Sport.pl

Piłkarska II liga: 27. kolejka

Ruch Chorzów wygrał pierwszy mecz w rundzie wiosennej. Niestety, było to zwycięstwo w fatalnym stylu. Nic dziwnego, że chorzowscy kibice pożegnali swój zespół gwizdami
Ruch Chorzów - RKS Radomsko 1:0

Nie jest dobrze, gdy najlepszym zawodnikiem zwycięskiej drużyny w meczu z najsłabszym zespołem drugiej ligi jest bramkarz. A tak było w sobotę w Chorzowie. Gdy Sebastian Nowak wszedł po meczu do szatni, koledzy przywitali go brawami

- Po to jest bramkarz, żeby bronić - uśmiechał się zawodnik z Jastrzębia. - Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że w meczu z Radomskiem będę miał aż tyle pracy - dodał.

Nowak musiał się szczególnie napocić, broniąc w końcówce spotkania strzały Dawida Wróbla (głową) i Tomasza Walioszczyka, który uderzał zaledwie z kilku metrów. - Chłopak zwyczajnie się przestraszył. Już pewnie widział się w gazetach, myślał, że wykupi cały nakład - żartował ze swojego zawodnika Czesław Palik, szkoleniowiec Radomska.

Goście groźnie atakowali już przed przerwą. Jeszcze przy bezbramkowym remisie w poprzeczkę trafił Damian Marcioch, a Marek Michalski nie potrafił z metra wepchnąć piłki do pustej bramki, sytuację sam na sam z Nowakiem zmarnował też Radosław Kowalczyk. - To, co wyprawiali moi zawodnicy, woła o pomstę do nieba - pieklił się Palik. - Byliśmy dziś blisko pierwszego punktu na wiosnę. Ruch zawdzięcza zwycięstwo bramkarzowi i naszej nieskuteczności - żałował Kowalczyk.

"Niebiescy" też razili nieporadnością. Dobre okazje zmarnowali Mariusz Śrutwa i Piotr Ćwielong, w słupek trafił Michał Smarzyński. Jedyną bramkę zdobył niezawodny Śrutwa, który wykorzystał dokładne podanie Krzysztofa Bizackiego i pokonał dobrze broniącego Marcina Mańkę.

Śrutwa miał okazję do podwyższenia prowadzenia, ale w 53. min nie wykorzystał rzutu karnego podyktowanego za faul Mikołaja Szymańskiego na nim samym.

Napastnik Ruchu uderzył piłkę mocno tuż nad ziemią, ale Mańka wyczuł jego intencje i nie dał się pokonać. - Mariusz jest bardzo ambitny. Gdybyśmy mieli wykonywać kolejną jedenastkę, pewnie też by do niej podszedł - mówił Dariusz Fornalak.

Dla 40-letniego szkoleniowca był to pierwszy mecz w roli trenera Ruchu. Mimo wygranej Fornalak wyglądał na przygnębionego. - Niech się kolega uśmiechnie, za tydzień nikt nie będzie pamiętał o stylu. Punkty się liczą - pocieszał go Palik. Na meczu zabrakło Jerzego Wyrobka - byłego trenera "niebieskich" zmogła choroba. - Może to i lepiej. Wątpliwej jakości było to widowisko - smucił się Fornalak.

Mimo wygranej, na którą Ruch czekał osiem spotkań, cześć kibiców wygwizdała zespół, inni szydzili z piłkarzy. - Ruch ma wymagających kibiców, a czasami okrutnych. Są przyzwyczajeni do wielkich widowisk. A co widzą? Onanizm piłkarski, bo przecież trudno to określić grą - podsumował Palik.

Ruch Chorzów 1 (1)

RKS Radomsko 0

Strzelec bramki

Śrutwa (15.).

Ruch: Nowak - Kuczma Ż, Sibik (82.Molek), Pokładowski - Foszmańczyk (61. Kaczorowski), Błażejewski, Bizacki, Wawrzyńczok (61. Mosór), Smarzyński - Śrutwa, Ćwielong.

RKS: Mańka - Bugajski, Kowalski, Słupecki - Dopierała, Majak, Michalski, Marcioch, Szymański (71. Wróbel) - Bajdziak (61. Walioszczyk), Kowalczyk Ż.

Widzów: 1500.

Wojciech Todur







Szczakowianka - Zagłębie 0:1



Rzadko się zdarza, by zespół przyjezdny miał większe wsparcie kibiców niż gospodarze. W sobotę przyjechało do Jaworzna ponad tysiąc kibiców Zagłębia, którzy skutecznie zagłuszyli skromną grupę fanów Szczakowianki.

Podobnie było na boisku - zespół z Jaworzna mimo wysiłków nie był w stanie rozgryźć pewnie spisującej się obrony Zagłębia. Gospodarze zagrozili bramce Marcina Bębna tylko dwa razy - w pierwszej połowie Bęben musiał się popisać się refleksem, by wybić piłkę znad głowy Roberta Chudego, a po przerwie, by złapać mocno uderzoną głową piłkę przez Rafał Góraka. - Wygrał zespół lepszy. Po moich piłkarzach widać już zmęczenie. Mamy wąską kadrę, gramy co trzy dni. Dla młodych zawodników, takich jak Boś czy Chylaszek, to za dużo - usprawiedliwiał swoich piłkarzy Janusz Białek, szkoleniowiec Szczakowianki.

Zagłębie stworzyło wiele dobrych okazji do strzelenia goli. Najlepsze zmarnowali Wojciech Małocha, który przestrzelił głową z pięciu metrów (świetne podanie Arkadiusza Kłody), i Tomasz Łuczywek, który trafił w poprzeczkę (znakomita asysta Hadisa Zubanovicia). Gol wpadł jednak po akcji zupełnie przypadkowej. Łuczywek wrzucił piłkę z autu, głową przedłużył podanie Małocha i piłka spadła wprost na but stojącego przed bramką Aleksandara Madziara. Serb ledwie ruszył nogą, a piłka majestatycznie wtoczyła się do bramki. Zaskoczony Nenad Milasinović przepuścił ją tuż obok nogi. - W ostatniej chwili zobaczyłem piłkę, przeszła mi po rękach - mówił Milasinović.

- Kolejny raz przegrywamy 0:1, szkoda. Mamy problemy ze stwarzaniem sobie sytuacji podbramkowych. Musimy wziąć się w garść, bo baraże są coraz bardziej realne - smucił się Tomasz Copik, obrońca drużyny z Jaworzna.

Sosnowiczanie grali bardzo konsekwentnie - na lidera drugiej linii wyrasta Marcin Morawski, który coraz częściej bierze na siebie ciężar rozgrywania piłki. - Nie mnie to oceniać. Po kontuzji Marcina Lachowskiego za rozegranie piłki ma być odpowiedzialnych trzech zawodników. Staramy się wypełniać założenia trenera w 100 proc. Zapieprzamy na całego. Po tym zwycięstwie jesteśmy coraz bliżej, by zapewnić sobie utrzymanie w drugiej lidze, potem pomyślimy, co dalej - podkreślał Morawski. Pochodzący z Bolesławca dobrze wyszkolony technicznie piłkarz był już określany mianem "wałbrzyskiego Maradony". - W Sosnowcu przeszedł przemianę. Z zawodnika ofensywnego stał się piłkarzem odpowiedzialnym za grę w obronie. Ma jedną cechę, z którą musi walczyć - jak odbierze piłkę, to już nikomu jej nie odda - uśmiechał się Krzysztof Tochel.

Trener Zagłębia miał żal do swoich piłkarzy, że w końcówce spotkania zaczęli grać nonszalancko. Szczególnie dostało się Madziarowi. - Momentami grał tak, jakby chciał pomóc Szczakowiance. Może chce przejść do tego klubu? - żartował Tochel.

Szczakowianka 0

Zagłębie Sosnowiec 1 (1)

Strzelec bramki

Madziar (30.) .

Szczakowianka: Milasinović - Górak Ż, Fornalik, Copik, Boś (69.Wasiu) - Chudy (62. Cygnar), Radziwon, Chylaszek, Anih - Węgier, Solnica.

Zagłębie: Bęben - Kłoda Ż, Treściński, Hosić, Adżem (85. Chwalibogowski) - Wolański, Morawski, Madziar (63. Zubanović), Łuczywek - Ujek (87. Malinowski), Małocha.

Sędziował: Piotr Aleksandrowicz (Radom)

Widzów: 2500.



Widzew - Podbeskidzie 3:0

Zespół z Bielska-Białej trafił w Łodzi na doskonale dysponowanych gospodarzy. Widzewiacy rozegrali najlepszy mecz wiosną, a kto wie, czy nie najlepszy w tym sezonie.

Gospodarze przeważali od początku meczu. Już w 7. min Radosław Michalski zdecydował się na strzał zza pola karnego, piłka odbiła się po drodze o nogi obrońców gości i zatrzymała się. Najszybciej dobiegł do niej Rafał Pawlak i spokojne przerzucił nad wybiegającym Łukaszem Merdą.

Łodzianie nie zamierzali bronić prowadzenia. Bardzo aktywny był Jarosław Lato, który w 11. min w dziecinny sposób ograł Jarosława Bujoka i zdecydował się na techniczny strzał z ostrego kąta. Piłka odbiła się tuż przed bramkarzem Podbeskidzia, ale Merda z trudem wybił ją na rzut rożny. Do przerwy bielszczanie tylko raz zagrozili bramce Adama Piekutowskiego, ale bramkarz Widzewa wygrał pojedynek z Endene Elokanem.

W tym czasie Podbeskidzie ograniczało się do przeszkadzania, w większości przypadków nieudolnego. Wolni obrońcy przegrywali pojedynki biegowe z łódzkimi napastnikami, a im bardziej do przodu, tym było gorzej. Jedynie Kameruńczyk starał się niepokoić łódzką defensywę.

Po przerwie widzewiacy znów zaatakowali. W 53. min Pawlak zdobył drugiego gola. Po podaniu... Grzegorza Patera, który w niczym nie przypomniał czołowego do niedawna polskiego pomocnika, znalazł się sam na sam z bramkarzem, minął go i spokojnie kopnął piłkę do bramki.

W 67. min widzewiacy przeprowadzili najładniejszą kontrę. Zaczęło się od podania doskonale grającego Michała Probierza do Laty, który stojąc tyłem, odegrał ją z powrotem do łódzkiego pomocnika. Probierz natychmiast zagrał prostopadle do Pawlaka, a ten z linii pola karnego podbił piłkę nad wybiegającym Merdą. Każdy z biorących udział w akcji zawodników dotknął piłki tylko raz.

W końcówce mecz się wyrównał, a dobre akcje stworzyli wreszcie nasi piłkarze. Widzew miał jednak w składzie Piekutowskiego, który najpierw wspaniale wybił piłkę na rzut rożny po uderzeniu Wojciecha Rączki, a chwilę później w niesamowity wręcz sposób obronił uderzenie Elokana. Piekutowski ustawiony był przed bramką, ale piłka po rykoszecie przelobowała go. I gdy wydawało się, że gol musi paść, łódzki bramkarz w niesamowity wręcz sposób wybił ją z linii bramkowej na róg. To była scena niczym z "Matriksa", bo wydawało się, że Piekutowski na chwilę zawisł w powietrzu. Jego wyczyn docenił nawet Kameruńczyk, który pogratulował mu interwencji.

- Przegraliśmy wysoko, ale zasłużenie. Rozegraliśmy bardzo słaby mecz. Przez pierwszą godzinę nie poznawałem swoich zawodników i nawet udana końcówka nie zmienia tego obrazu. To nasz najsłabszy mecz w rundzie. Bardzo miło przyjeżdża się na Widzew, bo są tu piękny stadion i wspaniała atmosfera, ale dziś nie mogę być zadowolony - podsumował Jan Żurek, trener Podbeskidzia.

Widzew3 (1)
Podbeskidzie0
STRZELEC BRAMEK

Pawlak (7., 53., 67.).

SKŁADY:

Widzew: Piekutowski - Wyczałkowski (78. Klepczyński), T. Michalski, Kubik - Szeliga, Probierz (76. Świerblewski Ż), Szwed, R. Michalski (81. Rybski), Wawrzyniak - Pawlak, Lato.

Podbeskidzie: Merda - Radler (56. Rączka Ż), Zięba Ż, Prokop, Bujok - Pater, Makuch, Koman (71. Górkiewicz), Kompała, Andraszak (56. Jaromin) - Elokan.

Widzów: 4000.

Radomiak - Piast Gliwice 1:0

- Remis byłby sprawiedliwym wynikiem, lecz niewiele któremuś z zespołów dawał. Dlatego ani jedni, ani drudzy nie myśleli tylko o obronie - stwierdził po wczorajszym meczu trener gliwiczan Jacek Zieliński

Najwięcej walki było w środkowej części boiska, a sytuacji podbramkowych jak na lekarstwo. Co prawda uderzeń z dystansu próbowali: Jacek Kacprzak i Maciej Terlecki - w zespole gospodarzy - oraz Jarosław Kupis i Stanisław Wróbel - wśród gliwiczan, ale na próbach się kończyło. Widać było, że o losach pojedynku może zadecydować jeden błąd, jedna składna akcja, a może przypadek, bo murawa była grząska i śliska.

Decydujący moment nastąpił dopiero pod koniec drugiej połowy. Rzut wolny z prawej strony boiska wykonywał Tomasz Brzyski, który posłał piłkę w pole karne. Tam najwyżej wyskoczył do niej Nikołaj Branfiłow i przy biernej postawie obrońców Piasta, uderzeniem głową skierował ją do siatki. - Zmazał tym samym winy z poprzednich spotkań, w których popełniał dość proste błędy - podsumował trener Radomiaka Mieczysław Broniszewski. - Katastrofalny błąd w tej sytuacji popełnił Andrzej Bednarz. Nie wiem, jak można było zostawić takiego zawodnika zupełnie bez opieki - kiwał głową Zieliński.

Piast rzucił się jeszcze do gwałtownych ataków, ale robił to tak chaotycznie, że do końca meczu nie zdołał oddać żadnego celnego strzału na bramkę Radomiaka. Już w doliczonym czasie gry na akcję rozpaczy zdecydował się Paweł Gamla. Minął prawą stroną obronę gospodarzy i będąc kilka metrów przed bramką huknął jak z armaty. Piłka trafiła w blokującego uderzenie Adama Bałę i opuściła plac gry.



RADOMIAK RADOM 1 (0)

PIAST GLIWICE 0


STRZELEC BRAMKI

Branfiłow (79.)

SKŁADY

Radomiak: Gałczyński - Sadzawicki, Branfiłow, Wachowicz, Brzyski - Cieciura, Terlecki (84. Rysiewski), Kacprzak Ż (69. Vileniskis), Bała - Mikulenas, Salami Ż (69. Lesisz Ż).

Piast: Gorczyca - Michniewicz, Bednarz (82. Sierka), Szmatiuk, Gamla - Kaszowski, Kupis (80. Sikora), Kędziora, Zadylak - Wróbel, Pałkus.

Widzów: 3500