Angielska Superliga, latynoska magia

Andre Villas-Boas

Andre Villas-Boas (Fot. CHAIWAT SUBPRASOM REUTERS)

Futbolowy światek traktuje siebie z zasłużoną powagą, więc łaskocze nas po uszach gadaniną o "trenerskiej filozofii". Zupełnie jakby ustalenie, jak rozstawić na trawie graczy i w którym kierunku kopać nadmuchaną kulę - będące kwestią bezdyskusyjnie doniosłą - wymagało aktywności intelektualnej nie mniej intensywnej niż zgłębianie tajemnic bytu.
Tysiące fanów nie może się mylić. Facebook.com/Sportpl »


Ale szkoleniowcy, którzy pozują na myślicieli, oczywiście istnieją. Kiedy André Villasowi-Boasowi wytykano zbyt ofensywny styl gry Chelsea w przegranym szlagierze z Manchesterem United, ten odpowiedział ognistym referatem o wyższych niż pojedynczy mecz wartościach, jakie wyniesie z jego bezkompromisowej postawy cała angielska kultura piłkarska.

Tłumaczył Portugalczyk, że droga do zwycięstwa jest równie ważna jak zwycięstwo, że on wybrał drogę trudniejszą, lecz dającą po dotarciu do celu pełniejszą satysfakcję, że wreszcie wybrał ją świadomy podjętego ryzyka, ale ryzykuje chętnie, bowiem my wszyscy, w rodzinie człowiekowatych istoty najbardziej rozumne, chodzimy po ziemi również po to, by ryzykować. Złożył też trener Chelsea pokłon Brendanowi Rodgersowi - można by rzec: przedstawicielowi tej samej szkoły filozoficznej - który pozostaje wierny ideałom uwodzenia kibiców pomimo obiektywnych przeszkód teoretycznie nie do sforsowania. Rodgers pracuje w Swansea, klubie prowincjonalnym i zbyt biednym - kilka lat temu nie stać go było nawet na opłacanie rachunków za prąd - żeby importować wirtuozów. A jednak ośmielił się publicznie ogłosić, że chce kopiować Barcelonę. Ba, on tę obłąkańczą na pozór wizję wcielił życie. I wygrał.

Ta historia ujęła chyba wszystkich fanów futbolu. Jedyna walijska drużyna w Premier League - zwana bez ironii Swanseloną - wymieniała w ubiegłym sezonie średnio 526 podań w meczu, czyli o sto więcej niż słynący z płynnej, przyjemnej dla oka gry Arsenal, oraz ponad dwieście więcej, niż wynosi przeciętna w drugiej lidze angielskiej. I kibice nie dość, że mieli frajdę z podziwiania oryginalnego, stylowego futbolu, to jeszcze przeżyli radość z awansu do ligi najwyższej. A kiedy komentatorzy przyrównywali Stephena Dobbiego i Leona Brittona do Xaviego i Andrésa Iniesty, to wcale nie wybuchali ułamek sekundy później szyderczym rechotem.

Śledzę losy Swansea (krztusi się, doskwierają jej potworne kłopoty kadrowe), przeobrażającą się Chelsea, a także jeszcze szybciej ewoluujące kluby manchesterskie i nie umiem się nadziwić, jak cała Premier League jest żywotna, jak bez ustanku się modernizuje, łapczywie chłonie innowacje, nie chce zadowolić się tym, co ma. Jej ucieczkę od nużącej wyspiarskiej monotożsamości do kosmopolitycznej polifoniczności odtrąbiliśmy już kilka lat temu, tymczasem dziś widzimy, że ten proces - czynienia ligi angielskiej najbardziej wielobarwną w świecie - wciąż trwa. Nawet nabiera rozpędu.

Przykład Swansea jest wdzięczny (nawet po ogłoszeniu śmierci osławionego "kick and rush" słabsze drużyny wyspiarskie uchodziły za uprawiające barbarzyński futbol oparty na fizycznej sile i długich podaniach), ale nie jedyny, inspirujące historie dzieją się przede wszystkim w drużynach czołowych. O pracy Villasa-Boasa nad Chelsea już było, teraz spójrzmy na Manchester United. Oto znieważony barcelońskim nokautem w finale Ligi Mistrzów Alex Ferguson poświęcił lato na przyspieszanie gry i efekty podziwiamy natychmiast, już na starcie sezonu. Przy okazji zadrwił szkocki trener z Arsene'a Wengera, który porażki Arsenalu usprawiedliwiał niemowlęcym wiekiem wystawianych piłkarzy - to MU stał się najmłodszą drużyną w Premier League, a rywali nadal nokautuje. Zadrwił też z dogmatów - w niedawnym meczu z Leeds skrzydłowy Valencia, napastnik (król strzelców minionego sezonu!) Berbatow, pomocnik Carrick i Fabio stworzyli prawdopodobnie najbardziej ofensywną obronę widzianą w całym nowożytnym futbolu.

Jeszcze osobliwiej dzieje się u sąsiadów. Kiedy akcje zaczepne wyczarowują Agüero, Nasri, Silva czy Tévez - niewysocy, giętkonodzy, piłką manipulujący z nieodpartą gracją - to gra Manchesteru City nabiera subtelności godnej ligi hiszpańskiej, w lidze angielskiej jeszcze kilka sezonów temu niespotykanej nigdzie.

Tamtejszą - jakby powiedział Villas-Boas - kulturę piłkarską wzbogaca i urozmaica inwazja Latynosów. Angielski futbol otworzył się na nich przed chwilą, jeszcze dekadę temu nie importował ich niemal wcale, choć granice już nie istniały i międzynarodowy handel piłkarzami trwał w najlepsze. Kiedy MU wygrywał Ligę Mistrzów w 1999 r., poza Dwightem Yorkiem miał w kadrze wyłącznie Europejczyków, i to właściwie tylko północnych - 11 Brytyjczyków, trzech Norwegów, dwóch Holendrów, Irlandczyka, Szweda oraz Duńczyka. Dziś trener Ferguson sięga już wszędzie, bierze nie tylko renomowanych Brazylijczyków (Rafael, Fabio, Anderson), ale również egzotykę z Ekwadoru (Valencia) czy Meksyku (Hernández).

Do południowców lgną zresztą wszyscy. Przed dokładnie dekadą, w sezonie 2001/02 po trawach Premier League biegał zaledwie jeden Brazylijczyk Edu (teraz kluby zatrudniają 13), pięciu Argentyńczyków (teraz 12), dwóch Hiszpanów (teraz 20!). Skandynawowie znikają, muszą bowiem ustępować miejsca nawet Meksykanom, którzy do 2005 r. nie wyeksportowali na angielskie boiska ani jednego swojego przedstawiciela, a ostatnio nadlatują stadami - Borgetti, Castillo, G. dos Santos, Vela, Franco, Barrera, Salcido, wspomniany Hernández...

Tak, liga angielska weszła w intrygujący okres. Pulsuje od świeżych idei, pozbywa się ostatnich uprzedzeń, nadal króluje międzynarodowo. Nie dość, że w bieżącym sezonie europejskich pucharów jako jedyna mogła wystawić aż osiem klubów - czyli 40 proc. obsady ligowej! - to jeszcze tylko jej reprezentanci do dziś przetrwali w pucharach w komplecie, wypracowując imponujący bilans - 15 zwycięstw, 9 remisów, 2 porażki.

Premier League zmaga się z problemami, ale mniejszymi niż psuta przez wszechwładny duopol barcelońsko-madrycki Primera Division czy gwałtownie ubożejąca Serie A. Rozwija się wszechstronnie, arabscy właściciele Manchesteru City właśnie dowiedli, że nie zamierzają poprzestać na inwestowaniu setek milionów w transfery. Wybudują potężny kompleks przeznaczony do szkolenia młodzieży, zaprojektowany po konsultacjach w 30 ośrodkach w dziewięciu krajach - od amsterdamskiego Ajaxu i londyńskiego Arsenalu, przez koszykarski LA Lakers i rywalizujący w lidze futbolu amerykańskiego New York Giants, po Australijski Instytut Sportu oraz główną siedzibę Nike'a. Zasięgali języka u trenerów, zawodników, menedżerów, chirurgów, dietetyków i psychologów, z niektórymi nawiązali stałą współpracę. Cel: od każdego wziąć to, co najlepsze, założyć najlepszy futbolowy uniwersytet na planecie, wychowywać absolwentów formatu barcelońskiego.

Mieni się futbol na Wyspach tyloma kolorami, że na razie nie słychać, by ktokolwiek wspominał tam o konieczności założenia paneuropejskich, elitarnych rozgrywek dla najbogatszych, którzy opuściliby rywalizację krajową i mierzyli się z równymi sobie. Wzdychają do nich osobistości związane z Bundesligą (Franz Beckenbauer), Primera Division (Jorge Valdano) czy Serie A (Antonio De Laurentis), pożądając okazalszych zysków. Nasyceni globalnymi sukcesami marketingowymi Anglicy prawdopodobnie uważają, że Superligę mają u siebie. Skoro na towarzyski mecz reprezentacji Malezji z Manchesterem United w Kuala Lumpur 30 tys. tubylców zakłada koszulki drużyny gości...

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca