Sport.pl

Historia rodziny Dziurowiczów

O Ojcu mówiono, że gdy wchodził do toalety, to papier prostował się ze strachu. O Juniorze, że jest skazany na przejęcie schedy po Magnacie
Po wywiadzie, który zdetonował w "Gazecie" Piotr Dziurowicz, już nic w naszym futbolu nie będzie takie samo. Przynajmniej nie powinno. Jego opowieść jednocześnie kończy obecność w polskiej piłce rodziny wyjątkowej. Drugiej takiej w polskiej piłce nie było.

Nazwisko Dziurowicz nierozerwalnie łączy się z nazwą GKS Katowice. Rządy Dziurowiczów trwały w tym klubie 28 lat. Za ich czasów przeciętny klubik z II ligi stał się potentatem, który cztery razy zdobył wicemistrzostwo i trzy razy Puchar Polski. Ale Dziurowiczom nie udało się zrealizować swojego największego marzenia - choć parę razy było blisko - GKS nigdy nie zdobył mistrzostwa Polski...

Era Dziurowiczów w futbolu zaczęła się w 1977 r. Na przyjęciu urodzinowym u Mariana Dziurowicza, wówczas pracującego w Katowickim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego, Wacław Bokacki, ówczesny prezes GKS-u, żalił się, że sekretarze komitetu miejskiego mają pretensje do klubu, że piłkarze są wciąż w drugiej lidze. A potem zapytał Dziurowicza, czy przydzieliłby mu mieszkanie z górniczej puli. "Swoją willę sprzedam, a pieniądze dam na transfery zawodników. Wtedy wejdziemy do pierwszej ligi" - miał powiedzieć.

Jeszcze w tym samym roku Dziurowicz został wiceprezesem GKS-u. W ten sposób zaczął się złoty okres w dziejach klubu. Okres zakończony największym upadkiem.



1. OJCIEC

Marian Dziurowicz. W całej historii polskiego futbolu nie było działacza, który budziłby w środowisku taki strach. Na widok Dziurowicza piłkarze, działacze, trenerzy zachowywali się irracjonalnie: mieszali się, jąkali, czerwienili, nie wiedzieli, co powiedzieć. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, grymas prezesa i zaczynali piać dyszkantem. - Jak pan Dziurowicz wchodził na stadion, to nawet papier w toalecie prostował się ze strachu... - opowiadał mi Franciszek Sput, bramkarz-legenda katowickiego klubu.

Order uśmiechu

Był niezrównany w zakulisowych rozgrywkach. Kiedy trzeba było, w czasie jednej kolacji potrafił z wroga zrobić sojusznika. Oponenci po kątach zarzucali mu oschłość i autokratyczny styl działania.

W środowisku piłkarskim przylgnęła do niego ksywka "Magnat". Był wyniosły, oschły, nie pozwalał sobie przerywać. Kiedyś cała Polska usłyszała w dzienniku TVN, jak powiedział do żurnalistów: "Panowie, k..., dajcie odpocząć". Czasem zgadzał się na wywiad. Podawał dłoń dziennikarzom, nie odrywając łokcia od oparcia ulubionego fotela. Kiedyś zaspany odebrałem w domu telefon. - Pan Czado? Sekretariat prezesa Dziurowicza. Łączę - usłyszałem w słuchawce. Dziurowicz senior miał do mnie wtedy pretensje o jakiś tekst. Rozmowa była burzliwa, trwała parę minut. Pokłóciliśmy się, przynajmniej tak mi się wydawało.

- Ale dlaczego stoisz na baczność? - zapytała żona, kiedy odłożyłem słuchawkę.

Kiedy tracił panowanie nad sobą, był nieobliczalny. W maju 1995 r. GKS grał z Sokołem Tychy. Sędziował Andrzej Czyżniewski z Gdańska. Klub z Katowic przegrał. Po meczu Dziurowicz zbeształ arbitra. "Ty poje... sk..., wykończę cię, a twoi liniowi zgniją w III lidze, wyp..." - usłyszał oniemiały. Poskarżył się do PZPN-u. Miesiąc później ówczesny prezes Kazimierz Górski stwierdził, że nie ma dowodów, że Dziurowicz obraził sędziego. Czyżniewski bardzo szybko wyleciał z ekstraklasy i skończył karierę.

Ale Dziurowicz senior potrafił być sympatyczny. Doświadczyłem tego parę lat przed jego śmiercią, kiedy zamknęliśmy się w siedzibie Śląskiego Związku Piłki Nożnej na sześć godzin i rozmawialiśmy o piłce. To była interesująca rozmowa... Trudno w to uwierzyć, ale w kwietniu 1999 r. Marian Dziurowicz dostał Order Uśmiechu - jedyne na świecie odznaczenie przyznawane dorosłym przez dzieci.

W piłce miał jeden cel: mistrzostwo dla GKS-u. To była jego obsesja, której nigdy nie zrealizował. Teraz, po latach, potwierdziło się, że nie do końca grał czysto. Ile meczów kupił dla "Gieksy", pozostanie na zawsze jego tajemnicą...

Aerodynamiczne tamy izolacyjne

Rodzina Dziurowiczów pochodzi z Sosnowca. Według szkolnych dokumentów ojciec Mariana Czesław był furmanem. Karierę zrobił wuj Bogdan Kiełb - został infułatem sosnowieckim, wikariuszem generalnym diecezji kieleckiej. Rodzina Dziurowiczów mieszkała przy ulicy Pustej w Pogoni, najstarszej dzielnicy Sosnowca. Matka Mariana umarła jeszcze przed wojną. W 1941 r., gdy Marian miał niecałe sześć lat, gestapo aresztowało ojca. Ktoś doniósł, że ukrywa żydowskie dzieci. Macocha nie chciała opiekować się Marianem i jego młodszym bratem Witoldem. Marian zarabiał na jedzenie, wykupując folksdojczom kartki żywnościowe. O piątej rano stawał w kolejkach. Potem Witolda wzięła do siebie ciotka, a Mariana - wuj Stanisław, nauczyciel matematyki. Ojciec nie wrócił z Oświęcimia. Marian do wujka mówił czasem "tato".

Jako junior grał w piłkę we Włókniarzu Sosnowiec, ale karierę przerwała mu kontuzja. Został za to wicemistrzem Śląska w ping-pongu. Po liceum zdał na Wydział Górniczy Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Wyprowadził się z domu wuja. Gdy został inżynierem, zapisał się do PZPR.

Przeszedł wszystkie szczeble kariery w górnictwie: zaczął jako sztygar zmianowy w kopalni Sosnowiec, skończył jako dyrektor generalny drugiego stopnia w Katowickim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego. Wspinał się systematycznie: kiedy przepisy tego wymagały - uzupełniał wykształcenie, kiedy do awansu potrzebny był odpowiedni staż - pracował tak długo, jak trzeba. W 1979 r. obronił doktorat na temat "Określenie szczelności oraz charakterystyk aerodynamicznych tam izolacyjnych".

Działał w Stowarzyszeniu Inżynierów i Techników Górnictwa, wybrano go na delegata na V Kongres Związków Zawodowych w 1962 r. Wspomina, że siedział w jednej ławie z Janem Szydlakiem i Zdzisławem Grudniem, później członkami Biura Politycznego KC PZPR. Miał wtedy 27 lat.

- W tamtych czasach członkowie dozoru górniczego musieli należeć do partii. W 1956 r. byłem bardzo aktywny, miałem nadzieję, że to, o czym mówi Władysław Gomułka, zmieni nasze życie na lepsze. Ale po roku wszystko wróciło do wcześniejszego stanu. Rozczarowałem się. Przyrzekłem sobie, że nigdy nie będę robić kariery politycznej - opowiadał mi kiedyś Dziurowicz. Zmienił zdanie dopiero przed śmiercią. W 2001 r. postanowił wystartować z listy PSL w wyborach parlamentarnych. Przepadł, choć dostał 7 tys. głosów

Wpisz, podpisz się

Działaczem sportowym został dzięki Romanowi Stachoniowi. Stachoń, w latach 30. członek PPS, po wojnie - PZPR, był posłem siedmiu kadencji, związkowcem i kibicem Ruchu Chorzów. Przez dziewięć lat - do śmierci w 1987 r. - był prezesem Śląskiego OZPN.

Stachoń zaproponował mu prezesurę podupadłego zapaśniczego klubu Siła Mysłowice. Wkrótce Siła zaczęła seryjnie zdobywać drużynowe mistrzostwa Polski. Tak Dziurowicz trafił do sportu.

W zjednoczeniu miał dwie sekretarki, jedną od spraw górniczych, drugą sportowych. Sekretarka prowadziła zeszyt. Podwładny dostawał zadanie. Dziurowicz pytał: "Ile chcesz czasu? Wpisz. Podpisz". Gdy mijał termin, sekretarka kładła mu na biurko kartkę. Wzywał pracownika. "Co z tym zadaniem?" - pytał. "Jaki chcesz następny termin? Wpisz, podpisz się". Następnym razem pytał inaczej: "Gdzie chcesz iść pracować? U mnie nie masz już miejsca".

W 1995 r. został prezesem PZPN-u. Pierwszego dnia po wyborach pojawił się w siedzibie związku w Alejach Ujazdowskich. Była punkt ósma. "Od której się tu pracuje?" - zapytał jakiegoś pracownika, który plątał się po pustym budynku. "Od 8 do 16". Następnego dnia o ósmej byli wszyscy.

Działacze piłkarskiej centrali przeżyli szok. Rozbisurmanionych warszawskich paniczów, ale i prowincję mocno złapał i krótko trzymał. - Wybraliśmy go demokratycznie i w tym momencie demokracja w PZPN-ie się skończyła - przyznawano w Warszawie. Szybko dorobił się wrogów. Nie ukrywał, że należał do partii, więc oponenci zrobili z niego postkomunistycznego dinozaura, działającego starymi metodami w nowej rzeczywistości. A Dziurowicz nie robił nic, żeby ten wizerunek zmienić. Fatalny medialnie, beznadziejnie wypadał w telewizji.

Zawdzięczamy mu Śląski

Nazwisko Dziurowicz stało się znane także gospodyniom domowym od 1998 roku. Futbolową wojnę wytoczył mu ówczesny prezes UKFiT-u Jacek Dębski. Minister sportu chciał wyjaśnić wątpliwości związane z przetargiem dotyczącym transmisji telewizyjnych i zerwanym kontraktem PZPN-u z Pumą. Jednak Dziurowicz nie chciał się zgodzić na kontrolę, więc Dębski go zawiesił. Minister uważał, że Dziurowiczem powinien zająć się prokurator. Wobec prezesa PZPN-u wytoczono mnóstwo zarzutów. Urząd Kontroli Skarbowej sprawdzał, czy związek prawidłowo płaci podatki. NIK kontrolował, czy związek działał zgodnie z prawem. Na Dziurowicza nic nie znaleziono! On sam wygrał z Dębskim kilka spraw w NSA. Jednak związek popadł w kłopoty finansowe - za Dziurowicza nie płacono VAT-u, twierdząc, że jako stowarzyszenie nie muszą tego robić. Ministerstwo Finansów zażądało jednak ponad 10 mln zł jego zwrotu, NSA przychylił się do tego stanowiska. Część długów związku umorzono, ale nowe władze PZPN-u musiały resztę spłacić.

We wrześniu 1999 r. Dziurowicz przegrał wybory na prezesa PZPN-u z Michałem Listkiewiczem.

Mimo kłopotów ze zdrowiem (dwa zawały, nowotwór), do końca pracował w Śląskim ZPN-ie, którego prezesem był od 1991 r. Zmarł w czerwcu 2002 r. Miał 66 lat.

Wielu Ślązaków ceni Dziurowicza za coś zupełnie innego. Powszechna jest opinia, że to on uratował Stadion Śląski. Taka jest prawda: to Dziurowicz senior w 1991 r. podjął bój o rozpadający się stadion, on czyścił klamki u najważniejszych urzędników w państwie, on oprowadzał po Śląskim Aleksandra Kwaśniewskiego. Dzięki niemu rozpoczęła się jego modernizacja, dzięki niemu Śląski jest - co Warszawie jest bardzo nie w smak - największym i najnowocześniejszym dziś stadionem w Polsce.



2. SYN

Pierwszy raz kibice usłyszeli o młodych Dziurowiczach we wrześniu 1998 r. Na zgromadzeniu akcjonariuszy sportowej spółki akcyjnej GKS Marian Dziurowicz postanowił przenieść prawa do swoich akcji na starszego Marka (wówczas studenta Akademii Ekonomicznej w Katowicach) i młodszego Piotra (studenta prawa Uniwersytetu Śląskiego).

Niech mnie Pan nie gryzie

Marek został członkiem rady nadzorczej spółki, Piotr - wiceprezesem ds. sportowych. Śmialiśmy się wtedy, że na Bukowej zapanowała pajdokracja - średnia wieku działaczy GKS-u obniżyła się nagle o kilkadziesiąt lat. Wówczas jeszcze nikt nie wierzył, że synowie starego prezesa będą mieli w GKS-ie cokolwiek do powiedzenia. Jednak mieli. "Junior" (tak Piotra pieszczotliwie nazywał ojciec) odwiedzał stadion GKS-u od dziecka. Kiedyś wspominał, że czasem miał do ojca żal - gdy tata zabierał ich do wesołego miasteczka, wycieczka zawsze kończyła się wcześniej, na stadionie przy ulicy Bukowej.

Marek - początkowo członek rady nadzorczej - szybko wycofał się z działalności w klubie. W grudniu 2000 r. Piotr (rocznik 1976) został prezesem sportowej spółki akcyjnej.

Wydawało się, że nie ma lepszego kandydata na to stanowisko. - Piotrek już jako dziecko był bardzo zdyscyplinowany. Kiedy rozpoczynał studia, Marian z uporem powtarzał, że właśnie "Mały" przejmie po nim GKS. Chwalił się, że syn ma zacięcie menedżersko-organizacyjne - opowiadał Jerzy Gęsikowski, były działacz GKS-u i znajomy Dziurowicza jeszcze z lat szkolnych.

- Preferuję model funkcjonowania klubu zbliżony do tego, który stosował ojciec. Biorę na siebie główną odpowiedzialność, więc mam prawo do ingerowania we wszystko - mówił na wstępie rządów junior.

Zdecydowanie bardziej medialny i odporny na dziennikarzy niż ojciec. Żurnaliści muszą się bardzo starać, żeby wyprowadzić go z równowagi. Do dziś zaśmiewam się z opowiastki, jak kiedyś po jednym z pucharowych meczów na nieformalnym spotkaniu zakrapianym alkoholem podchmielony znany dziennikarz sportowy zaczął warczeć jak pies i w pewnym momencie dziabnął Dziurowicza w obojczyk. - Proszę pana, niech mnie Pan nie gryzie - odparł ze spokojem Piotr Dziurowicz. Od tego momentu dziennikarz ma w środowisku ksywę "Pitbull".

W przeciwieństwie do ojca bardzo dobrze wypada w telewizji. Wyraża się jasno, przekonywająco, a przy tym ma tętno 15. W ostatniej debacie w Canal + udowodnił, że tak obyty w wywiadach Michał Listkiewicz mógłby się od niego uczyć. Tylko nie potrafi się tak uśmiechać jak prezes PZPN-u.

Kupiony medal

Marzył, żeby być prezesem, ale nie myślał, że będzie go to kosztowało tyle energii. To było jak czarna dziura: wessało go do końca. O kontynuacji studiów prawniczych na Uniwersytecie Śląskim nie było mowy: zwyczajnie brakowało czasu. Może teraz dokończy? Ciekawe, jaki wybierze sobie temat pracy magisterskiej...

Jako szef GKS-u Piotr stanął przed tragicznym wyborem, właściwie bez wyjścia. Chciał jako prezes dorównać ojcu, a to nie było możliwe z jednego zasadniczego względu: za jego czasów o strumieniu pieniędzy płynących na klub z jedenastu kopalń można było tylko pomarzyć. Miał dwa wyjścia: albo odnosić sukcesy nieczystymi metodami, albo odejść. Wybrał to pierwsze. Dziś chyba żałuje...

Piotrowi od początku było ciężko. Prawie nikt mu nie pomagał. Popełnił parę błędów, trochę przeinwestował. I uznał, że nie ma wyjścia: zaczął kupować mecze. Powód? Marzył o nawiązaniu do sukcesów ojca. Już po jego śmierci dotknął szczęścia: w sezonie 2002/03 GKS, który miał bronić się przed spadkiem, został rewelacją rozgrywek. Kilka kolejek przed końcem wygrał nawet z najsilniejszą w Polsce Wisłą Kraków. Kibice byli szczęśliwi, niektórzy marzyli o tytule. Nie wyszło: na osłodę został brązowy medal. Szkoda tylko, że kupiony...

- Które miejsce w tamtym sezonie zająłby GKS, gdyby grał czysto? - spytałem Dziurowicza.

- Piąte albo szóste... - odparł.

Myślał, że ten sukces ściągnie do klubu inwestorów. Marzył o zatrudnieniu prezesa na etacie, chciał usunąć się w cień jako szef rady nadzorczej. Nie wyszło. Wszyscy żądali od niego pieniędzy. Ciosy waliły się ze wszystkich stron. Starał się, ale nie dawał rady.

Rosły zaległości. Narzekali byli piłkarze, narzekali byli trenerzy, pojawiły się firmy handlujące wierzytelnościami. Z długów Dziurowicz będzie wyplątywać się jeszcze długo...

Granice zdrowego rozsądku

Jedno jest pewne: juniorowi należy się szacunek za odwagę. Nie chcę skupiać się na motywach, które nim kierowały, bo one są ważne przede wszystkim dla niego. Dla nas - kibiców, dziennikarzy - ważny jest efekt. A prawda jest taka, że Piotr Dziurowicz jest pierwszą osobą, która przełamała zmowę milczenia w polskiej piłce. I teraz z podniesionym czołem może powiedzieć: "Uczyniłem tak, gdyż korupcja i układy przekroczyły już granice zdrowego rozsądku, to nie ma już nic wspólnego ze sportem. Mam przekonanie, że nigdy nie zrobi tego osoba, która nie ma takiego komfortu jak ja, który mogę z tego odejść, zatrzasnąć drzwi i powiedzieć: Mam was gdzieś".





Podczas pisania wykorzystałem teksty wcześniej publikowane w "Gazecie"