Zresztą przy prezentowanej obecnie postawie władz miasta i władz klubu, które bardzo niechętnie dzielą się informacjami na temat wydatków i dochodów związanych z Grand Prix, trudno będzie o rzeczową dyskusję o korzyściach promocyjnych płynących z imprezy. Prezydent miasta przybył wprawdzie na spotkanie z komisją rewizyjną rady miasta i odpowiedział ogólnie na pytania dotyczące umowy na organizację tej imprezy, ale już prezes Stali i jego zastępca zaproszenie radnych całkowicie zignorowali, co oznacza, że pytania o zyski z imprezy, jakie osiągnął klub, pozostały bez odpowiedzi. Posługiwanie się przez miasto i klub wyliczeniami jakiejś mało znanej agencji, opisującej milionowe korzyści reklamowe, budzą raczej zażenowanie i nie mogą stanowić podstawy do jakichkolwiek kalkulacji. Argumentacja, że Grand Prix rozsławia województwo lubuskie od Nowej Zelandii po Anglię i od Włoch po Szwecję to wierutne dyrdymały i zwykła megalomania w mocno powiatowym wydaniu. Taka argumentacja mogłaby być skuteczna w odbiorze jeszcze 25 lat temu, kiedy każda impreza rodem z zagranicy była niczym powiew świeżego powietrza, ale dzisiaj każdy kibic żużla wie jedno - Grand Prix to impreza ważna, albo nawet bardzo ważna dla gorzowian, Lubuszan i polskich kibiców żużla, ale światowa publiczność sportowa o tej imprezie nic nie wie i wiedzieć nie będzie, gdyż kibiców żużla poza Polską można policzyć na liczydle.
Gorzów może i powinien się promować w Polsce, bo na świat niestety nie mamy żadnych argumentów. Jeden z internautów ironicznie zapytał: czym chcemy ująć świat? Katedrą i jeziorem w Nierzymiu? To dla turystów dużo za mało! Gorzów nie musi być sławny na świecie, bo Gorzów musi być przyjazdy przede wszystkim jego mieszkańcom. Oni zaś żądają ulic z równą nawierzchnią, parkingów, wygodnej komunikacji i sportowej alternatywy dla żużla (Bulwar nad Wartą to jest prawdziwa promocja miasta). Jeśli tego nie będzie to żużlowe Grand Prix już w tym roku będzie przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, albo też krawatem noszonym do gumiaków. Innym problemem jest termin tegorocznej imprezy, która pokrywa się z ćwierćfinałem mistrzostw Europy w piłce nożnej i Pucharem Świata w siatkówce.
Coś mi się wydaje, że tylko dwaj mieszkańcy naszego miasta - prezydent i prezes klubu - wpadli w niepojęty zachwyt nad Grand Prix i szukają kolejnych pieniędzy wyłącznie po to, aby napchać klubową, żużlową kasę. Gdyby zyski z imprezy trafiały bądź do kasy miasta, bądź byłyby dzielone na pozostałe gorzowskie klubu, które w większości mogą paść jeszcze tej wiosny, byłbym po ich stronie, ale obecnej polityki w tym względzie zaakceptować nie mogę. A jeśli prezydent miasta zapyta, kto lub co bardziej zasługuje na promocję niż żużlowa Grand Prix to mu podpowiem: bodaj najlepszy
klub jazzowy w Polsce, czyli Jazz Club Pod Filarami, świetny teatr imienia Osterwy lub muzycy - Adam Bałdych, czy Piotr Bukartyk. To firmy, które nasze miasto skutecznie promują w Polsce już dzisiaj i im warto pomóc inwestując nie tylko miejskie, ale i marszałkowskie pieniądze, bo te inwestycje opłacą się nam wszystkim, nie tylko kibicom żużla. Wierzę, że gorzowianie, jadący codziennie ulicą Estkowskiego, Warszawską lub Drzymały, myślą podobnie.