Sport.pl

Sport.pl > Sport >  Miasta >  Toruń

550 euro - śmieszna cena za żużlową prawdę

O sprawie Zbigniewa Raniszewskiego pisze Paweł Rzekanowski
27.01.2012 , aktualizacja: 26.01.2012 13:50
A A A Drukuj
550 euro to - w żużlu - kwota wręcz śmieszna. Są zawodnicy, którzy uznaliby, że po takie pieniądze nie warto się nawet schylać, a tym bardziej ryzykować życia. Tyle potrzeba było rodzinie Raniszewskich, by - być może - rozwiązać zagadkę najbardziej tajemniczego śmiertelnego wypadku w historii. Pomoże im nie Toruń, a Bydgoszcz.
Małgorzata Raniszewska miała zaledwie trzy i pół roku, kiedy zginął jej ojciec (na zdjęciu razem z nim i mamą)
Fot. Archiwum rodzinne
Małgorzata Raniszewska miała zaledwie trzy i pół roku, kiedy zginął jej ojciec (na zdjęciu razem z nim i mamą)
Torunianin Zbigniew Raniszewski - szerzej o tym tutaj w 1956 r. był reprezentantem Polski podczas zawodów w Wiedniu. Tam zginął po koszmarnym wypadku. Potrącony, stracił panowanie nad motocyklem i popędził wprost w betonowe schody, które były niemalże na torze.

Pytań o ten wypadek jest wiele. Kto dopuścił tor do jazdy? Dlaczego Polacy zgodzili się na nim ścigać? Kto odpowiada za śmierć 29-letniego żużlowca? Dlaczego rodzina do dziś nie doczekała się odszkodowania, jakie - rzekomo - Austriacy wysłali do Polskiego Związku Motorowego?

Dotychczas znane było tylko jedno nagranie z wypadku. Na 7-sekundowym filmie widać Raniszewskiego jak z impetem wpada w schody - koszmar. Teraz jego rodzina - również Małgorzata Raniszewska, córka żużlowca mająca 3 lata gdy zmarł tragicznie - dowiedziała się, że w austriackim archiwum jest dłuższe nagranie wypadku - możliwe, że z innej perspektywy.

Zakup praw do filmu to koszt 550 euro. To cena jaką - być może - trzeba zapłacić za zrobienie następnego kroku w walce o wyjaśnienie kulisów śmierci Raniszewskiego. Tak, walce - tego słowa używam nie bez powodu.

Rodzina Raniszewskich od półwiecza próbuje znaleźć odpowiedzi dlaczego ktoś zezwolił na ściganie się zawodników na torze przypominającym niedokończony plac budowy. Próbuje ustalić, co stało się z pieniędzmi. Rodzina stara się - od dziesiątek lat - ustalić w PZMot. cokolwiek. Bez skutku. Nie chodzi już jej - jak sądzę - o same pieniądze. Raczej o prawdę, ustalenie historii, wyjaśnienie przyczyn prawdopodobnie najdziwniejszego wypadku w historii sportu żużlowego.

Chylę czoła przed rodziną Raniszewskich. Jej determinacja, zaangażowanie, profesjonalizm przy archiwizowaniu dokumentów - wszystko to budzi ogromne uznanie. Podobnie jak to, że sprawą nie zajmuje się jedynie p. Małgorzata. Sprawa wypadku przechodzi z pokolenia na pokolenie - teraz, już m.in. w internetowej rzeczywistości, zajmują się nią coraz młodsi.

I wracając do 550 euro. We wczorajszym tekście pytaliśmy o ewentualną pomoc szefa żużlowców Unibaksu Wojciecha Stępniewskiego. Odpowiedział, że w budżecie najbogatszego klubu w mieście nie ma takiej wolnej kwoty. Będzie konsultował się z radą nadzorczą, jest też gotowy sprzedać kilka karnetów, z których dochód byłby przekazany Raniszewskim na kupno nagrania.

Oczywiście nadużyciem byłoby teraz domagać się tego, by Unibax zapłacił za archiwalny film, bo z Raniszewskim nie ma nic wspólnego. Choć z drugiej strony aż trudno mi uwierzyć w to, że klub dysponujący milionami zł w budżecie nie jest w stanie znaleźć wolnych 2 tysięcy. Dobrze, że Stępniewski chce szukać innych rozwiązań. Podpowiadam alternatywę. Skoro klub tak dba o pieniądze i to, by mieć czym płacić zawodnikom - może to któryś z nich doceni legendę toruńskiego żużla. Wystarczy, że zdobędzie np. 4 punkty - to, przy stawce 600 zł za jeden, powinno wystarczyć do pomocy Raniszewskim.

Są też w Toruniu firmy, które z pieniędzmi liczyć się nie muszą. Ich właściciele na Motoarenę przyjeżdżają terenowymi autami, klub sponsorują ze względu na zamiłowanie do żużla. 550 euro wydają - zapewne - w kilka wieczorów podczas zimowych wypadów na narty. Wydajcie te pieniądze inaczej - pomagając Raniszewskim w wykupieniu archiwalnych materiałów. Wtedy zrobicie coś naprawdę dobrego dla historii żużla i miasta.

Wczoraj miałem przyjemność rozmawiać z toruńską artystką, która - poruszona tekstem "Gazety" - zaproponowała namalowanie grafik, z których zysk miałby zostać przekazany walczącej o prawdę rodzinie.

Cieszy to, że są w Toruniu ludzie pozbawieni obojętności.



PS. W czwartek w południe szef rady miasta w Bydgoszczy Roman Jasiakiewicz poinformował "Gazetę", że przeznaczy swoje wynagrodzenie - 2,5 tys. zł - na wykup nagrania dla Raniszewskich.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się