Marek Saganowski: Sam zdecydowałem

Teoretycznie po moim odejściu i transferze Artura Boruca Legia z jesieni może być słabsza niż ta, która grała wiosnę. Ale nie ma ludzi niezastąpionych. Na Łazienkowską nie trafili przypadkowi piłkarze - mówi 27-letni napastnik Legii, który odchodzi do ligi portugalskiej. Warszawski klub zarobi na transferze 600 tys. euro




Robert Błoński: Czy strzelając gola Bayerowi Leverkusen, wiedział Pan, że to ostatnia bramka dla Legii?

Marek Saganowski: Nie, skąd.

Nie minęły dwa dni, a już był Pan w Portugalii...

- Dzień po meczu z Leverkusen miałem odnowę, a 24 godziny później byłem już w samolocie. Nie wiedziałem, że sprawy potoczą się tak szybko.

Jak to się stało, że jest Pan zawodnikiem Vitorii Guimaraes?

- Wiosną menedżer Jarosław Kołakowski pokazał menedżerowi z Portugalii kilka meczów polskiej ligi. Oglądali razem kilku zawodników, m.in. mnie. Moja postawa na boisku spodobała mu się i polecił mnie do Vitorii. Trenerzy i działacze uznali, że potrzebują takiego gracza jak ja, i jakieś dwa tygodnie temu wysłali ofertę Legii. Negocjacje trwały, a w międzyczasie i ja dogadywałem warunki swojej umowy. Kiedy kluby doszły do porozumienia, spokojnie mogłem polecieć do Guimaraes. Warunki swojego trzyletniego kontraktu ustaliłem może nie szybko, ale doszliśmy do porozumienia. W klauzuli nie mam kwoty odstępnego.

Mało kto wiedział, że chce Pana Vitoria. Pisało się raczej o Trabzonsporze, Austrii Wiedeń...

- I o to chodziło! Na tym to wszystko polegało. Dziennikarze pisali o klubach, z których nie było nawet cienia zainteresowania. A o tym jednym konkretnym, którego oferta nie była pisana patykiem na wodzie, nikt nie wspomniał. Negocjacje trwały dwa tygodnie.

Nie miał Pan chwili zwątpienia, czy odejść?

- Nie. W pewnym tylko momencie dostałem propozycję wyjazdu do Szkocji - do klubu Hearts of Midlothian z Edynburga. Miałem tam polecieć, myślałem sobie, że w Szkocji jest już albo będzie kilku Polaków. Ale jednak zdecydowałem się na Portugalię, bo Vitoria gra w Pucharze UEFA.

Co Pan wie o swojej nowej drużynie?

- Gra już 60 lat w I lidze portugalskiej. To czwarty, no, może piąty co do wielkości klub w tym kraju. W tym sezonie na szczęście gra w europejskich pucharach. A aspiracje ma spore. Trenerem został właśnie Jaime Pacheco, ten sam, który dwa lata temu wywalczył mistrzostwo kraju z Boavistą Porto. Słyszałem też, że ma bardzo "gorących" kibiców. Mam nadzieję, że przekonam się o tym w środę, bo właśnie wtedy moja nowa drużyna gra pierwszy sparing z jakimś zespołem z II ligi. Będę występował z numerem 9.

Nie ma Pan obaw? Do domu daleko... Jest bariera językowa.

- Do Guimaraes poleciałem we wtorek wieczorem. Na razie jestem tu sam. Załatwiam wszystkie formalności. Ale jak tylko będę miał dom i go umebluję, natychmiast przyjeżdża do mnie żona z synem i prawdopodobnie teściowa. Tak więc na początku nie będzie źle. A że daleko od Polski? Dam radę. Kiedy jako 18-latek jechałem do Feyenoordu, też miałem do Łodzi 600 czy 800 km, a język był czarną magią. Ale takie jest cygańskie życie piłkarza. Zrobię wszystko, żeby sobie poukładać jak najlepiej, wywalczyć miejsce w składzie. Z nikim nie konsultowałem się w sprawie swojego odejścia. Taka jest moja decyzja. Sam od początku do końca chcę to wszystko przeżywać.

Jak pierwsze wrażenia z Guimaraes?

- Pozytywne. Miałem już oficjalną prezentację. Na konferencji na pytanie, które rozumiałem, odpowiadałem po angielsku. Jeśli miałem jakieś problemy, pomógł mi Jarek Kołakowski.

Odchodzi Pan z Legii jako gwiazda zespołu, zawodnik grający z numerem 10. Kiedy trzy lata temu przychodził Pan na Łazienkowską, był Pan rezerwowym Odry Wodzisław, a w Warszawie wyższe notowania od trenerów mieli: Cezary Kucharski, Stanko Svitlica i Moussa Yahaya.

- Czasy się zmieniają (śmiech). Wiele zmieniło się na dobre. Legia to wspaniały czas. Tu się odbiłem po fatalnym pobycie w Płocku i Wodzisławiu, wróciłem do reprezentacji Polski. W stolicy przeżyłem wiele fantastycznych momentów, atmosfery ze Stadionu Wojska Polskiego nie zapomnę. Ale teraz odchodzę - by sprawdzić się w jeszcze lepszej lidze i być jeszcze lepszym piłkarzem.

Co Pan najlepiej zapamięta z Łazienkowskiej?

- Chyba wygrane 4:1 i 5:1 mecze z Wisłą Kraków. W stolicy urodził mi się syn Antoni. To najważniejsze jak dotąd wydarzenie w moim życiu. Tego nie zapomnę nigdy. Mam tutaj wielu przyjaciół, zostawiam mieszkanie...

Ale z Guimaraes będzie Pan wracał do Łodzi?

- Tak. Na Boże Narodzenie czy Wielkanoc - jeśli akurat nie graliśmy meczu - zawsze jeździłem do Łodzi. Tam mam najbliższą rodzinę, tam się urodziłem.

A może wyjaśni Pan teraz kibicom Legii, skąd tyle niewykorzystanych karnych?

- Tyle? Raptem trzy, no, może cztery. Nie takim asom się to zdarzało. Ostatnio nie trafił nawet ten, który w polskiej lidze wykonywał je z zamkniętymi oczami, czyli Maciek Żurawski. Nie ma co robić afery, nie wykorzystałem, bo źle uderzałem piłkę.

Cieszy się Pan, że wyjeżdża z polskiej ligi? Ostatnio afera goni aferę.

- Nie porównywałbym jej do bagna, ale rzeczywiście wymaga oczyszczenia. Cieszę się, że wyjeżdżam. Grać na ładniejszych stadionach, w lepszych warunkach, lepszym klimacie, z mocniejszymi rywalami. W naszej ekstraklasie rozegrałem ponad 200 meczów, wszystkie stadiony znam na pamięć.

Kto teraz będzie Pana następcą w Legii? Komu najchętniej oddałby Pan dziesiątkę?

- Nie wiem. Najchętniej to... Nie, naprawdę nie wiem. Nie ja o tym będę decydował. Nie za bardzo umiem ocenić nowych napastników. Marcin Klatt najczęściej grał, kiedy ja schodziłem z boiska. A jak już graliśmy razem - w meczu z Leverkusen - to wystąpił on jako pomocnik. Z Marcinem Chmiestem też grałem mało. Na numer 10 trzeba zasłużyć. Ja, grając z "dychą", wstydu sobie nie narobiłem.

Marcin Klatt ma Pana zastąpić na środku ataku. Da sobie radę?

- A czy jutro będzie padał śnieg?

Nie.

- (śmiech). Nie mam pojęcia. Ale wiem, że nie ma ludzi niezastąpionych.

Z Legii odchodzą kapitan Artur Boruc i najlepszy napastnik Marek Saganowski. Klub opuścili doświadczeni Tomasz Sokołowski I i Andrzej Krzyształowicz. Marek Jóźwiak skończył karierę. Doszli młodzi oraz niedoświadczeni: Janczyk, Klatt, Chmiest, Szałachowski i Egipcjanin... To jak tu mówić o nawiązaniu rywalizacji z Wisłą?

- Może rzeczywiście teoretycznie wygląda na to, że Legia będzie słabsza. Ale na to pytanie odpowiemy sobie za pół roku. Ja przychodziłem do ŁKS w wieku 16 lat. Na początku nikt mnie nie znał, z treningów i meczów wracałem do domu autobusem. Dwa czy trzy miesiące później byłem jednym z czołowych napastników naszej ligi. Kto wie, może tak będzie i z nowymi legionistami. Przecież nie przyszli na Łazienkowską niesprawdzeni. Jak mają grać w piłkę, to daj Boże - jak najszybciej. Mnie podoba się gra Dawida Janczyka. Ma dużo okazji, jest jeszcze trochę chaotyczny i nieskuteczny, ale... może to on zszokuje wszystkich?

To Legia z jesieni będzie lepsza od tej z wiosny?

- Nie wiem. Na początku... może być gorsza. Ale wcale tak być nie musi. Jeszcze parę rzeczy trzeba będzie poprawić. Ale też kilka wygląda lepiej niż było. Trenerzy Zieliński i Brychczy robią wszystko, aby sprawy szły w dobrym kierunku.

A nie miał Pan ochoty zostać i powalczyć o tytuł? Za rok kończył się Panu kontrakt, odszedłby Pan za darmo i może do lepszego klubu...

- Chciałem zostać, ale skoro przyszła oferta z Portugalii, to nie wahałem się ani chwili. Mam 27 lat, chcę już jako dojrzały zawodnik, a nie 18-latek spróbować sił na Zachodzie. Od dwóch lat co pół roku byłem "sprzedawany" z Legii. A to do Austrii, a to do Turcji, Rosji czy Francji.

Jakie zadania będzie Pan miał w nowym klubie?

- Jeszcze nie wiem. Ale chyba każą mi strzelać jak najwięcej goli (śmiech). Po środowym sparingu będę mądrzejszy. A 30 lipca gramy z Benficą Lizbona.

Odszedł Pan, Maciej Żurawski, Artur Boruc... To jaka będzie ta nasza liga? O wiele uboższa dla kibiców...

- Będą nowi. Kiedyś odchodzili Kowalczyk z Juskowiakiem czy Kosecki i... zawsze znaleźli się następcy. Nie będzie próżni. Ale my mamy swoje cele oraz ambicję i gra w polskiej lidze to już było dla nas za mało.

Terminarz
  • Puchar Świata 2018/19