Sport.pl

Katar - ziemia obiecana Jacka Bąka

Taki kontrakt zdarza się raz. Do Kataru jadę dla pieniędzy. Gdybym miał 25 lat, na pewno bym nie pojechał - mówi Jacek Bąk, kapitan reprezentacji Polski, piłkarz katarskiego Al-Rayaan
Dariusz Wołowski: Miała być Wisła, potem Legia, wreszcie Celtic, a wylądował Pan w Katarze. Czy Al-Rayaan to klub dla reprezentanta Polski, który walczy o awans na mundial?

Jacek Bąk: O lidze w Katarze rozmawiałem z Sonnym Andersonem, który gra w moim Al-Rayaan. Mówił, że liga jest fajna, kraj bezpieczny. Grał tam Batistua, Hierro, Leboeuf, gra Desailly i kilku innych znanych piłkarzy. W Al-Rayaan występują Anderson, Frank de Boer, kupują własnie Jay Jay Okochę z Boltonu. Bez wątpienia jednak poziom jest znacznie niższy niż we Francji, dlatego nie będę nikogo oszukiwał - pojechałem do Kataru ze względu na finanse. Mam 32 lata.

Nie mógł Pan pograć w Legii do MŚ w Niemczech, a do Kataru pojechać później?

- Taka propozycja zdarza się raz na kilkanaście lat, dlatego nie mogłem zwlekać. Bardzo chciałem grać w Legii, to było zawsze moim marzeniem. Myślałem, że Lens zapłaci mi odszkodowanie za wcześniejsze rozwiązanie kontraktu i wtedy Legia nie będzie musiała płacić mi wiele. Ale okazało się to niemożliwe. Poza tym klub ze stolicy trochę się asekurował, najpierw proponowała mi dwuletnią umowę, potem już tylko na rok z opcją przedłużenia. A propozycja z Kataru od trenera Luisa Fernandeza była nadzwyczajna. Zastanawiałem się jeszcze nad Celtikiem, ale powiedziałem im, że mają dwa dni na załatwienie umowy, bo muszę się ostatecznie zdecydować i dać odpowiedź Fernandezowi. Dwa dni im nie wystarczyły.

To ile będzie Pan zarabiał?

- Nie chcę bulwersować ludzi w Polsce, którzy niewiele zarabiają. Na pewno zarobię znacznie więcej niż w lidze francuskiej [ok. miliona euro rocznie - red.]. Podpisałem kontrakt na rok i 23 sierpnia wyjeżdżam. Na razie sam, rodzina przyjedzie za miesiąc, półtora. Mam już dom i samochód.

Nie mógł Pan zostać we Francji?

- Mogłem, nawet w moim Lens. Trener dzwonił do mnie dwa-trzy razy dziennie i przekonywał, że widzi dla mnie miejsce w podstawowej jedenastce, bo pewniak na środku obrony Vitorino Hilton chciał ze mną grać. Rozmawiałem też z prezesem, który namawiał mnie, bym wypełnił kontrakt. Ale ja chciałem coś zmienić. W końcu prezes stwierdził, że nie będzie mnie zatrzymywał z pistoletem przyłożonym do skroni. Mam więc satysfakcję, że z Lens nikt mnie nie wyrzucił.

Wyjeżdża Pan w chwili, gdy reprezentacja gra mecze decydujące o awansie na mundial.

- Sprawę wyjazdu do Kataru uzgadniałem z trenerem Janasem. On sam był piłkarzem i wie, że takiej propozycji jak ta nie można przegapić. Rzecz jasna, gdy się ma 32 lata. Bo gdybym miał 25, to oczywiście do Kataru bym nie pojechał.

A co będzie z Pana formą?

- Zależy mi na niej na tyle, że gdybym poczuł, iż tracę formę, poproszę o indywidualne treningi. Zrobię wszystko, żeby ją utrzymać. Reprezentacja będzie moją inspiracją. Jako chłopak miałem trzy marzenia: zagrać w Legii, w zagranicznym klubie i w kadrze. Dwa ostatnie się spełniły.

Legia to rozdział zamknięty?

- Nie. Być może za rok w niej zagram. Tylko nie wiem, czy będą mnie chcieli.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że Katar to dla piłkarza niemal ziemia obiecana.

- Gwiazdy zarabiają tam naprawdę bardzo dużo. Ale miejscowi piłkarze już nie. O ile wiem, to kluby w Katarze nie są bogate, ale federacja, chcąc podwyższyć prestiż rozgrywek, daje im pieniądze na sprowadzanie sławnych piłkarzy. Ja gwiazdą nie jestem, ale miałem silne poparcie trenera Fernandeza. Dlatego będą płacić mi tyle, ile najlepszym.

W Katarze obowiązuje prohibicja. Nie napije się Pan nawet wina do obiadu. Sądzi Pan, że łatwo zaadoptuje się w nowym środowisku?

- Za alkoholem nie przepadam, więc tęsknił nie będę. Gorzej żona, która lubi martini. A co do adaptacji, to czego ja się mogę teraz bać? Gdy wyjeżdżałem z Polski do Francji, miałem 21 lat, nie znałem języka i wtedy były podstawy, by się martwić. Teraz wyjeżdżam do kraju, gdzie znam język i specjalnych kłopotów z aklimatyzacją nie przewiduję.

Ale na mecze reprezentacji trzeba będzie jeździć daleko, a Paweł Janas do Kataru raczej się nie wybierze.

- To tylko pięć godzin lotu. Dla mnie to nie będzie żaden problem. Myślę, że dla trenera też nie. Mam dziesięć darmowych biletów do Kataru. Gdyby PZPN nie chciał trenera wysłać na mecz Al-Rayaan, mogę mu jeden podarować. Tyle że nasz Związek jest wystarczająco bogaty.

Czy Jacek Bąk długo będzie grał jeszcze w reprezentacji Polski?

- Już bardzo niedługo. Kiedyś myślałem, że my, Polacy, powinniśmy wyciskać każdego piłkarza jak cytrynę, bo nie mamy gwiazd. Ale ostatnio zmieniłem zdanie. Jest młodzież - Głowacki, Dudka, Jop - niech dostaną swoją szansę.

Dokładnej daty odejścia nie określę, bo nie będę się potem wygłupiał i wszystkiego odwoływał. Ale sądzę, że mój koniec w kadrze jest już bliski. Łza się zakręci, ale to w końcu nieuniknione. Zobaczę, co będzie z mundialem w Niemczech, i podejmę decyzję.

A co może być z mundialem w Niemczech?

- Wiem, wiem. Wszyscy dopisują nam już sześć punktów za mecze z Austrią i Walią, sądząc, że sprawa awansu jest przesądzona. A ja wiem, że będą to najtrudniejsze mecze tych eliminacji. Presja jest wielka, do stracenia coraz więcej. Ale chciałbym bardzo pojechać jeszcze na mundial i zmazać plamę sprzed czterech lat.

Czyli których błędów nie powtórzyć?

- Wtedy za mocno napompowany był ten balon. Doszło do tego, że wszyscy myśleli, iż mecz z Koreą będzie dla nas spacerkiem. To było zupełnie niepotrzebne.

Czym różni się trener Janas od trenera Engela?

- Wszystkim.

Czyli?

- Zostawny w spokoju porównania.

Czy jest coś, co Pana zaskoczyło w obecnej reprezentacji?

- Frankowski. Kiedy dostał powołanie, nawet mi przez głowę nie przeszło, co to za facet. Spaceruje sobie po boisku, a wystarczy, że raz kopnie, i jest gol. Pod bramką ma wręcz niewiarygodnego nosa. Spełnia tę samą funkcję co Olisadebe w poprzednich eliminacjach. Można nawet powiedzieć, że to taki biały Oli.

A może mogliby grać obaj? W meczu z Wisłą Olisadebe zagrał dobrze, zdobył gola.

- Na pewno przydałby się kadrze, ale to moje zdanie, które nie ma znaczenia. Liczy się to, co myśli trener Janas.

Tomasz Hajto boczy się za to, że nie dostaje powołań.

- Tomek też mógłby nam jeszcze wiele pomóc, ale nie ma co się boczyć. Piłka taka jest: dziś jesteś, jutro cię nie ma. Z tym musi się liczyć każdy z nas.

Dalczego tak niewielu Polaków gra w najlepszych ligach?

- Bo nasza liga jest słaba, a piłkarze drodzy. Na przykład Francuzi za jednego Polaka mogą sprowadzić dwóch graczy z Afryki. I z reguły lepiej na tym wychodzą.

Ale nawet taki talent jak Maciej Żurawski czekał na propozycję z zagranicy kilka lat.

- Maciek wyjechał stanowczo za późno, ale dobrze, że w ogóle się udało.

A Wisła zrobi psikusa i do Ligi Mistrzów awansuje bez niego i Szymkowiaka.

- Samo życie. Ale Żurawski i tak nie powinien żałować. Jak mówię, dla niego byłoby lepiej, gdyby wyjechał kilka lat temu. Ja miałem 21 lat i się nie wahałem. A teraz, po dziesięciu latach w lidze francuskiej czuję, że moje marzenie się spełniło. Mam nadzieję, że Żuraw zdąży spełnić swoje.

Jaka jest ta dzisiejsza kadra?

- Wiem, wiem. Wszyscy wiedzą, że nie gramy wielkiej piłki. Ważne, że wygrywamy. To sprawia, że atmosfera jest doskonała.

Ma Pan pomysł na to, co będzie robił po zakończeniu kariery?

- Mam. Chcę odpocząć od piłki. Od 15. roku życia wszystko kręci się wokół futbolu, więc jestem trochę zmęczony. Tyle że jak człowiek posiedzi w domu miesiąc lub dwa, to znów ciągnie go na boisko. Koledzy opowiadali mi, że futbol jest jak narkotyk i niełatwo się z niego wyleczyć. Ja chciałbym się zająć biznesem. Mam brata ciotecznego, który już osiem lat prowadzi firmę reklamową. Mieszkał będę w Lublinie, choć zostawię sobie także mieszkanie we Francji. Kupiłem też dworek w Lwówku Śląskim i nawet chcieli go ode mnie odkupić Niemcy, ale nie sprzedałem.

A może zainwestuje Pan w futbol?

- Nie. Chyba że wygram w totolotka.

Pana były kolega z kadry Jacek Zieliński został trenerem Legii.

- Ja trenerem być nie chcę, choć uzbierało się doświadczeń i pewnie umiałbym je przekazać. Ale Jacek też ma wiele doświadczeń, jest inteligentnym człowiekiem, na pewno znakomitym trenerem, a i tak wszyscy tylko patrzą, czy Legia wygrywa, czy nie. Nie ma innego kryterium w tym fachu.

Głośno jest o korupcji w polskiej piłce. Grał Pan kiedyś w ustawionym meczu?

- Nie. Ale ja wyjeżdżałem z Polski w wieku 21 lat. Nikt nie składa tak młodemu człowiekowi korupcyjnych propozycji ani nie wtajemnicza go w takie rzeczy.

Do reprezentacji Francji wrócił Zinedine Zidane. Co może dać kadrze?

- Taki talent jak on pojawia się raz na kilkadziesiąt lat. I choć dziś to już nie jest ten sam Zidane co trzy lata temu, wciąż jest dość dobry, żeby grać w kadrze. Na pewno da drużynie otuchę, doświadczenie.

Może będzie miał Pan następcę? Pański syn gra w piłkę.

- Ale piłkarzem chyba nie będzie. Ja mu na pewno nie pomogę, bo w futbolu nie ma nic na siłę. Trzeba mieć masę determinacji. Ja uciekałem ze szkoły na treningi Motoru Lublin. Czasem byłem jedynym widzem na trybunach. Gdy miałem 13 lat, Lesław Ćmikiewicz wziął mnie na trening pierwszej drużyny. Do 15 lat uprawiałem piłkę, koszykówkę i hokej na lodzie. W kosza rzucałem po 50 pkt w meczach ligi szkolnej i do dziś jestem niezły. Po jednym z turniejów hokeja, gdy zostałem królem strzelców, dostałem propozycję wyjazdu do Nowego Targu. Ale już wtedy zdecydowany byłem na piłkę.