Kapitan Piasta awansował z nim od B-klasy do ekstraklasy

Kto jest najszczęśliwszym człowiekiem w Gliwicach? Jarosław Kaszowski. Kapitan ?piastunek" jest jedynym piłkarzem, który przeszedł ze swoim klubem drogę od B-klasy do ekstraklasy.
Droga od najniższej do najwyższej klasy rozgrywkowej trwała długich 11 lat. Kaszowski - bohater gliwickich kibiców - opowiada "Gazecie" o wspaniałych wygranych, dołujących porażkach, momentach zwątpienia i wielkiej radości.

O B-klasie (sezon 1997/98)

Reaktywacja Piasta zbiegła się w czasie z ukończeniem przeze mnie wieku juniora. Nasza postawa w lidze była wielką niewiadomą - przecież byliśmy wielką zbieraniną. Generalnie grało się za darmo. Szczególnie mi to nie przeszkadzało, bo mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami i nie miałem wielkich wydatków. Poza tym zarabiałem w lidze halowej. Pamiętam, jak trenowaliśmy na żwirowym boisku przy ul. Okrzei. Pylicy można było dostać. Pierwszy mecz rozegraliśmy na wyjeździe ze Zniczem Poniszowice. Wygraliśmy, a ja strzeliłem jedną z bramek. Przed tamtym meczem przebieraliśmy się w... autach. O awans - z powodzeniem - walczyliśmy z ŁTS-em Łabędy. Na decydujący mecz z lokalnym rywalem przyszło ponad 4 tys. ludzi. To był fenomen!

O A-klasie (sezon 1998/99)

Mało pamiętam tamtą ligę. Może dlatego, że przeszliśmy przez nią jak burza. Wszyscy się wtedy na nas nastawiali. W końcu reprezentowaliśmy słynnego Piasta, ale jakoś się wygrywało. Do drużyny dołączył wtedy Wojtek Gontarewicz, a ja zostałem przesunięty na pozycję defensywnego pomocnika. Przez wiele lat grałem na tej pozycji i pewnie dlatego strzeliłem tak niewiele goli dla Piasta.

O V lidze (sezon 1999/00)

Najlepiej zapamiętałem najładniejszego gola, jakiego strzeliłem w karierze. W meczu z Carbo Gliwice, stojąc 20 metrów przez bramką, przyjąłem dośrodkowanie wewnętrzną częścią stopy, a potem z półobrotu trafiłem w samo okienko. Rok 2000 kojarzy mi się też z grą w futsalowej reprezentacji Polski. Trener Roman Sowiński powołał mnie na turniej eliminacyjny do mistrzostw Europy. Wielkim przeżyciem była dla mnie możliwość wymiany koszulki z jednym z piłkarzy z Izraela. W decydującym spotkaniu wygraliśmy z Portugalią, a ja zdobyłem jedną z bramek. Piłce halowej zawdzięczam bardzo dużo - dzięki niej zwiedziłem kawał świata. Z drugiej strony, nie raz przyszło mi rozgrywać dwa mecze jednego dnia, a potem nogi mocno bolały.

O IV lidze (sezon 2000/01)

Dużo wyższe wymagania. Na dodatek nie tylko trzeba było wygrać ligę, ale także baraż. Do zespołu dołączył wtedy były reprezentant Polski Leszek Iwanicki. Dla mnie, młodego chłopaka, było dziwne, że przyjeżdża on tylko na... dwa treningi w ciągu całego tygodnia. Rywalizację w grupie wygraliśmy z Walką Zabrze i w barażach zagraliśmy z Victorią Jaworzno. Przed tym pojedynkiem toczyła się prawdziwa wojna psychologiczna. Jedni zarzucali drugim, że na pewno przekupią sędziego. W pierwszym meczu na wyjeździe zremisowaliśmy 1:1. Pamiętam, że w rewanżu kapitalny mecz rozegrał mój przyjaciel Tomek Szeja. Wygraliśmy 3:1. Ach! I jeszcze jedno. Graliśmy wtedy w potwornym deszczu. Pamiętam widzów schowanych pod parasolami. Teraz awansowaliśmy do ekstraklasy, to może w końcu wybudują na naszym stadionie dach dla publiczności?

O III lidze (sezony 2001/02 i 2002/03)

Chcieliśmy iść siłą rozpędu i znów awansować, ale nie było szans wyprzedzić Ceramedu Bielsko-Biała. Zajęliśmy jednak drugie miejsce, co świadczyło o naszej sile. Do zespołu ściągnięto wtedy Janusza Bodziocha. Koledzy patrzyli z podziwem, jak pierwszy raz przyjechał na nasz stadion swoim samochodem. A ja nawet za bardzo nie wiedziałem, kto to jest...

Kolejny sezon wcale łatwo się nie układał. Po porażce w Kietrzu 0:6 kibice zarzucali nam, że nie chcemy awansować. Ja sam też miałem problemy. Trener Marcin Bochynek nie zgadzał się, żebym łączył grę w Piaście z halówką. W efekcie skończyło się to kilkumiesięcznym rozbratem z gliwickim klubem. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że Bochynka zmienił na trenerskiej ławce ściągnięty przez niego zawodnik Krzysztof Zagórski. W końcu ja także wróciłem do klubu.

O awans walczyliśmy wtedy z Zagłębiem Sosnowiec. W przedostatniej kolejce wygraliśmy z Lechem Zielona Góra 3:0, co przy jednoczesnej porażce Zagłębia sprawiło, że zapewniliśmy sobie awans. Nie byliśmy na to przygotowani, nie było w klubie nawet szampana. Zupełnie tak samo, jak w sobotę w Warszawie.

O II lidze (sezony 2003/04, 2004/05, 2005/06, 2006/07)

Skończyły się przelewki - teraz czekały nas gry z naprawdę silnymi przeciwnikami. W pierwszym sezonie utrzymanie zapewniliśmy sobie dopiero w ostatniej kolejce po wygranej z Polarem Wrocław. Były podteksty wokół tego meczu, szczególnie wokół bramki kuriozum Adama Piechockiego. A to była wina słabego bramkarza Polara. Widziałem strach w jego oczach. W styczniu 2004 roku na trening nie przyszedł Tomek Szeja. Powiedziano nam, że uderzył się o umywalkę i rozciął łuk brwiowy. Na kolejnych zajęciach jednak także się nie pojawiał. Dowiedzieliśmy się, że zachorował. Po miesiącu, na jednym z treningów, trener Józef Dankowski poinformował nas o śmierci Tomka. Nie mogłem się z tym pogodzić...

Decyzją trenera to ja przejąłem po Tomku opaskę kapitana Piasta. Czy ciążyło nad nią jakieś fatum? Kilka miesięcy później zmarła moja córeczka. Dostałem wolne od trenera, a kapitanem został Jacek Gorczyca. W ostatnim meczu przed moim powrotem na boisko dostał jednak czerwoną kartkę. Potraktowałem to jako znak z góry, że mam jednak pozostać kapitanem Piasta.

Jesienią 2005 roku bardzo nam nie szło. Działacze zatrudnili trenera Jacka Zielińskiego. Przemek Pałkus, który kiedyś z nim pracował, zapowiedział nam, że teraz zaczniemy grać w piłkę. I tak się stało. W lidze utrzymaliśmy się jednak dopiero po dramatycznych barażach z Unią Janikowo.

Lato 2005 roku było bardzo gorące. Pewnego dnia na stadion przyjechała ekipa TVN24. Z plotek dowiedziałem się, że chodzi o zatrzymanie naszego byłego prezesa Marcina Ż. To był szok. Jasne, że przez lata moich występów w Piaście wielokrotnie czułem, że sędziowanie jest stronnicze. Dla nas albo przeciwko nam. Ale co ja "Kasza" miałem z tym zrobić? Jeżeli działo się coś złego, to zapewniam, że ponad głowami piłkarzy. Ja mogę spać spokojnie.

Piasta ukarano wtedy odjęciem 10 punktów i mało kto wierzył, że się utrzymamy. Tymczasem my mieliśmy nawet szansę na awans! Dlatego przed kolejnym sezonem - gdy startowaliśmy już z czystym kontem - oczekiwania wobec nas były olbrzymie. Z Zielińskim współpracowało nam się świetnie, ale gra była słaba. Przed meczem z Kmitą Zabierzów czuliśmy, że gramy o jego posadę, a mimo to przegraliśmy. Szkoda, ale życie pokazało, że i jemu, i nam wyszło to na dobre. W klubie pojawił się Bogusław Pietrzak. Świetnie przygotował nas motorycznie do rundy wiosennej. Brakowało tylko trochę ogrania z piłką. Nie trafił też z transferami.

O awansie (sezon 2007/08)

Zdarzyło się, że słyszałem, jak z powątpiewaniem mówiono o nowym trenerze Piotrze Mandryszu. Sezon zaczęliśmy fatalnie. Graliśmy może nie najgorzej, ale po remisie z Wartą Poznań w klubie odbyły się męskie rozmowy. Trzeba było przestać głaskać się po głowach. Od następnego meczu, wygranego w Bielsku-Białej, zaczął się marsz w górę. Na poważnie o awansie pomyślałem po zwycięstwie nad Arką Gdynia. Nadzieję straciłem po przegranej w przedostatniej kolejce z GKS-em Jastrzębie. Przed sobotnim meczem z Polonią Warszawa byłem na cmentarzu na grobach mamy i córki. Prosiłem o wygraną. O awansie dowiedziałem się dopiero pół godziny po meczu z Polonią. Nie ma to jak świętować wejście do ekstraklasy w Warszawie. Sukces dedykuję córce Milence oraz żonie Ani.

O ekstraklasie (sezon 2008/09)

Moim marzeniem jest, abyśmy nie stali się dostarczycielem punktów. Jestem jednak dziwnie spokojny, że nam to nie grozi. Z Piastem mam jeszcze kontrakt ważny przez rok. Chciałbym tutaj grać do końca kariery, mam nadzieję, że prezes jest podobnego zdania. Co jeszcze mogę osiągnąć w Gliwicach? Mam takiego jednego kibica. Pan Jurek od kilku lat zawsze mi powtarza, że jeszcze zagram w Lidze Mistrzów.

* * *

Naj, naj, naj Kaszowskiego w Piaście

Najlepszy piłkarz z którym grał

Adam Kompała. Niektórzy na niego narzekają, a ja uważam, że ma wielkie umiejętności. Pamiętam nasz mecz z Podbeskidziem, gdy w bielskiej drużynie grał jeszcze Adam. Trener kazał mi go wtedy kryć. Było ciężko...

Najgorszy piłkarz z którym grał

Michał Białek. Ściągnął go do nas trener Pietrzak. Co to był za charakter... Przyszedł do nas z niżej ligi i od razu chciał rządzić w szatni. Pieklił się, że nie gra w podstawowym składzie. Już go u nas nie ma.

Najlepszy trener w Piaście

Ex aequo stawiam na pierwszym miejscu Józefa Dankowskiego i Jacka Zielińskiego. Pierwszy ma doskonale podejście do zawodników. Może czasem był dla nas za dobry? Zielińskiemu nie udało się z nami awansować do ekstraklasy. Jednak potem udowodnił w Odrze Wodzisław i Groclinem Grodzisk Wlkp. jak świetnym jest szkoleniowcem.

Najlepszy prezes Piasta

Jacek Krzyżanowski. Można o nim mówić w samych superlatywach. Byłem też pod wielkim wrażeniem Zdzisława Wolnego, który szefował mi w Cleareksie Chorzów.

Najlepszy mecz w Piaście

Piast - Arka 3:1 (23 września 2007 roku)

Najgorszy mecz w Piaście

Piast - Znicz Pruszków 0:1 (18 kwietnia 2007 roku)

Skomentuj:
Kapitan Piasta awansował z nim od B-klasy do ekstraklasy
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Terminarz