Półtora roku temu Lech i Widzew stworzyły w Łodzi świetne, emocjonujące widowisko. Ktoś, kto szykował się w piątek na powtórkę, musiał być rozczarowany. Ale tylko do przerwy...
Grający z rozmachem w ataku, a przy tym dość nieporadnie w defensywie Lech, też jest już wspomnieniem. Już jesienią lechici nauczyli się nie tracić bramek. Ostatniego gola stracili zresztą też w Łodzi - tyle że na stadionie ŁKS. Gdy przed tygodniem w meczu z Zagłębiem Lubin Lech nie miał nawet cienia okazji strzeleckiej, a po meczu Franciszek Smuda musiał się tłumaczyć z fatalnego występu, coś się zmieniło. Trener Lecha zapowiedział zmiany w składzie. Zrobił je, ale poszedł jeszcze dalej - wrócił do ustawienia 1-4-4-2, z Luisem Henriquezem i Marcinem Kikutem w roli skrzydłowych. Szybko jednak okazało się, że to nie ustawienie jest problemem poznańskiej drużyny. Widzew rozpoczął agresywnie i radził sobie w drugiej linii tak dobrze, jak gracze z Lubina. Lechici co chwilę byli spóźnieni o ułamek sekundy. Widzew nieoczekiwanie miał przewagę i już w 90 s świetną okazję, w której Krzysztof Kotorowski obronił w sytuacji sam na sam z Maciejem Kowalczykiem. Obaj piłkarze spotkali się jeszcze raz w 35 min. Kowalczyk miał jeszcze więcej czasu i miejsca - przymierzył w tzw. długi róg, ale nie trafił w bramkę.
"Kolejorz" do tego czasu nie istniał w ofensywie. Dopiero tuż przed przerwą Rafał Murawski, a po chwili Tomasz Bandrowski strzelali z dystansu (ten drugi celnie), ale był to efekt ich indywidualnych rajdów, a nie współpracy lechitów.
Wszystko zmieniło się po przerwie. Smuda musiał najwyraźniej wstrząsnąć zespołem, bo piłkarze Lecha zaczęli wreszcie walczyć na całego. Lepiej grali też w piłkę. Może nie była to jakaś rewelacyjna gra, ale już całkiem przyzwoita. W 56 min Hernan Rengifo skutecznie rozpychał się w polu karnym, ale piłkę sprzed linii bramkowej wybił Wojciech Szymanek. Potem zobaczyliśmy bardzo podkręcony strzał Henriqueza i uderzenie z woleja Piotra Reissa. Gola z gry nie udało się strzelić, padła więc bramka z rzutu rożnego. Rengifo wyprzedził wszystkich i uderzył do siatki głową. I zaczęły się emocje!
W ciągu jednej minuty (69) z boiska po drugiej żółtej kartce (w drugim przypadku za dyskusje z arbitrem) wyleciał Robert Kłos. Siły wyrównały się, gdy czerwoną kartkę dostał też Ivan Djurdjević za brutalny atak na nogi Adriana Budki.
Po lewej stronie obrony Lecha zrobiła się dziura, której nie był w stanie załatać Henriquez. Jego błędy musiał nadrabiać Bartosz Bosacki. Wydawało się, że gra 10 na 10 jest jednak korzystna dla Lecha, bo widzewiacy nie potrafili na poważnie zagrozić bramce Kotorowskiego.
Wyrównujący gol był bardzo przypadkowy. Adrian Budka zdecydował się na strzał z dystansu, piłka odbiła się rykoszetem od któregoś z graczy stojących tłumnie na linii pola karnego. Przeleciała przez ten szpaler i trafiła do Wojciecha Szymanka, który spokojnie strzelił obok bramkarza Lecha. Można mieć wątpliwości, czy stoper Widzewa nie był na spalonym.
Do końca było 7 min i rozpoczęła się wymiana ciosów. Oba zespoły postawiły na atak i miały w nosie obronę. Na chęciach się jednak kończyło, bo gra w ofensywie była tyleż żywiołowa, co chaotyczna. Na bramkę Lecha dwa razy strzelał Piotr Kuklis. "Kolejorz" odpowiedział uderzeniem Rafała Murawskiego po serii zwodów w jego wykonaniu. - Franek Smuda! - krzyknęli po meczu kibice Widzewa, którzy pamiętają zasługi szkoleniowca Lecha dla łódzkiego klubu.