argentyna wychowała aż trzech kandydatów na gracza wszech czasów - Di Stéfano, Maradonę i Messiego, obok nich truchtały i truchtają setki albo wręcz tysiące drobnych, nisko trzymających się na nogach magików wyczarowujących futbol wyrafinowany, technicznie bez skazy, urzekająco fantazyjny. Czyż to nie przygnębiający paradoks, że otaczają ich tłumy ziejące żrącą nienawiścią? Że akurat ów subtelny impresjonizm boisk otacza wściekle zwyrodniały ekspresjonizm trybun? Jesienią 2012 r. fanatycy River Plate maszerowali po ulicach stolicy przykryci największą na świecie, długą na niemal osiem kilometrów flagą, deklarując szaleńczą miłość do klubu, ale na stadionie kilkukrotnie prowokowali przerwanie meczu - rasistowskimi rykami wymierzonymi we wrogów z Boca Juniors utożsamianych z pogardzanymi tam tzw. Boliwijczykami i Paragwajczykami.

Do wyrw w grze Argentyna przywykła, wymuszają je też nadaktywni chuligani, którzy forsują płoty i wdzierają się na murawę, by własnoręcznie wyjaśnić zawodnikom, co sądzą o ich postawie. Między stadionami jest jeszcze bardziej barbarzyńsko, według rachub witryny Salvemos al Futbol piłkarskie wojny pochłonęły do jesieni 2012 r. 271 ofiar śmiertelnych. Argentyńczycy mają futbol we krwi w każdym możliwym sensie.

Przed Superclásico z 2012 r. sędzia zawiesił mecz rezerw Qilmes z Unionem Santa Fe, gdy uzbrojeni bandyci zaczęli strzelać w powietrze, po czym wnieśli na boisko trumnę z ciałem syna José Marii Fernandeza, herszta tamtejszych barra bravas. Zginął w ulicznej kraksie, uciekał przed policją po rabunku.

Relacja na żywo z Superclasico z 2012 r.

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji, Grecji i Argentyny.

W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.


Od połowy marca biografia Tony'ego Halika dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl a także w formie ebooka w Publio.pl



Więcej o:
Komentarze (26)
Superclásico, czyli najkrwawsza domowa wojna futbolowa świata. Stec o meczach River Plate z Boca Juniors
Zaloguj się
  • hellbert

    Oceniono 52 razy 36

    Dwa kluby, dwie religia, dwie ideologie. Ludzie chcą zabijać i nienawidzić. I nic tego nie zmieni. Każdy pretekst jest dobry, żeby wyrazić miłość do jednego i nienawiść do drugiego. Tylko idioci winią religię za sianie nienawiści. Nie będzie religii? To będzie coś innego. Choćby klub piłkarski, "ochrona środowiska", chwała dzielnicy/wsi. Cokolwiek. Bo ludzie tak chcą. Bo taka jest ich WOLA!

  • juventusiak87

    Oceniono 36 razy 18

    Na mecz idzie się oglądać spotkanie a nie napie...ć się po łbach aż ktoś straci puls i umrze.

  • juhang

    Oceniono 20 razy 16

    To jest odpowiednia liga dla nożowników z Krakowa po obu stron Błoni.

  • mimorak

    Oceniono 38 razy 12

    -Są łańcuchy do Hondy?
    -Nie ma.
    -A do Jawy?
    -Są.Zapakować?
    -Nie trzeba,i tak idę na mecz.

  • dfgfdg

    Oceniono 35 razy 9

    " tylko Argentyna wychowała aż trzech kandydatów na gracza wszech czasów"

    Co to znaczy TYLKO Argentyna? Brazyliczycy mają ich chyba więcej... to co z brzegu wpada mi do głowy: Pele, Garrincha, Ronaldo, Ronaldinho, Kaka, Romario, Zico, Roberto Carlos, Socrates...

  • musiallive

    Oceniono 17 razy 9

    To jest przykre i daje do myślenia. Trudno jednak żywić nadzieje co to tego, że stosunki między argentyńskimi kibicami tych klubów ulegną polepszeniu. Od małego uczy się tam miłości i oddania dla własnego klubu, a złości i nienawiści do rywala.

  • pirat920303

    Oceniono 7 razy 5

    do dfgfdg: Ronaldinho czy Kaka piłkarzami wszech czasów?? Smieszny jesteś. Pilkarzami wybitnymi są ale na pewno nie wszech czasow.

  • nf123

    Oceniono 23 razy 5

    bydło

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX