Pierwszy raz kielczanom udało się zaskoczyć ekipę wielkiego Włocha Lorenzo Bernardiego już dość dawno - 29 października we własnej hali niespodziewanie ograli ten naszpikowany gwiazdami z wielu krajów zespół 3:1. Krótko potem była jeszcze wyjazdowa wygrana w
Olsztynie (3:0), po której smaku zwycięstwa nie było podopiecznym Wagnera dane zasmakować aż do 15. kolejki PlusLigi.
W pierwszej secie pojedynku w hali w Jastrzębiu-Zdroju kielczanie trzymali się osłabionych rywali (bez kontuzjowanych największych gwiazd Zbigniewa Bartmana i Michała Łaski) aż do decydujących piłek. Pogubili się jednak w najważniejszym momencie - od stanu 19:20 niewiele się już udawało, a były i zepsute zagrywki, ataki w aut lub zablokowane. Znów efektów nie dała też podwójna zmiana na końcówkę - wejście Francuza Pierra Pujola i Szweda Marcusa Nilssona. Ten drugi mocno pomógł za to w drugiej partii, a z każdą kolejną jeszcze się rozkręcał... Wreszcie atakował tak, jak się od niego oczekuje - ponad blokiem, poza zasięgiem obrony rywali. To on też wyprowadził kielczan pierwszy raz na pięciopunktowe prowadzenie (16:11). Jastrzębie prowadzone przez 20-letniego zastępcę Łaski Mateusza Malinowskiego zbliżyło się na dwa oczka (17:20). Tym razem czas wzięty przez Grzegorza Wagnera poskutkował - goście opanowali nerwy, co z kolei ponownie rozstroiło ekipę Lorenzo Bernardiego. Wspomniany Malinowski przy drugim setbolu posłał piłkę w aut ponad trójblokiem kielczan.
Już czwarta partia zwiastowała, że tym razem wydarzy się coś dobrego. Zwykłą niedobrą praktyką było to, że kielczanie mieli problemy z odpowiedzią, gdy rywal złapał swój rytm. Ale nie tym razem - w Jastrzębiu po wyrównanym początku to oni naciskali, powodując błędy u wyżej notowanego rywala. Nawet u takich asów jak reprezentant Polski Michał Kubiak, który sporą część mocnych ataków posłał w aut. Gdy znów Nilsson dał gościom pięciopunktową zaliczkę (21:16) wiadomo było, że przynajmniej jeden punkt będzie po stronie zdobyczy.
Tie break jak przystało na decydującą rozgrywkę emocjonujący do potęgi. I zadziwiający. Przy stanie 3:3 na zagrywkę powędrował znany z więcej niż dobrego serwisu Francuz Xavier Kapfer. Efekt? Z jego pomocą gospodarze zostają kompletnie zdezorganizowani i tracą punkt za punktem. Zmiana dopiero przy stanie 11:3! Ten, kto pomyślał, że to nareszcie koniec napięć grubo się pomylił - w pole serwisowe gospodarzy wędruje Brazylijczyk Nemer i jest bliski skopiowania wyczynu Kapfera - z 4:12 robi się 10:12! Ale na więcej kielczanie już nie pozwalają. Do meczbola doprowadza ten, który przyszedł do Farta właśnie z ekipy rywala czyli Maciej Pawliński, a za chwilę prawie dwuipółgodzinny mecz kończy autowa zagrywka Kubiaka.
- Nie będę mówił o samej grze, bo w niej wszystko wyglądało jak należy. Cieszę, że Marcus Nilsson był takim typowym "killerem" i że nie odstawialiśmy ręki zarówno na zagrywce jak i ataku. Najważniejsze jednak, że tym razem w końcówkach utrzymywaliśmy swoją dobrą grę - triumfował po serii niepowodzeń Wagner.
Po trzech wyjazdach w poniedziałek kielczanie zagrają wreszcie u siebie. O 18 początek meczu z sąsiadem w tabeli, dziewiątym Indykpolem AZS Olsztyn.
Jastrzębski Węgiel - Fart Kielce 2:3 (25:21, 21:25, 25:23, 19:25, 11:15)JW: Vinhedo, Malinowski, Bontje, Holmes, Bożko, Kubiak, Rusek (libero) oraz Gawryszewski, Nemer,
Polański, Tiago Violas.
Fart: Kozłowski, Jungiewicz, Kokociński, Zniszczoł, Buszek, Kapfer, Żurek (libero) oraz Pujol, Nilsson, Pawliński, Kamiński.
Sędziowali: Marcin Herbik i Tomasz Janik (
Warszawa).
Widzów: 2300.
MVP: Kozłowski.