Sport.pl

Prawdziwa futbolowa bajka, czyli Wigan w Premier League

To prawdziwa bajka. O kopciuszku, który z pomocą dobrej (i bogatej) wróżki zostaje wprowadzony na salony, gdzie przynajmniej przez rok będzie mógł "tańczyć" z najmożniejszymi i najwspanialszymi książętami futbolu na Wyspach - piszą komentatorzy o awansie Wigan do Premier League
Little Wigan, we're going up! We're going up!" (Maleńkie Wigan, idziemy do góry!) - śpiewali fani zespołu, kiedy przed tygodniem ich drużyna pokonywała na własnym boisku Reading 3:1, pieczętując awans do Premier League. Wejście Wigan Athletics w skład elitarnej ligi rzeczywiście brzmi jak bajka, zważywszy, że klub został założony zaledwie 27 lat temu (większość angielskich zespołów jeszcze w XIX wieku). Który w 1994 roku wygrał z Gillingham dramatyczny mecz o zajęcie 92. miejsca (ostatniego w ligach zawodowych, przegrany skazany jest na status drużyny amatorskiej), a jeszcze w 1997 występował w Division Four (5. liga).

- Myślę, że ich awans do Premier League to jeszcze większa sensacja niż udział Liverpoolu w finale Ligi Mistrzów. A nawet ewentualna wygrana "The Reds" - stwierdził komentator BBC i legenda angielskiego futbolu Gary Lineker.

Whelan is God

Czyli "Whelan jest Bogiem" - głosił transparent, który dwóch kibiców wywiesiło na trybunach, zanim właściciel klubu Dave Whelan nie polecił go zdjąć. 68-letni były zawodnik Wigan Boys' Club i Blackburn Rovers, właściciel firmy odzieżowej JJB Sportswear jest skromnym człowiekiem. Nazywany "małym Abramowiczem" - od 1995 roku wpompował w klub wiele milionów funtów, stawiając m.in. nowoczesny stadion na 25 tys. widzów (średnia frekwencja to 11 tys.) - stwierdził po awansie, że jeśli sukces był możliwy, to dlatego że w klubie grają tacy piłkarze jak Jason Roberts. I nie chodziło mu o to, że 27-letni napastnik zdobył w sezonie 21 goli. Badania lekarskie po meczu z Reading wykazały, że Roberts poprowadził swój klub do historycznego awansu (strzelił gola i zaliczył asystę), grając od 10. minuty... ze złamaną nogą. Kontuzja okazała się na tyle poważna, że noga trafiła w gips, a piłkarz będzie musiał pauzować przez sześć tygodni.

Ale oczywiście bez dobrej wróżki nie byłoby awansu nie tylko do najwyższej ligi, ale nawet do czwartej. W 1995 roku Whelan, lokalny patriota, któremu rozwój Wigan leży na sercu, wspomagał najsłynniejszy i najbardziej utytułowany klub rugby na Wyspach - Wigan Warriors. Wówczas poproszono go, czy nie wspomógłby czekiem walczącego o utrzymanie statusu zawodowców klubu piłkarskiego. - Zacząłem słuchać o kłopotach piłkarz i... stara pasja nagle odżyła. Zgodziłem się dać czek. Myślałem, że moje związki z piłkarzami Wigan będą trwały 10 dni, a minęło już 10 lat - wspomina.

Trzej Amigos i klejnot w koronie

- Od początku było dla mnie jasne, że możemy się zatrzymać dopiero w Premier League - mówi Whelan. Ale droga była długa. Na mecze Wigan Athletics przychodziło wówczas nie więcej niż 2 tys. widzów. - Bo też i w drużynie grało tylko dwóch zawodników. Musiałem płacić wszystkim, ale pozostali stanowczo nie byli piłkarzami. Nie mieli motywacji, pasji, umiejętności, niczego. Wszystko szło w złym kierunku. Otwierałem akurat sklep w Saragossie, wsadziłem więc menedżera w samolot do Hiszpanii i kazałem wracać z trzema zawodnikami. Pojawili się "trzej Amigos", wśród nich Jesus Seba. Na pierwszym wyjazdowym meczu nasi kibice wywiesili transparent: "Jesus jest Wigańczykiem". Ucieszyłem się, że coś się wreszcie dzieje.

Jak pisze "Times", po wejściu Whelana do Wigan drużyna rozpoczęła wyścig od ligi do ligi niczym akcje JJB Sportswear (firma produkuje większość replik koszulek piłkarskich) podczas mistrzostw świata. - Moją kluczową decyzją w walce o Premier League było zdobycie cennego klejnotu - opowiada Whelan. Chodzi o... Paula Jewella, menedżera klubu (Jewell to po angielsku klejnot), szóstego z kolei menedżera, którego Whelan zatrudnił w 2001 roku (przed nim drużynę prowadził m.in. Steve Bruce).

Jewell to były zawodnik Wigan Athletics. Opowiada, że kiedy w 1984 trafił do klubu z rezerw Liverpoolu, w których grywał z takimi gwiazdami jak Kenny Dalglish czy Ian Rush, przeżył szok. - Na ulicach Wigan, w parkach, w całym mieście dzieciaki rzucały do siebie dziwne, duże skórzane jajo. Cholera, racja. Wtedy sobie przypomniałem, że przecież Wigan to miasto rugby. Jak tu grać w futbol?

Jako trener okazał się o wiele sprawniejszy niż jako piłkarz. Najpierw wprowadził Wigan do trzeciej ligi. Tę wygrał z rekordową liczbą 100 punktów, a w ubiegłym sezonie drugiej ligi zabrakło mu punktu, żeby wystąpić w barażach o Premier League (feralnego gola Wigan straciło w ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu). To Jewell sprowadził do klubu większość piłkarzy, w tym największe gwiazdy, jak Roberts czy "król strzelców" ligi Nathan Ellington.

- Paul jest cholernie dobry. Jak każdy, kto pochodzi z Liverpoolu, świetnie zna się na futbolu, ale twardo stąpa po ziemi. Ale co najważniejsze, zawsze mówi mi prawdę. Ufamy sobie, a mnie wystarczy jego słowo. Będzie w tym klubie do momentu, aż poprosi o niego któryś z klubów z czołówki. Nie stanę wtedy na drodze jego kariery - mówi Whelan.

Zesłanie na Karaiby

Złośliwi mówią, że po awansie Athletics do Premier League Whelan będzie musiał sprzedać Wigan Warriors, żeby utrzymać pierwszoligowych piłkarzy. - E tam, roczny budżet klubu rugby wystarczyłby drużynie Premier League na przeżycie zaledwie tygodnia. Będę pomagał nadal jednym i drugim - zbywa te obawy właściciel obu klubów.

Na razie Whelan za 100 tys. funtów wysyła cały zespół i pracowników klubu na przymusowe wakacje na Karaiby. Zapowiedział też, że począwszy od menedżera Jewella, wszystkim zostaną podwyższone kontrakty. - Tak by żaden klub nie skusił mojego zawodnika lepszą ofertą, z wyjątkiem czołowej szóstki - mówi Whelan. Zapowiada też wzmocnienia. Nowi piłkarze będą musieli spełniać jeden warunek - pochodzić z Wielkiej Brytanii. Za awans klub otrzyma od Premier League 25 mln funtów. Dodatkowo czeka na nich 300 tys. funtów za każdy mecz z kontraktu ze Skysports. Właściciel wszystko ma zamiar przeznaczyć na transfery.

- Myślę, że będziemy drużyną podobną do Birmingham, Blackburn, Boltonu lub Manchesteru City. Z tym że większość tych klubów ma długi - MC 30-40 mln funtów, a my nie mamy ich wcale. Na razie moją ambicją nie jest wygranie Premier League. Chciałbym, żeby nasz zespół stał się solidną drużyną środka tabeli - mówi Jewell.

...a dlaczego nie Owen?

- Na pewno nie popełnimy tego błędu co w swoim czasie Leeds, zatrudniając zbyt wiele kosztownych gwiazd, których pensje zarzynają klub. Ani cudzoziemców, którzy nie mają tej pasji do piłki co Brytyjczycy, mają za to gdzieś losy klubu. Byle rachunki się zgadzały i mogę iść grać gdzie indziej - mówi Whelan. - Będę szukał takich, którzy będą gryźć trawę dla Wigan. I w dodatku będą robić to z dumą!

Na liście życzeń Whelana jest m.in. Scott Parker - kupiony przez Chelsea z Charlton Athletic za 10 mln funtów wystąpił na Stamford Bridge w różnych rozgrywkach zaledwie 14 razy. - To daje 700 tys. za występ. Abramowicza stać, ale może zechce mi go sprzedać - kombinuje Whelan. Andrew Johnson, wicelider strzelców Premier League i niedoszły reprezentant Polski, występuje w Crystal Palace i Whelan na pewno jest w stanie zapewnić mu lepszy kontrakt. Nicky Butt, niechciany w Manchesterze United, męczy się w Newcastle i chętnie wróci na stare śmieci. Oraz bramkarz MU Roy Carroll, który odchodzi z Old Trafford po sezonie. To byłoby mistrzowskie posunięcie ze strony Whelana, bowiem cztery lata temu sprzedał Irlandczyka do MU za 2,5 mln funtów, a teraz dostałby go za darmo.

Właściciel Wigan zastanawia się nad jeszcze jednym ruchem, który pozwoliłby mu się przez chwilę poczuć jak Abramowicz. A może, skoro 25 mln funtów za awans spada klubowi z nieba, wydać te pieniądze na megagwiazdę? Whelanowi marzy się... Michael Owen. - A czemu nie, lepiej być gwiazdą w Wigan, niż siedzieć na ławce Realu Madryt. Michael na pewno łatwiej znalazłby wspólny język z Ellingtonem czy Robertsem niż z Raulem czy Ronaldo - mówi Whelan. I wcale nie żartuje.