http://www.sport.pl//i/obrazki/sport_pl/hp2009/search-blank.gifhttp://www.sport.pl//i/obrazki/sport_pl/hp2009/search-blank.gifhttp://www.sport.pl/i/obrazki/sport_pl/hp2009/search-google.gif

Wszystkie serwisy

Z cyklu: "Nieznani, a szkoda": Grzegorz Filipowski

zczuba
2007-07-31, ostatnia aktualizacja 2007-07-31 00:00

Stwierdzenie, że Grzegorz Filipowski to sportowiec nieznany jest nie całkiem prawdziwe, gdyż na małym krajowym podwórku łyżwiarskim nie miał szans na bycie nieznanym. W końcu był i niestety wciąż pozostaje, jedynym polskim łyżwiarzem figurowym - solistą, który na zawodach walczył o medale, a nie utrzymanie równowagi na lodzie. Nie zmienia to faktu, że ludzkość (no może poza Przemysławem Babiarzem) o nim zapomniała.


W 1966 Anglicy wygrali Mundial, na świat przyszedł Eric Cantona, a 28 lipca w Łodzi urodził się Grzegorz Filipowski. Nie wiemy, czy po porodzie pielęgniarki powiedziały "macie państwo pięknego łyżwiarza", ale mały Grześ do szkółki łyżwiarskiej trafił już w wieku pięciu lat. Ku rozpaczy naszej i naszych ojców, a ku radości matek, bardziej niż śmiganie z kijem pociągały go lodowe pląsy. Jego wybór okazał się jednak trafny. W końcu wśród młodych hokeistów zawsze dość duża konkurencja, a zanim człowiek się wybije, o ile w ogóle, to może wyglądać tak i wtedy już nici z randki.

W dodatku już w głębokim wieku juniorskim Grzegorza uznawano za wielki talent i twierdzono, że "świetnie się zapowiada". Mówiło się też, że "wykazywał wyjątkową zdolność do szybkiej rotacji". W tym momencie przychodzi nam do głów tylko jedno:



Wraz z Filipowskim wzrastały jego łyżwiarskie umiejętności. Brylował w zawodach juniorskich w kraju i zagranicą. W wieku 12 lat, po zawodach w Hadze, dziennikarze okrzyknęli go najbardziej obiecującym zawodnikiem turnieju (nie wiemy, co dokładnie im naobiecywał, ani czy obietnic dotrzymał), a nim skończył czternaście lat, był już czwartym młodzikiem Europy i Świata. W 1980 zadebiutował jako senior na Mistrzostwach Świata w Dortmundzie. Grzegorz zajął 15 pozycję, co uznano za wstęp do znakomitej, wciąż "świetnie się zapowiadającej" kariery. Rok później wywalczył swoje pierwsze mistrzostwo Polski, którego skutecznie, no może nie aż tak, ale w każdym razie bronił aż do 1986.

Na jego sukcesy międzynarodowe trzeba było jednak jeszcze poczekać. Pierwszy medal, brązowy, przywiózł z kontynentalnego czempionatu w 1985. W kolejnych sezonach nie udawało mu się wrócić na podium, chociaż dwukrotnie lądował tuż za nim. W wolnych chwilach wciąż "świetnie się zapowiadał". Tu z kolei najlepszy zapowiadacz wszechczasów.

Opinię o Filipowskim, jako supertalentcie potwierdziło wywalczone w 1988 5. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Calgary. Dla miłośników "South Parku" - zwycięzcą był wtedy Brian Boitano

Na pudle ME Filipowski ponownie stanął w 1989. Tym razem wywalczył wicemistrzostwo. W tym samym roku osiągnął swój największy sukces - trzecie miejsce podczas MŚ w Paryżu, zostając pierwszym polskim medalistą mistrzostw świata w łyżwiarstwie figurowym. Jego wyczyn powtórzyli dopiero po dziesięciu latach Dorota i Mariusz Siudkowie. Sukcesy Filipowskiego docenili kibice, dzięki którym zajął 7. miejsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego, zostając tym samym pierwszym łyżwiarzem figurowym, który znalazł się w pierwszej dziesiątce tego jakże prestiżowego konkursu.

Nasz mały bohater medal Mistrzostw Świata mógł, a nawet powinien zdobyć jednak rok wcześniej, w Budapeszcie. Po jeździe obowiązkowej był drugi. Przed programem dowolnym wycofał się prowadzący zawodnik, co sprawiło, że Filipowski wskoczył w żółte łyżwy lidera. Nie wytrzymał jednak napięcia, pojechał fatalnie i zamiast mistrzostwa przywiózł czwarte miejsce. Tym samym trafił do średnio zaszczytnego klubu zawodników z presją sobie nie radzących, którego prezesem jest ten pan.

Największy sukces Grzegorza Filipowskiego okazał się jednak jego ostatnim momentem sportowego tryumfu. Już nigdy więcej nie stanął na żadnym na podium, a po igrzyskach olimpijskich w 1992 roku, gdzie zajął 11 miejsce przeszedł na zawodowstwo, czyli, tłumacząc z łyżwiarskiego na polski, zakończył karierę. Łącznie 11 razy wystąpił w ME, gdzie zajmował średnio lokatę nr 5.36. Dziesięć razy uczestniczył w MŚ, na których statystycznie był 10. W historii łyżwiarstwa zapisał się jako pierwszy zawodnik, który wykonywał kombinację dwóch potrójnych skoków - toeloopów. Ten z nas, który przyznał się do oglądania łyżwiarstwa figurowego, twierdzi że to tak, jakby wymyślił bramkę z główki - czyli niby fajnie, ale trochę to za mało, aby stać się legendą. Do tego trzeba by było, jak Elvis Stojko, zacząć skakać skoki poczwórne lub regularnie powtarzać kombinacje tych skoków, niczym Jewgienij Pluszczenko.

Po przejściu na zawodowstwo Filipowski wreszcie przestał się świetnie zapowiadać. Zamieszkał w Kanadzie, gdzie jednak zamiast wreszcie złapać za hokejowy kij (bo jak nie tam to gdzie?), ciągle jeździł po lodzie bez niego. Jako zawodowiec został nawet łyżwiarskim mistrzem Kanady, a po definitywnym zakończeniu łyżwiarskiej kariery w 1997 zaczął trenować short trackowców.

Tak mniej więcej przedstawia się kariera Grzegorza Filipowskiego, zawodnika, który od początku do końca kariery "świetnie się zapowiadał". Z jednej strony można się z tego śmiać i twierdzić, że zachwyt nad jego osobą zawdzięczał wyłącznie brakowi konkurencji na krajowym podwórku. Medale, które może powiesić sobie nad łóżkiem o czymś jednak świadczą i co by o Filipowskim nie powiedzieć, to był dobrym, solidnym i utalentowanym łyżwiarzem. My jednak i tak żałujemy, że nie został hokeistą. Ale przynajmniej "świetnie się zapowiadał".

PIŁKA NOŻNA
PIŁKA NOŻNA

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów