Rozmowa z zawodnikiem Automobilklubu Toruńskiego, uczestnikiem Rajdowych Mistrzostw Polski w 2012 roku Norbertem Kacprzakiem
Filip Łazowy: Jak wyglądały pana początki z rajdami samochodowymi?
Norbert Kacprzak: Każdy chłopak w większym lub mniejszym stopniu interesowałem się
motoryzacją. Bardzo lubiłem bawić się samochodami. Później "grzebałem" w silniku i poczułem pierwszą nutkę adrenaliny będąc za kierownicą. Pamiętam jak byłem kiedyś u znajomych i w
radiu usłyszałem, że w jednej z restauracji gościem będzie Maciej Wisławski, były pilot Krzysztofa Hołowczyca, który zrobi taką pogadankę o rajdach. Musiałem pojechać i posłuchać. Pamiętam, że każde słowo chłonąłem z wytrzeszczonymi oczami. Facet miał niesamowitą skłonność do pięknego opowiadania o rajdach. Po tym spotkaniu powiedziałem sobie, że muszę coś zrobić aby mieć bardziej namacalny kontakt z tym sportem. Wisławski opowiadał, że jak jechali z Hołowczycem na pełnym gazie i w pewnej chwili uderzyli w mostek. Polecieli kilkanaście metrów, a później cofnęli aby sprawdzić co tam było nie tak, że doszło do wypadku. Kiedy potem wrócili do samochodu to się trochę zdziwili. Jak odchodzili to było tylko oderwane koło. Jak przyszli to nie było ćwiartki samochodu. Kibice wzięli sobie jakieś drobne części na pamiątkę. Jechali wtedy bardzo drogim
autem. Uszkodzenie, którego doznali w wyniku zderzenia z mostkiem było niczym w porównaniu z tym co zabrali sobie fani. Po kilku tego typu opowieściach przesiąknąłem rajdami samochodowymi. Kiedy na studiach dostałem pierwszy samochód od mamy to już wtedy zacząłem brać udział w wyścigach. Inauguracja wypadła nieźle - zająłem drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Miałem wtedy 18 albo 19 lat.
To pewnie jeszcze bardziej spotęgowało miłość do rajdów?
- Tak. Później mój znajomy zaprosił mnie na taki poważniejszy rajd, który odbywał się na lotnisku w
Toruniu. Po raz pierwszy się wtedy popłakałem. Jechałem jako pilot. Mój kolega pędził z niesamowitą prędkością. Dla mnie to był wtedy kosmos. Jeszcze w tym czasie zmieniał biegi i przyspieszał, kiedy ja bym hamował. Dla mnie to było niesamowite. W 2003 roku sięgnęliśmy wraz z Krzysztofem Sławińskim po Puchar Polski. Później jeździłem z Arielem Piotrowskim i wywalczyliśmy wicemistrzostwo Polski. Z nim po raz pierwszy zakwalifikowałem się na tzw. karową w Rajdzie Barbórki. Wtedy rywalizowaliśmy z Michałem Kościuszko, którzy dzisiaj ściga się w rajdowych Mistrzostwach Świata. Wtedy to wyglądało tak, że albo on awansuje albo my. Choć jest świetnym kierowcą to jednak popełnił jeden błąd. My go uniknęliśmy i go wtedy pokonaliśmy. Pamiętam jak z Arielem rozmawialiśmy o jednej "chopce", czyli górce. Zdecydowaliśmy że wjeżdżamy na maksymalnej prędkości i skaczemy daleko. Ale nigdy tamtędy nie jechaliśmy i nie wiedzieliśmy jak to będzie. Przy prędkości 120 km/h to poczułem się jak w samolocie. Zastanawialiśmy się jak wylądujemy. Osłona na chłodnicę odpadła i ledwo dojechaliśmy do mety.
Nie żałował pan, że siedzi po prawej stronie kierowcy a nie na jego miejscu?
- Kiedy uczestniczę w testach to jeżdżę w fotelu kierowcy. To pomaga później w rajdach. Dobrze się jednak czuję w roli pilota. Załogę zawsze dobiera się w ten sposób, aby osoba siedząca po prawej stronie była starsza i bardziej doświadczona. To pilot w napiętej sytuacji może notatkami zdzielić kierowcę po głowie. Nie jest sztuką wygrać jeden odcinek, ale tak przygotować taktykę aby rajd skończyć na jak najlepszej pozycji.
Rozmowa pilota z kierowcą dla kogoś, kto nie zna się na rajdach jest abstrakcją...
- Dobre pytanie. To jest bardzo prosta kwestia. Zawsze przed rajdem mamy okazję aby przejechać trasę rajdu trzykrotnie. Potem sobie zapisujemy całą drogę. Np. 100 lewy trzy prawy. 100 oznacza, że za 100 metrów jest zakręt w lewo. Trzy oznacza skala trudności zakrętu. Im mniejszy numer tym jest bardziej ostry. Po prostu ułatwiamy sobie język skracając go. Myślę, że po kilku rajdach każdy kibic będzie już doskonale zorientowany co tam sobie pilot z kierowcą mówią w samochodzie. Zawsze to co potem mówię w trakcie jazdy uzgadniamy razem. Czasem każdy z nas ma różne wyobrażenia co do skali trudności zakrętu czy też danego odcinka dlatego też wspólnie dochodzimy do kompromisu. Czasem jednak zdarzają się nieprzewidziane niespodzianki. Zdarza się, że zamiast wchodzić w zakręt można jechać prosto przez pole. Przed szczytem widać np., że drzewa się układają w ten sposób, że zakręt jest w lewo, a tu okazuje się że jednak trzeba skręcić w prawo. Piano oznacza bardzo niebezpieczne miejsce. Często tego sformułowania używał Janusz Kulig. Kiedyś wjeżdżaliśmy do jednej wioski to powiedziałem piano do kierowcy. Kiedy wjechaliśmy w tę miejscowość to widzieliśmy wiele poniszczonych płotów i parę murów. Wiele załóg nie zastosowało stwierdzenia piano i przeszarżowali lądując w płotach mieszkańców.
Najbardziej niebezpieczna sytuacja podczas rajdu?
- 2004 rok podczas Rajdu Żubrów. Uderzyliśmy przy bardzo dużej prędkości w drzewo. Straciłem wtedy wzrok a operacja mojej ręki trwała trzy i pół godziny. Jechałem wtedy z moim kolegą Waldemarem Walczakiem. Nie dohamowaliśmy i stało się. Kiedy mój kolega odebrał mnie ze szpitala i odwoził do domu to każde mijające drzewo wydawało mi się ogromne i będące bardzo blisko. Niesamowicie się bałem mimo, iż jechaliśmy 90 km/h na autostradzie. Później udało się odzyskać wzrok.
Jaki
budżet trzeba mieć aby móc mieć szansę rywalizować w Radowych Mistrzostwach Polski?
- Od 600 tys. zł do jednego miliona. Jeden litr paliwa kosztuje 6 euro. Do tego dochodzi obsługa pojazdu, testy i cała logistyka. Nie jest to tani sport. Jednak jeśli chce się jeździć na wysokiej jakości sprzęcie to trzeba też słono płacić.
Rajdy to pana sposób na życie czy może hobby?
- To moja przyjemność. Na co dzień pracuję, a rajdy są pasją. Uzależnienie jest niesamowite. Nagłe hamowania, przeciążenia dodają adrenaliny. Kto kiedyś sam tego doświadczy to będzie wiedział o czym mowa
Jak rajdowiec jeździ po zwykłych ulicach? Trudno jest nie przekraczać dozwolonej prędkości?
- Ja powiem, że ja się boję jeździć na polskich drogach. Na odcinku rajdowym mam świetne hamulce, dobre opony, bieliznę ognioodporną i mam doskonałe pasy. Mam zabezpieczoną drogę, w pobliżu jest też karetka pogotowia. Polacy nie są złymi kierowcami, bo musza sobie radzić w bardzo trudnych warunkach. Tylko są zbyt pewni siebie na drodze. To duży błąd. Czołowi kierowcy przebywają w testach 60 tys. kilometrów rocznie. Na naszych drogach mało kto jest w stanie pokonać taki dystans. Jak słyszę, kiedy ktoś mówi że jest świetnym kierowcą bo ma już prawo jazdy ponad 25 lat to dla mnie jest jakaś abstrakcja. Najważniejsze to mieć pokorę wobec narzędzia jakie posiadamy. Samochód to cudowna rzecz, ale też bardzo niebezpieczna. Ja rajdy przenoszę do życia codziennego. Za każdym zakrętem czeka na nas coś nowego i trzeba być na to przygotowanym. W życiu mamy cele do których dążymy. W wyścigach jest tak samo - meta jest tym wyznacznikiem. Kierowca powinien być stonowany i potrafiący dostosować prędkość do panujących warunków. Powinien przewidywać co się może zdarzyć na szosie. Najważniejsze jest zdrowie i życie. Nie warto niepotrzebnie ryzykować. A już najgorsze jest to, kiedy możemy zrobić krzywdę innej osobie. Na normalnej drodze coś takiego jest niedopuszczalne. Dlatego też lepiej się ścigać i poczuć adrenalinę podczas rajdów
Rozmawiał Filip Łazowy