Otóż dziką kartę na GP Nowej Zelandii otrzymał Anglik Jason Bunyan, postać w światowym żużlu niemal nieznana. Widziałem już w życiu różne dzikie karty, ale ta jest szczególna. Bunyan w ostatnich latach kilka razy wygrał wprawdzie mistrzostwa Nowej Zelandii, tyle tylko, że w tych mistrzostwach juniorzy Stali zajęliby wszystkie miejsca na podium. Szczęśliwy posiadacz dzikiej karty w ostatnim sezonie reprezentował barwy angielskiego drugoligowca - Plymouth. Osiągnął tam średnią biegową 1,3 pkt, co oznacza, że w drugoligowej klasyfikacji uplasował się poza pierwszą pięćdziesiątką. To z kolei oznacza, że takiego asa w bądź co bądź światowym cyklu jeszcze nie było. Świetnie wpasuje się w biegi z Hansem Andersenem i Peterem Ljungiem. Myślę zresztą, że
Nowa Zelandia, kraj o liczbie ludności porównywalny ze Słowenią, czy Estonią, to zły kierunek dla ekspansji żużla i oglądając pierwszy, a być może zarazem ostatni turniej, przekonamy się o tym na własne oczy.
Inną ciekawostką ostatnich dni jest wywiad z Pawłem Hlibem zamieszczony w "Tygodniku Żużlowym". Hlib żali się tam na swój los i sam siebie pyta, czy żużel jest jeszcze dla niego. Najciekawsze jest jednak coś, czego w rozmowach z żużlowcami trudno uświadczyć - mianowicie samokrytyka. Paweł Hlib mówi niemal wprost, że to, co się z nim dzieje, w przeważającej mierze jest jego winą i gdyby mógł cofnąć czas, zmieniłby swoje życie. Osobiście nie sądzę, aby Hlibowi dano jeszcze jedną szansę - zbyt wiele ich zmarnował (chyba że Piła, u boku Piotra Śwista). Kraje mi się serce z żalu, że ten chłopak zmarnował taki potencjał i taką moc talentu.
Przy okazji - i tu kolejna ciekawostka - czytam, że Stal Gorzów jest zainteresowana startami w naszym barwach Oskara Golloba - syna Jacka. Oskar jak na razie w żużlu jeszcze niczego nie osiągnął i nie wiemy nawet, czy ma do tego sportu smykałkę. Wiemy natomiast, że młodsi od niego Zmarzlik i Cyfer to już młodzieżowa kadra
Polska. Jaki jest więc sens kombinować z importowanym kotem w worku, kiedy po raz pierwszy od wielu lat mamy własne talenty i gwarancję, że tak szybko od nas nie wyfruną? Czy mamy padać na nos przed samym dźwiękiem nazwiska Gollob, nawet jeśli nie wiemy, czy chłopak potrafi porządnie złamać motocykl na zakręcie?
Na koniec wieści z żużlowego balu charytatywnego, na którym zbierano pieniądze na gorzowskie hospicjum. Cel szczytny, akcja z roku na rok rosła w siłę i nie sądziłem, że przyjdzie mi na ten temat napisać choćby słowo krytyki, bo to trochę tak, jakby krytykować Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, że mogłaby zbierać więcej i szybciej. A jednak! Na balowych aukcjach zebrano w tym roku mnie pieniędzy niż w latach poprzednich, ale to przecież żaden wstyd! W przyszłym roku może być przecież lepiej. Ale nie. Postanowiono zadbać o efekt propagandowy, że to niby co roku jest więcej i więcej, balon musi puchnąć z dumy. Pan prezydent Tadeusz Jędrzejczak wraz z radnym Romanem Sondejem postanowili w nietypowy sposób wspomóc efekt zbiórki i ogłosili, że właśnie oto - w imieniu rady miasta - dorzucają do puli 100 tys. zł. I wszystko byłoby pięknie, gdyby tylko było prawdziwe. A nie było i to z kilku powodów. Po pierwsze bowiem rada miasta w uchwale budżetowej, podjętej jeszcze w końcu ubiegłego roku, przeznaczyła dla hospicjum 100 tys. zł i nie miało to nic wspólnego z jakimkolwiek balem i jakąkolwiek zbiórką. Zaliczenie tej kwoty w poczet balowych sukcesów jest zwykłą bezczelnością i nieprzyzwoitością, zupełnie nie przystającą do samej idei. Mało tego. Przypomnieć trzeba, że obaj panowie - posłańcy tej wieści - byli takiej budżetowej dotacji przeciwni! Rodzi się więc brzydkie podejrzenie, czy cała zbiórka jest równie wirtualna i czy służy potrzebującym, czy też nachalnej propagandzie?
Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny