O wyższości Giggsa nad Messim

Ryan Giggs

Ryan Giggs (Fot. DARREN STAPLES REUTERS)

Sporządzanie biografii dwudziestokilkuletniego (!) piłkarza to pomysł z naturalnych względów karkołomny, nawet jeśli bohater nazywa się Leo Messi, wpędza w ekstazę miliony ludzi ze wszystkich kontynentów, aspiruje do tytułu asa wszech czasów. Żeby orgię mierzonych sekundami dryblingów i jeszcze ulotniejszych, wyczarowywanych w mgnieniu oka cud-zagrań przelać w znośną wielostronicową literaturę, trzeba by Prousta, a życiowa aktywność argentyńskiego megagwiazdora sprowadza się niemal wyłącznie do zabaw z piłką, przedzielanych tylko chwilami relaksu domowego, czyli zabaw z Playstation. Czytelnik wydanej właśnie w Polsce książki Luki Caiolego doświadcza niesłychanego - boiskowe figury Messiego, zazwyczaj wprowadzające w uniesienie, tym razem wprowadzają w odrętwiające znużenie.
Dziełku paradoksalnie szkodzi popularność bożyszcza tłumów, bo nieliczne niezwyczajne epizody z jego życia - jak wyciskająca łzy historia terapii hormonalnej, dzięki której zdołał odrosnąć od ziemi przynajmniej na 169 cm - zostały już detalicznie zrelacjonowane we wszystkich gazetach świata. Szkodzi też ambicja autora, najwyraźniej zdeterminowanego, by podpisać grube tomisko - wobec niedoboru fabularnych atrakcji rozdzialiki narracyjne przeplata wywiadami z piłkarzami, trenerami, dziennikarzami i krewnymi Messiego, czyli jednobrzmiącymi, beztreściowymi panegirykami na jego cześć.

"Fenomenalny", "niezwykły", "niesamowity", "wyjątkowy", "rewelacyjny", "z innej planety", "z innej galaktyki" - to o sportowej klasie Argentyńczyka; "skromny", "cichy", "nieśmiały", "pokorny" - a to o charakterze. I tak w kółko na połowie z przez przeszło 300 stron, na których nie wystarczyło za to papieru na kwestie rzeczywiście intrygujące, np. na próbę fachowej odpowiedzi na pytanie, jak z gracza kruchego, co rusz kładzionego kontuzjami, Barcelona przemieniła Messiego w niezniszczalnego terminatora. Gardzącego odpoczynkiem, wyrywającego się na murawę także w mniej znaczących meczach, z trudem mitygowanego przez usiłującego rozsądnie gospodarować jego energią trenera Josepa Guardiolę.

Najlepszy piłkarz świata przeżył niewiele, 38-letni, ustanawiający rekordy długowieczności Ryan Giggs, osobiście doświadczył kilku futbolowych epok, dlatego jako bohater innej rzuconej właśnie do naszych księgarń biografii sprawdza się wszędzie tam, gdzie nie sprawdza się bezbarwny Messi. Nawet jeśli opowieść bohatera Manchesteru United została niezdarnie skonstruowana - z chaotycznie sklejonych migawek z całej jego kariery, nie chciał chłop redaktora? - to przynajmniej oferuje trochę wspomnień i anegdot, które albo odsłaniają kulisy zawodowego futbolu, albo zaskakują, albo zwyczajnie bawią.

Zapada w pamięć incydent z początków kariery Giggsa, którego fan Liverpoolu poprosił o autograf tylko po to, by podrzeć kartkę na strzępy i rzucić mu nimi w twarz. Zaskakuje, że zaledwie kilkanaście lat temu walijski lewoskrzydłowy mógł wraz z Aleksem Fergusonem pojechać po odbiór podsumowujących sezon nagród zwykłym pociągiem, a podczas podróży nikt nie zwrócił na nich uwagi. Ujmują wszelkie drobiazgi dotyczące osobowości, upodobań i metod zarządzania ludźmi legendarnego szkockiego trenera.

Giggsa w wychowawczej trosce nachodził w domu notorycznie, aż matka piłkarza sama zaczęła mu donosić, kiedy syn planuje balangi z kumplami; nie wszystkich podwładnych Ferguson traktuje identycznie, Dwightowi Yorke'owi czy Wayne'owi Rooneyowi pozwalał na śmielsze odzywki, bo wiedział, że w potulnym milczeniu nie wytrzymają psychicznie; potrafi się zezłościć na zawodnika, który cieszył się ze strzelonego gola nazbyt powściągliwie, bo wierzy, że do obowiązków zawodnika należy też zarażanie radością fanów. Nieśmiertelny z Old Trafford dzieli się nawet takimi urokliwymi duperelami przybliżającymi nam jego szefa, jak tamta o Beckhamie, który swego czasu ogolił głowę - wyznaczył tym młodzieży trendy, ale i najbardziej ucieszył trenera, bowiem sir Alex adonisowatych "blond kędziorków Davida" szczerze nienawidził.

Zwierzenia Giggsa wywołują przynajmniej półuśmiech, po monotonnej biografii Messiego w głowie zostaje pustka tak samo pusta, jak puste są również wydane niedawno u nas, rozbrajająco infantylne wspomnienia Andresa Iniesty, maltretującego czytelnika opisami ulubionych barcelońskich akcji. To inny paradoks futbolowych auto(biografii) - atleci pochłonięci sportem totalnie, oddychający sportem okrągłą dobę i niezajmujący jaźni niczym innym nie zanudzą czytelnika na śmierć, tylko jeśli znajdą autora zdolnego uciec od opisu abstrakcyjnych akrobacji boiskowych, poznać ich lepiej, niż oni sami siebie znają, ewentualnie nakłonić do refleksji bliskie otoczenie. Prostolinijni wirtuozi katalońscy takiego autora nie znaleźli, nie wspięli się też na wyższy poziom samoświadomości, czyli tam, skąd mogliby rzucić myśl rzuconą przez Giggsa, którą właśnie polubiłem - otóż Walijczyk swoich genialnych zagrań nigdy nie planuje i definiuje je jako niemal nieświadome, "gwałtowne reakcje na wydarzenia".

Oczywiście piłkarskie hagiografie - zwłaszcza żywoty świętych z Camp Nou, wzbudzających szczególnie silne uczucia religijne - nie istnieją po to, by wywoływać poruszenie w komitecie noblowskim. Są raczej quasi-relikwiami, zmieściłyby się pewnie na półkach z koszulkami i innymi świecidełkami ozdobionymi klubowym godłem, które zamieniają pokój lub wręcz całe mieszkanie zajadłego fana w kaplicę. Dlatego skandalicznie niewielka liczba życiorysów w naszych księgarniach nie świadczy o skandalicznie niskim poziomie czytelnictwa, lecz skandalicznie mizernym zainteresowaniu Polaków piłką nożną, w lokalnej popkulturze kiszącą się w niszy - zatęchłej, okrojonej do uczestnictwa stadionowego i telewizyjnego, zbyt często zdominowanej przez tępe kibolstwo.

W krajach wysoko rozwiniętej cywilizacji futbolowej regały z twórczością kopaną liczne są i monumentalne jak katedry, tam każdy nieco wyrastający ponad przeciętność gracz wydaje swój literacki (auto)portret, a znaczniejszym osobistościom poświęconych im dzieł wystarcza na całą galerię. Kiedy wałęsałem się po Mediolanie w szczycie popularności prowadzącego tamtejszy Inter José Mourinho, w księgarniach wypatrzyłem osiem tomów z twarzą trenera spoglądającą z okładki i jeden wykorzystujący w tytule jego słynny cytat o "prostytucji intelektualnej". Były uaktualnione tłumaczenia biografii opublikowanej w Portugalii, były tomy spisane już w Italii ("Następny mag"), była antologia bon motów podana jako "Ewangelia według Mourinho".

U nas biografii - nudnych czy nienudnych - rodzimych gwiazdek niemal się nie wydaje, w ostatnich kilkunastu latach przypominam sobie jedynie tomiki z Jerzym Dudkiem, Wojciechem Kowalczykiem i Krzysztofem Warzychą. A gdzie pierwszy afrykański reprezentant Polski Olisadebe? Skandalista Boruc? Rekordzista Żewłakow? Kontynuujący rodzinne tradycje Smolarek? Wiślacki idol Żurawski? Najgroźniejszy współczesny snajper Frankowski? Listę postaci ważnych, acz nieopisanych można by ciągnąć długo, Anglicy czytają pasjami o piłkarzach w ich hierarchii mniejszych.

My też powoli zaczynamy czytać, ale o obcych, Messi z Giggsem nie są pierwszymi ani ostatnimi. Sam nadal czekam, aż zacznie się u nas ukazywać saga bezprecedensowa, bo wieloodcinkowa - wspominałem już w tej rubryce, że Wayne Rooney jako 21-latek zgodził się w 12 lat "napisać" o sobie pięć tomów (za każdy dostanie milion funtów). Do nadwrażliwych pieniaczy, którzy chlipią już nad drzewami ścinanymi dla wydrukowania biografii byle kopacza, śpieszę z uspokajającym przypomnieniem, że to wciąż o jeden mniej, niż liczyły wspomnienia noblisty Winstona Churchilla.

Zobacz także
  • Polscy pisarze wchodzą do gry