Po przerwie Guardiola wygonił jeszcze na boisko Muniesę (19), Riverolę (20), Deulofeu (17).
Ta nieprzyzwoicie młodziutka, wyładowana żółtodziobami
Barcelona odniosła najwyższe tego wieczoru zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Wygrała 4:0, przy piłce utrzymywała się przez 70 proc. czasu gry, oddała dziewięć celnych strzałów, rywalom nie pozwoliła oddać żadnego (celnego), sfaulowała ledwie sześciokrotnie.
Rozbiła piłkarzy BATE Borysów, którzy w klubowej elicie wcale nie debiutują. W kwalifikacjach pokonali Sturm Graz, przed kilkoma tygodniami zremisowali z Milanem, w minionych latach podbierali punkty Juventusowi, Paris Saint Germain, Zenitowi St.
Petersburg, Dynamu Kijów, AZ Alkmaar, Maritimo, AEK
Ateny, Evertonowi. Czterema golami nie przegrali z żadną inną drużyną.
Rozebrała ich do rosołu drużyna, która w polu wystawiła piłkarzy o przeciętnej wieku 20,77. Wśród nich było 12 wychowanków. W większości wychowanków w sensie ścisłym, edukowanych w La Masii od czasów szczenięcych - to nie jest kalka modelu znanego z Arsenalu, który importuje chłopców o ustalonej już renomie w rozgrywkach juniorskich.
Znów wypada zapytać: czyżby w okolicach Camp Nou rzeczywiście odkryli kamień filozoficzny futbolu?
W każdym razie polscy rodzice, którzy powariowali, wykosztowują się i pasjami wciskają swoje latorośle do barcelońskiej szkółki w Warszawie, pewnie po takich wieczorach świrują jeszcze bardziej. A do mnie dociera, dlaczego Guardiola nie parł do ustanawiania rekordu LM i nie wystawił 11+3 wychowanków. On pewnie sądzi, że rekord padnie nieuchronnie - pewnego dnia Barca ustanowi go nie dlatego, że trener tak sobie akurat pokaprysił, ale dlatego, że wystawił tych, którzy najbardziej na grę zasługiwali.
Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca